
Polityka coraz bardziej przypomina stację benzynową o szóstej rano. Jeszcze wczoraj kierowca podjeżdżał pod dystrybutor z poczuciem, że świat wprawdzie oszalał, ale przynajmniej liczby na wyświetlaczu nie próbują go doprowadzić do zawału. Dziś przeciera oczy, patrzy na tę samą stację, ten sam asfalt i ten sam pistolet do tankowania, tylko cena wygląda tak, jakby w nocy ktoś dopisał do niej własne ambicje. Świat się nie zmienił. Zmieniło się tylko kilka cyfr. A jednak człowiek wraca do samochodu z przekonaniem, że właśnie uczestniczył w narodowym programie zrzutki na nieznaną przyszłość.
Polityka działa dokładnie tak samo. Czasami wystarczy kilka procent mniej w sondażu, kilka dni złej narracji, jedna afera albo kilka niezręcznych obrazków w mediach społecznościowych i nagle partia, która jeszcze miesiąc temu wyglądała jak spokojny lider peletonu, zaczyna oglądać się nerwowo przez ramię. Nie dlatego, że przeciwnicy nagle przyspieszyli. Dlatego, że wyborcy współczesnej demokracji przypominają klientów supermarketu. Jeszcze przed chwilą wrzucali produkt do koszyka z przekonaniem, że znaleźli okazję życia, a pięć minut później odkładają go na półkę, bo obok pojawiła się nowa promocja.
Najnowsze sondaże są właśnie takim zdjęciem z supermarketu politycznych emocji. Koalicja Obywatelska nadal pozostaje największą partią. W prognozie Onetu osiąga 33,8 procent poparcia, wyraźnie wyprzedzając Prawo i Sprawiedliwość z wynikiem 25,8 procent. W badaniu United Surveys dla Wirtualnej Polski przewaga jest nieco mniejsza — 29,2 do 24,2 procent. Z kolei sondaż IBRiS dla Polsatu daje Koalicji Obywatelskiej 28 procent, a PiS 24,1 procent. Trzy różne badania, trzy różne metodologie, ale jedna wspólna opowieść. Lider nadal prowadzi, tylko że od dwóch miesięcy prowadzi coraz wolniej.
To jeszcze nie katastrofa. To nawet nie alarm. To raczej pierwszy dźwięk skrzypiącej podłogi w starym domu. Samo skrzypienie nikogo nie zabija, ale rozsądny gospodarz nie udaje, że niczego nie słyszy.

Najciekawsze zaczyna się jednak wtedy, gdy odkładamy procenty i zaglądamy do sejmowej matematyki. Ta jest bezlitosna niczym księgowy, który nigdy nie miał poczucia humoru. Według prognozy Onetu Koalicja Obywatelska zdobyłaby 192 mandaty. PiS otrzymałby 152. Konfederacja 60. Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna 37, a Nowa Lewica 19. Razem daje to obozowi KO i Lewicy zaledwie 211 mandatów. Do większości potrzeba 231. Brakuje dwudziestu.
W symulacji przygotowanej dla Wirtualnej Polski przez kalkulator profesora Jarosława Flisa liczby są inne, ale puenta pozostaje identyczna. KO zdobywa 165 mandatów, PiS 135, Konfederacja 58, ugrupowanie Grzegorza Brauna 55, Lewica 47. Razem Koalicja Obywatelska i Lewica uzbierają 212 miejsc. Znów za mało. Za to partie prawej strony sceny politycznej mogłyby przekroczyć próg większości.
I oto pojawia się najpiękniejszy paradoks demokracji. Można wygrać wybory i przegrać władzę. To trochę tak, jakby wygrać maraton, a na mecie dowiedzieć się, że medale rozdają wyłącznie drużynom. W polityce pierwsze miejsce coraz częściej okazuje się jedynie biletem do znacznie trudniejszej gry.
Sytuację dodatkowo komplikują partie balansujące na granicy politycznego niebytu. PSL od miesięcy chodzi po linie zawieszonej tuż nad progiem wyborczym. Polska 2050 spadła już do poziomu, przy którym łatwiej znaleźć wolne miejsce parkingowe pod urzędem niż jej wyborcę w sondażu. Razem również pozostaje pod kreską. Każdy głos oddany na ugrupowanie, które nie wchodzi do Sejmu, działa niczym moneta wrzucona do fontanny. Spełnia marzenia, ale nie zmienia układu mandatów.
Matematyka nie zna współczucia. Nie interesują jej konferencje prasowe, emocjonalne wystąpienia ani efektowne spoty wyborcze. Liczy wyłącznie to, kto przekroczył próg. Reszta staje się polityczną parą unoszącą się nad czajnikiem.
Niepokoić może jednak coś znacznie bardziej subtelnego niż same liczby. Od dwóch miesięcy poparcie dla Koalicji Obywatelskiej systematycznie maleje. Nie gwałtownie. Nie dramatycznie. Raczej tak, jak schodzi powietrze z opony. Samochód nadal jedzie, ale kierowca coraz częściej spogląda na kontrolki.
Powodów jest kilka. Afera wokół Szpitala Południowego stała się symbolem znacznie większego problemu niż sam szpital. Polityka nie żyje przecież dokumentami, lecz obrazami. Wystarczy historia jednego człowieka, jednego stanowiska, jednego zdjęcia drogiego samochodu i nagle cała opowieść zaczyna żyć własnym życiem. Nie dlatego, że wyborcy przeczytali raport kontrolny. Dlatego, że zrozumieli prostą historię. A ludzie od tysięcy lat wierzą bardziej opowieściom niż tabelom.
To zresztą największa słabość każdej władzy. Przez długi czas wydaje jej się, że najważniejsze są decyzje. Tymczasem równie ważne okazuje się ich tłumaczenie. Jeżeli rząd oddaje pole emocjom, ktoś inny bardzo chętnie je zagospodaruje. W polityce próżnia trwa krócej niż promocja na truskawki.
Nie oznacza to oczywiście, że po drugiej stronie sceny politycznej panuje sielanka. PiS utrzymuje twardy elektorat, ale od wielu miesięcy nie potrafi wrócić do poziomu poparcia z czasów swoich rządów. Partie Konfederacji rosną głównie dlatego, że korzystają z nastroju protestu. Protest jest jednak niezwykle wygodnym garniturem opozycji. Znacznie gorzej wygląda wtedy, gdy trzeba w nim codziennie chodzić do pracy.
Współczesny wyborca stał się bowiem najbardziej wymagającym pracodawcą świata. Nie daje okresu ochronnego. Nie interesują go tłumaczenia. Nie chce słyszeć, że państwo jest skomplikowane. Oczekuje efektów natychmiast, najlepiej przed końcem tygodnia, bo internet nauczył go, że wszystko można mieć od ręki. Film trwa trzydzieści sekund. Zakupy przyjeżdżają za godzinę. Telefon aktualizuje się w nocy. Skoro technologia potrafi dokonywać cudów, to dlaczego państwo nie potrafi?
Największym przeciwnikiem każdego rządu nie jest więc opozycja. Jest codzienność. Cena paliwa. Kolejka do lekarza. Rachunek za prąd. Zepsuty pociąg. To tam odbywają się prawdziwe wybory, choć politycy uparcie wierzą, że rozstrzygają je konferencje prasowe.
Demokracja jest niezwykle przewrotną maszyną. Każda nowa władza obiecuje, że posprząta bałagan po poprzednikach. Po kilku latach sama zostawia własny zestaw niedokończonych remontów, a wyborcy z nadzieją patrzą na następną ekipę, przekonani, że tym razem naprawdę będzie inaczej.
Historia patrzy na to z pobłażliwym uśmiechem starego bibliotekarza, który zna zakończenie tej książki od dawna. Wie, że za kilka lat znów przeczyta te same obietnice, usłyszy te same zapewnienia i zobaczy nowe twarze przekonane, iż właśnie odkryły sekret nieśmiertelności politycznego poparcia.
Sekretu nie ma.
Jest tylko wyborca. A wyborca, w przeciwieństwie do polityków, nigdy nie podpisuje z nikim umowy na czas nieokreślony.

Dodaj komentarz