ZAĆMIENIE CZĘŚCIOWE, POLITYKA CAŁKOWITA

Warszawa

Za osiem dni, 12 sierpnia, Księżyc zasłoni nad Polską znaczną część Słońca. W najlepszych miejscach nawet około 88 procent. Całkowita ciemność zapadnie w północnej Hiszpanii i na Islandii, gdzie natura postanowiła urządzić widowisko bez udziału Roberta Bąkiewicza, rac, transparentów i komisji sejmowej.

Astronomowie radzą kupić specjalne okulary ochronne. Zwykłe przeciwsłoneczne nie wystarczą.

Do obserwowania polskiej polityki wystarczy natomiast kawa, niska samoocena gatunku ludzkiego i szkło przydymione doświadczeniem.

Niebo będzie ciemniało powoli. Najpierw mały fragment tarczy zniknie, potem większy, aż w końcu ze Słońca pozostanie świetlisty rogalik. Dokładnie tak samo wygląda dziś Prawo i Sprawiedliwość. Najpierw odgryzł je Braun, potem Konfederacja, teraz Morawiecki, a na końcu pozostanie Jarosław Kaczyński otoczony koroną słoneczną i kilkoma działaczami, którzy nie zdążyli odejść, bo nie znaleźli wyjścia z budynku.

Morawiecki zabrał czterdziestu posłów i senatora, tworząc Rozwój Plus — trzeci pod względem wielkości klub w Sejmie. Wciąż formalnie częściowo siedzi w PiS, choć politycznie już urządza parapetówkę w sąsiednim bloku. Jest to pierwszy przypadek zaćmienia, podczas którego Księżyc zapewnia, że nadal należy do Słońca i tylko przejściowo zasłania mu twarz.

Rozwój Plus osiąga w sondażach poziom pozwalający wejść do Sejmu, a PiS spadł niebezpiecznie blisko Konfederacji.

Morawiecki jest więc politycznym Księżycem. Sam nie świeci, ale doskonale odbija cudze światło.

Przy Tusku był europejskim technokratą. Przy Kaczyńskim — suwerennym bankierem ludu. Przy kobietach — feministą bawełnianym. Przy przedsiębiorcach — apostołem wolnego rynku. Przy emerytach — świętym Mateuszem od przelewów. Teraz zasłania prezesa i przedstawia to jako program gospodarczy.

Jarosław Kaczyński może pocieszać się tym, że każde zaćmienie mija. Problem polega na tym, że nie każde Słońce po nim wraca. Czasem okazuje się, że było tylko żarówką w partyjnej piwnicy, a rachunku za prąd nikt nie zapłacił.

Poważniejszą konkurencję dla Księżyca stanowi jednak prezydent Karol Nawrocki, który również zaczął zasłaniać wszystko, co znajduje się w pobliżu.

Rząd. Sejm. Sądy. Trybunał. Zdrowy rozsądek.

Nawrocki powołał już Radę Nowej Konstytucji i chce dyskusji o ustawie zasadniczej na rok 2030. Oficjalnie ma być strażnikiem obecnej Konstytucji, ale uznał najwyraźniej, że najlepiej strzeże się budynku, planując jego rozbiórkę.

Komentatorzy przewidują, że prezydent będzie próbował rozszerzać własną władzę i przesuwać Polskę w stronę systemu prezydenckiego. To logiczne. Każdy gospodarz po roku mieszkania dochodzi do wniosku, że potrzebuje większego salonu.

Nawrocki nie chce zmieniać Konstytucji gwałtownie. Chce jedynie, żeby coraz mniej było jej widać. Najlepiej metodą astronomiczną: wejść pomiędzy wszystkie organy państwa i powiedzieć, że zjawisko ma charakter przejściowy, choć potrwa do końca kadencji.

Prezydencka astronomia objawiła się również przy ułaskawieniach. Piotr Pytel, który spędził dwadzieścia dwa lata w więzieniu za zbrodnię, której — według ustaleń polskich śledczych — nie popełnił, otrzymał wolność pod pięcioletnim nadzorem kuratora.

Piotr „Staruch” Staruchowicz, ukarany zakazem stadionowym za wejście tam, gdzie nie powinien wchodzić, dostał darowanie zakazu i zatarcie skazania bez podobnych ozdobników.

U Pytla łaska miała więc fazę częściową. U kibola — całkowitą. Niewinny zobaczył 88 procent wolności. Swojak dostał pełne Słońce, sektor i mikrofon.

Nawrocki, człowiek mający za sobą kibicowskie ustawki określane przez niego jako rodzaj męskiej walki na ustalonych zasadach, rozumie bowiem prawo w sposób przestrzenny. Jeżeli człowiek przesiedział niesłusznie dwadzieścia dwa lata, powinien pozostawać pod obserwacją. Jeżeli stał na stadionowym płocie, trzeba usunąć płot.

To nie jest podwójny standard. To standard sektorowy.

Prezydent jest sprawiedliwy jak ochroniarz przed dyskoteką: patrzy na buty, twarz i znajomości, a potem mówi:

— Pan z wyrokiem do kuratora.

— Pan z szalikiem bez kolejki.

Słońce polskiej pamięci zasłonił również Robert Bąkiewicz, który znów maszerował na czele obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego. Człowiek wyposażony w megafon, różaniec i zestaw obelg przejął rolę samozwańczego kierownika działu patriotyzmu.

Powstańcy walczyli o wolność. Bąkiewicz walczy o to, by nikt inny nie miał prawa jej definiować.

Wanda Traczyk-Stawska powiedziała kiedyś, że trzyma on w jednej ręce różaniec, a w drugiej pałkę. Jest to właściwie pełny program polityczny: najpierw pomodlić się za przeciwnika, a potem pomóc modlitwie przedostać się do jego świadomości.

Podczas rocznicowego marszu pamięć o Powstaniu została więc częściowo zasłonięta przez race, agresywne okrzyki i człowieka, który patriotyzm rozumie jak miejsce parkingowe: najlepiej zająć, ogrodzić i pobierać opłatę od pozostałych.

Zaćmienie dotyczy również demografii.

Eksperci twierdzą, że Polaków będzie coraz mniej i trzeba się do tego przygotować. Morawiecki proponuje spłacanie części kredytów po urodzeniu dziecka oraz sprowadzenie potomków Polaków z całego świata.

To piękna idea. Dziecko rodzi się, bank spłaca ratę, państwo wręcza rodzicom formularz, a Mateusz pokazuje slajd, z którego wynika, że w 2040 roku niemowlę będzie już eksportowało wodór.

Projekt powrotu milionów Polonusów jest jeszcze lepszy. Morawiecki chce sprowadzić do kraju ludzi, którzy od trzech pokoleń mieszkają w Brazylii, Australii albo Chicago, nie mówią po polsku i uważają pierogi za rodzaj meksykańskiego ravioli.

Ważne, że mają przodka o nazwisku Kowalski.

Polska demografia zostanie uratowana metodą genealogiczną: wystarczy odnaleźć 22 miliony kuzynów i zaprosić ich na kredyt hipoteczny.

Na świecie również panuje półmrok.

Rosyjska rakieta Ch-101 przeleciała około stu kilometrów nad terytorium Polski i spadła w polu. Niosła znaczną ilość materiału wybuchowego.

Astronomowie potrafią obliczyć położenie Księżyca na 12 sierpnia z dokładnością do sekund. Państwo polskie znacznie później ustala, gdzie znajduje się rosyjska rakieta, ale za to bardzo dokładnie wie, w którym sektorze siedział „Staruch”. Priorytety są jasne. Rakieta może spaść w pole. Kibic nie może stać na płocie, chyba że prezydent go zna.

W czasie zaćmienia nie wolno patrzeć bezpośrednio na Słońce. Nawet chmury i zwykłe okulary przeciwsłoneczne nie zapewniają ochrony; potrzebne są specjalne filtry.

Na polską politykę można natomiast patrzeć bez zabezpieczenia. Wzrok od tego nie ucierpi. Najwyżej rozum.

Dwunastego sierpnia Słońce zostanie nad Polską zasłonięte niemal całkowicie, ale po kilkudziesięciu minutach wróci. Morawiecki przestanie zasłaniać Kaczyńskiego dopiero po wyborach. Nawrocki przestanie zasłaniać Konstytucję, kiedy znajdzie większą. Bąkiewicz przestanie zasłaniać Powstańców, kiedy media przestaną ustawiać kamerę przed jego megafonem, a polska sprawiedliwość odzyska światło wtedy, gdy niewinny człowiek nie będzie musiał dziękować za warunkową wolność, podczas gdy kolega ze stadionu otrzymuje pełne rozgrzeszenie z dostawą do sektora.

Zaćmienie Słońca potrwa krótko. Zaćmienie państwa jest zjawiskiem znacznie trwalszym i, niestety, nie rozdają do niego okularów.


  1. Elzbieta Swiecicka

    Jak zwykle, jasne przedstawienie sytuacji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights