ZACZĘŁO SIĘ. STRACH POMYŚLEĆ, CO DALEJ

Warszawa

Zima wydawała się spokojna. Taka zwyczajna, z tym swoim śniegiem, który pada zawsze wtedy, gdy człowiek wyjdzie z domu bez czapki. A tu nagle — Trump odpala świat jak kiepski fajerwerk z bazaru w Pcimiu. Wychodzi na Truth Social i ogłasza, że rozpoczął dużą operację militarną w Iranie. Słowa wypowiedziane tonem człowieka, który myli wojnę z promocją nowego burgera w swoim hotelu.

I patrzy się na to z rosnącym niepokojem. Bo gdy ego Donalda Trumpa zaczyna podejmować decyzje militarne, to świat drży. Drży jak kaloryfer w bloku z wielkiej płyty, gdy w piwnicy kotłownię obsługuje pan Mietek po imieninach.

Trump mówi, że zniszczy marynarkę Iranu. Potem dodaje, że zniszczy ich rakiety, przemysł, sen, marzenia, pewnie i pogodę. Taki chłop, który wchodzi do pokoju i obiecuje, że jak się rozpędzi, to i ściany zburzy. Najchętniej cudze.

Świat słucha i robi wielkie oczy. Bo gdy prezydent USA mówi: „Nie wychodźcie dziś na ulice, bomby będą spadać wszędzie”, człowiek zaczyna się zastanawiać, czy ten facet przypadkiem nie pomylił roli prezydenta z rolą kaznodziei z apokaliptycznej sekty.

W międzyczasie Chamenei ucieka w bezpieczne miejsce, co dla Iranu oznacza zapewne betonowy bunkier gdzieś pod górami. Dym unosi się nad Teheranem jak zaklęcie złych czasów. Ludzie stoją w kolejkach po benzynę, bo w takich chwilach każdy myśli to samo: zatankuję, może zdążę wyjechać zanim świat wybuchnie.

I tu, jak powiew normalności, pojawia się Donald Tusk. Spokojny, opanowany, z poczuciem odpowiedzialności. Informuje, że Polacy w Iranie są bezpieczni, ambasada działa jak trzeba, a państwo nie biega z głową pod pachą. W takich chwilach człowiek czuje, że demokracja może i skrzypi, ale stoi. Żurek, Sikorski, rząd — trzymają linię. Bez teatralnych gestów, bez machania mieczem w kamerze, bez wycia w mediach społecznościowych.

Patrzysz więc na tę różnicę.
Z jednej strony Trump — człowiek, który zrzuciłby bomby na własny cień, gdyby pomyślał, że źle na niego patrzy.
Z drugiej strony Tusk — który przychodzi, gasi światło, zamyka okno i mówi: spokojnie, ogarniamy.

I nagle czujesz starą prawdę: świat nie rozpada się od tyranów. Tyrani są jak pleśń — pojawiają się zawsze. Świat rozpada się wtedy, gdy za dużo ludzi daje się nabrać na ich poczucie wielkości.

A tymczasem my tu, starzejący się powoli, chorujący od czasu do czasu, żyjący między zimnem a rachunkami za ogrzewanie, patrzymy na globalną mapę jak na sudoku, które ktoś rozwiązuje młotkiem. Człowiek chciałby napić się herbaty, poprawić szalik, przejrzeć gazetę… a tu nagle wojna, dym, rakiety, odwet, stacje benzynowe, ewakuacje.

Po pięćdziesiątce człowiek dostaje zadyszkę, gdy wbiega po schodach.
A tu świat wbiega na wojnę, jakby to był konkurs skoków narciarskich.

Zaczęło się.
Strach pomyśleć, co dalej.
W takich momentach brakuje tylko jednego: żeby z któregoś kąta nie wyszedł Putin, oblizując się jak kot, który planuje roznieść wazon. Ale Putin to tchórz, morderca i piroman polityczny. Woli działać, gdy wszyscy patrzą w inną stronę. Więc pewnie już zaciera ręce.

Świat staje się zimny jak lód na chodniku, na którym człowiek złamałby nogę, gdyby nie to, że i tak ma już dość kontuzji w życiu.

Ale dopóki są ludzie, którzy potrafią mówić spokojnie, rozsądnie i odpowiedzialnie — jest jeszcze cień nadziei.
I dopóki my potrafimy się z tego wszystkiego śmiać, choćby przez łzy, dopóki ironia broni nas przed obłędem — świat jeszcze stoi.

Choć lekko się chwieje.
Jakby mu też zrobiło się słabo od nadmiaru Trumpa.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights