


Jeśli świat to scena, to Donald Trump znowu ukradł rekwizyty, przewrócił kurtynę, opluł suflera i zadeklarował, że jutro będzie premiera. Wczorajsze spotkanie w Białym Domu, wieńczące szczytowy pokaz dyplomatycznej pantomimy z Alaski, nie było niczym innym jak kolejną próbą Trumpa, by wkleić swoje nazwisko w historię – najlepiej dużymi literami i złotą czcionką. I, oczywiście, z literówką.
W centrum tego geopolitycznego kabaretu: wojna. W roli samozwańczego mediatora: człowiek, który deklaruje, że konflikt ukraińsko-rosyjski można zakończyć szybciej niż gotowanie jajka na twardo. I to bez użycia wody. Trump – człowiek-błyskawica, człowiek-rozwiązanie, człowiek, który wierzy, że pokój można wynegocjować metodą dmuchania w ucho Putina i obiecywania Zełenskiemu zestawu „gwarancje bezpieczeństwa plus 90 miliardów dolarów w samolotach i bateriach przeciwlotniczych” – w promocji, tylko dziś.
TRUMP – DYRYGENT, KTÓRY NIE CZYTA NUT
Na scenie zasiadają przywódcy Europy – Merz, Macron, von der Leyen, Meloni, Rutte – każdy w jakimś stopniu zażenowany, że ich polityczna obecność została sprowadzona do tła dla reality show. Spotkanie wyglądało jak panel decyzyjny w odcinku „The Apprentice: World War Edition”, tylko że zamiast decyzji robiono selfie, padały komplementy i jeden telefon do Putina, który Trump wykonał, jakby zamawiał pizzę z dostawą pod Nord Stream 2.
Mikrofony uchwyciły, jak Trump mówi Macronowi:
„Putin chce porozumienia… dla mnie. Rozumiesz to?”
To nie metafora. To dosłowny cytat. Trump faktycznie wierzy, że świat gra z nim w konkursie „Zrób Pokój, Wygraj Selfie”, gdzie Putin jest jego fanem, a Zełenski jego podwykonawcą. To nie strategia – to urojenie. I niestety, coraz bardziej obowiązująca polityka zagraniczna USA.
Deklaracja taka padła w czasie szczytu w Białym Domu, w czasie którego Trump najpierw rozmawiał z Zełenskim, a potem z przywódcami państw europejskich. W szczycie uczestniczyli kanclerz Niemiec Friedrich Merz, prezydent Francji Emmanuel Macron, premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer, premierka Włoch Giorgia Meloni, prezydent Finlandii Alexander Stubb, przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen oraz sekretarz generalny NATO Mark Rutte.
CO MÓWIĄ UCZESTNICY?
Wołodymyr Zełenski zagrał swoją rolę perfekcyjnie: pełen szacunku dla Trumpa, uśmiechnięty, dyplomatycznie dwuznaczny. Powiedział, że to było jego najlepsze spotkanie z prezydentem USA. W dyplomacji to zdanie znaczy mniej więcej tyle co: „Nikt mnie nie opluł i dostałem wodę gazowaną”.
Macron optował za zawieszeniem broni jako warunkiem negocjacji. Znaczy to, że najwyraźniej nie oglądał Trumpa w akcji. Trump oświadczył, że pokój można negocjować bez zawieszenia broni, co jest mniej więcej tak rozsądne jak próba gaszenia pożaru benzyną, bo „i tak już jest mokro”.
Mark Rutte, sekretarz generalny NATO, określił deklarację o gwarancjach bezpieczeństwa dla Ukrainy mianem przełomu. No dobrze, to teraz pytanie: czy przełomem nazywamy moment, kiedy ktoś oferuje parasol w trakcie huraganu, pod warunkiem, że zapłacisz za niego z góry 90 miliardów dolarów?
Friedrich Merz, kanclerz Niemiec, wydawał się być jedynym człowiekiem na sali, który zdawał sobie sprawę z faktu, że rzeczywistość nie jest grą komputerową Trumpa. „Nie wyobrażam sobie kolejnego spotkania bez zawieszenia broni” – powiedział. Co, biorąc pod uwagę, że Trump wyobraża sobie pokój przy lunchu, a potem nagrody Nobla po deserze, brzmi prawie jak zamach stanu.
TRUMP I OBSESJA NOBLA
To prowadzi nas do sedna: czego tak naprawdę chce Donald Trump?
Nie pokoju. Nie sprawiedliwości. Chce pokojowej Nagrody Nobla. I to szybko. W idealnym świecie Trump chciałby ją odebrać jeszcze przed oficjalnym podpisaniem jakiegokolwiek porozumienia – bo przecież sam zamiar się liczy, prawda?
Źródła od miesięcy donoszą o tej obsesji. To jego Złoty Graal. Marzy mu się moment, w którym akademicy w Oslo wymieniają jego nazwisko – nie w kontekście globalnego pośmiewiska, lecz triumfu. W jego głowie wygląda to mniej więcej tak: przy dźwiękach hymnu, w błysku fleszy, z laurką w ręku i pokojem w Ukrainie – podpisanym na serwetce.
DEAL STULECIA: UKRAINA KUPUJE POKÓJ NA RATY
Ukraina, desperacko próbując wkupić się w łaskę amerykańskiego dealmakera, zaproponowała zakup broni za 90 miliardów dolarów oraz produkcję dronów za kolejne 50 miliardów. To nie pokój. To subskrypcja na przeżycie. I dość droga. Zwłaszcza jeśli uwzględnić, że Waszyngton nie chce „dawać”, tylko „sprzedawać”.
W skrócie: Trump żąda, by Ukraina przelała pieniądze, zanim będzie wiadomo, co dokładnie kupuje. Przypomina to trochę ten moment, gdy ktoś na bazarku oferuje ci „oryginalny” zegarek Roleksa w plastikowym pudełku z logo „Rolax”.
A POLSKA? NIEOBECNA, ALE ZBULWERSOWANA
Nie mogło zabraknąć komentarzy z naszego polskiego podwórka, które tradycyjnie balansuje między dramatem a kabaretem.
Marcin Bosacki, wiceszef MSZ, w TVN24 skomentował brak obecności Polski na spotkaniu z goryczą godną porzuconego gościa weselnego, który przyszedł z ciastem i nie został wpuszczony:
„Polska powinna być w tym gronie. W sobotę i niedzielę zachęcaliśmy obóz prezydencki do większej aktywności. Jedynym możliwym polskim reprezentantem mógł być prezydent Nawrocki.”
Tłumacząc z dyplomatycznego na ludzki: prezydent Nawrocki nie pojawił się na jednym z najważniejszych spotkań w najnowszej historii Europy, bo nie zdążył się zdecydować. Albo może uznał, że jak Trump załatwia pokój, to lepiej mieć alibi.
Bosacki nie owijał w bawełnę:
„Jestem przekonany, że gdyby pan prezydent Nawrocki i jego otoczenie wykazali pewną determinację, mogliby dolecieć do Waszyngtonu na czas.”
Zabrzmiało to jak elegancki sposób powiedzenia: „zaspaliście i teraz wszyscy widzą”.
ZAKOŃCZENIE, KTÓRE NICZEGO NIE KOŃCZY
Czy Putin chce pokoju? Nie. Czy Trump to rozumie? Też nie. Czy świat powinien ufać człowiekowi, który sam twierdzi, że „Putin chce porozumienia – dla mnie”? Absolutnie nie.
W tym spektaklu nie chodzi o pokój. Chodzi o efekt. O dekorację. O ujęcie, na którym Trump stoi między Putinem i Zełenskim jak świeżo po operacji plastycznej Chrystus Odkupiciel – tylko zamiast miłosierdzia oferuje konferencję prasową.
A jeśli coś z tego spotkania rzeczywiście przetrwa próbę czasu, to cytat-perełka, który powinien trafić do wszystkich przyszłych podręczniki dyplomacji:
„Myślałem, że ten konflikt będzie jednym z łatwiejszych do rozwiązania.” – Donald J. Trump, człowiek, który uważał, że TikTok to agenda CIA.
Więc nie łudźmy się. To nie był przełom. To była kolejna odsłona spektaklu: „Wojna. Komedia w trzech aktach i jednej peruce.”
I wszystko wskazuje na to, że sztuka trwa dalej.

Dodaj komentarz