
Wtorek dobiega końca i właściwie trudno powiedzieć, jak go nazwać. Co zresztą znakomicie pasuje do dzisiejszych wydarzeń, ponieważ nazwy przestają odpowiadać rzeczom.
Mont Blanc przestaje być blanc. Jezioro Ontario może zostać Ameryką. Marcin Romanowski może być w Naddniestrzu, ale może go tam nie być. Przemysław Kral jest podejrzanym, ale jednocześnie współpracuje z prokuraturą, a jego obrońcą okazuje się Roman Giertych. Polityczne partie nadal noszą swoje stare nazwy, choć z sondaży coraz mniej wiadomo, z kim właściwie po wyborach mogłyby utworzyć rząd.
Jedynym przedmiotem, który dziś wygląda dokładnie tak, jak się nazywa, jest czołg i może właśnie dlatego przyjechało ich do Polski aż dwadzieścia osiem.
Zacznijmy jednak od góry.
Mont Blanc ma 4809 metrów i przez parę stuleci przyzwyczailiśmy się uważać, że skoro nazywa się Białą Górą, to powinna być biała. Klimat najwyraźniej nie czytał przewodnika. Tegoroczne upały odsłaniają skały, destabilizują zbocza, powodują lawiny kamieni, a nawet klasyczne trasy wspinaczkowe stają się okresowo nieprzejezdne. Naukowcy mówią o rozmarzaniu wieloletniej zmarzliny, która dotąd działała w Alpach jak naturalny klej.
To już nie jest sympatyczna opowieść o tym, że latem zrobiło się trochę cieplej i można dłużej siedzieć w ogródku.
Dzisiejsze, wciąż niepełne dane mówią o co najmniej 35 tysiącach nadmiarowych zgonów w Europie podczas czterech kolejnych fal upałów. Ekonomiczne rachunki też przestają być abstrakcyjne: analiza Triodos Bank szacuje tegoroczne straty UE związane z upałami i pożarami na około 180 miliardów euro, czyli mniej więcej tyle, ile miał wynieść cały tegoroczny wzrost gospodarczy Unii. Spłonęło już około pół miliona hektarów.
Człowiek mógłby więc dojść do wniosku, że wypada coś zrobić.
Na szczęście Donald Trump znalazł rozwiązanie bardziej praktyczne. Zmienić nazwę jeziora. Prezydent Stanów Zjednoczonych, pozostający w coraz ostrzejszym sporze handlowym z Kanadą, ogłosił, że rozważa przemianowanie jeziora Ontario na Lake America.
Jest w tym jakaś monumentalna prostota. Jeżeli nie możesz rozwiązać problemu — nazwij go swoim. Meksyk ma zatokę? Zrobimy Zatokę Amerykańską. Kanada ma Ontario? Zrobimy Jezioro Ameryka.
Jeszcze kilka kadencji i okaże się, że Atlantyk nazywa się Trump Water, Grenlandia jest północnym parkingiem, a Kanada figuruje w atlasach jako „obszar przejściowo administrowany przez innych”.
Geografia weszła w epokę personalizacji. Kiedyś państwa przesuwały granice. Teraz najpierw przesuwa się podpis pod mapą.
Kanadyjczycy, co ciekawe, nie rzucili się z gumką do szkolnego atlasu. Ich rząd zapowiedział, że nie zamierza odpowiadać na każdą wypowiedź zamieszczoną w Truth Social. To podejście rozsądne, ale ma pewną wadę: świat dochodzi właśnie do etapu, w którym wpis na portalu społecznościowym człowieka dysponującego bronią nuklearną jest jednak formą polityki zagranicznej.
My mamy własne problemy z geografią. Marcin Romanowski twierdzi, że przebywa w Tyraspolu. Z Naddniestrzem wiązany jest jego wniosek o list żelazny. Donald Tusk mówił wcześniej, że współpracujące z Polską służby potwierdziły jego obecność tam „na 99 procent”. Tymczasem prokuratura przyznaje, że twardego dowodu nadal brak, a Waldemar Żurek zapowiedział dzisiaj, że sprawdzi, kto właściwie ma rację.
Romanowski osiągnął więc stan dostępny dotychczas głównie cząstkom elementarnym. Jest w Naddniestrzu i nie jest w Naddniestrzu jednocześnie. Schrödinger miał kota. My mamy byłego wiceministra. Różnica polega na tym, że kota należało szukać w pudełku, a tu pudełkiem jest pół Europy Wschodniej.
Ciekawie jest również w sprawie Zondacrypto. Minister sprawiedliwości mówi o „przełomie” w śledztwie, prokuratura ma nowych podejrzanych, dowody oraz osoby gotowe współpracować. Roman Giertych ujawnił zaś, że od maja jest obrońcą Przemysława Krala i że jego klient przekazał do dyspozycji prokuratury znaczny majątek, który — według Giertycha — wraz z wcześniej zabezpieczonym powinien wystarczyć na roszczenia zgłoszonych pokrzywdzonych. Co dokładnie Kral powiedział śledczym i jaki formalnie ma status, pozostaje objęte tajemnicą śledztwa.
Nie będę zatem pisał, że Kral „sypie”, bo na razie więcej wiedzą prokuratorzy niż publicyści, ale zestaw osób jest rzeczywiście fascynujący.
Kryptowaluty. Polityka. Giertych. Prokuratura. Ogromny majątek. Jeżeli do tej historii dojdzie jeszcze ksiądz i fundacja, będziemy mieli komplet polskiego serialu premium.
Giertych zresztą osiągnął w polskim życiu publicznym pozycję szczególną. Gdziekolwiek pojawia się człowiek, który może powiedzieć coś nieprzyjemnego o PiS, po pewnym czasie gdzieś w pobliżu materializuje się Roman Giertych.
Nie twierdzę, że istnieje związek przyczynowy. Być może jest to zjawisko atmosferyczne. Na wszelki wypadek meteorolodzy powinni objąć je monitoringiem.
Tymczasem sondaż IBRiS dla „Rzeczpospolitej” przynosi wiadomość zabawną w sposób bardziej subtelny. Największy wzrost od poprzedniego badania notuje Razem, podczas gdy układ sił pozostałych partii nie daje dziś łatwej odpowiedzi na pytanie, jak po następnych wyborach zbudować większość. Sama „Rzeczpospolita” pisze wprost o możliwym klinczu koalicyjnym. W innym świeżym badaniu CBOS Razem miało 4,4 proc., choć eksperci słusznie przestrzegają, że przy takich wartościach różnice ocierają się o błąd statystyczny.
Zandberg może się więc cieszyć. Ale ostrożnie. W Polsce polityk lewicowy, który za szybko cieszy się sondażem, natychmiast traci pół punktu za nadmierny optymizm.
KO i PiS znajdują się natomiast w interesującej sytuacji: nadal dominują nad resztą, ale coraz trudniej wyobrazić sobie prostą większość z tradycyjnymi partnerami. Być może wkrótce największą partią polityczną w Polsce zostanie Koalicja Arytmetyczna.
Program prosty:
— Ile mamy?
— Za mało.
— A oni?
— Też za mało.
— To z kim?
— Zobaczymy.
W polityce kadrowej natomiast żadnego kryzysu wyobraźni nie ma. „Rzeczpospolita” opisała dziś karierę Mateusza Lorka, syna posła PiS Grzegorza Lorka. Młody prawnik trafił w 2024 roku do Bychawskiego Przedsiębiorstwa Komunalnego jako wiceprezes, kilka miesięcy później został prezesem. Władze miasta i sam zainteresowany stanowczo zapewniają, że pokrewieństwo z posłem nie miało znaczenia.
I ja oczywiście wierzę. Polska jest przecież krajem niezwykłych zbiegów okoliczności. Synowie polityków mają szczególną skłonność do odkrywania talentów menedżerskich dokładnie tam, gdzie rządzą znajomi ich ojców. Jest to zapewne dziedziczne. Jedni dziedziczą kolor oczu. Inni przedsiębiorczość komunalną.
Na szczęście są też wiadomości, których nie trzeba interpretować za pomocą politologii.
Do Polski dotarło 28 kolejnych czołgów K2 z drugiej umowy wykonawczej z Koreą Południową. Trafią do 16. Dywizji Zmechanizowanej. Kontrakt obejmuje łącznie kolejnych 180 czołgów, w tym późniejsze K2PL z udziałem polskiego przemysłu.
Czołg ma tę przewagę nad programem politycznym, że można policzyć, czy przyjechał. Dwadzieścia osiem przyjechało. Stoją. Mają gąsienice. Nie trzeba powoływać komisji, żeby stwierdzić, czy są. W obecnych czasach jest to niemal wzruszający poziom pewności poznawczej.
Zwłaszcza że z Moskwy płyną wiadomości znacznie mniej zabawne. Były rosyjski wiceminister spraw zagranicznych i doradca Kremla Andriej Fiodorow zasugerował, że brytyjskie fabryki produkujące sprzęt dla Ukrainy mogłyby zostać zaatakowane przez jakieś tajemnicze „nieznane źródła”. Nie przez Rosję, rzecz jasna. Przez źródła. Być może naturalne.
Rosja od dawna osiąga mistrzostwo w gramatyce bezpodmiotowej. Nie „Rosja wysadziła”. Tylko „doszło do wybuchu”. Nie „Rosja zatruła”. Tylko „substancja się pojawiła”. Nie „zaatakujemy fabrykę”. Tylko „coś może się wydarzyć”. Język rosyjskiej dyplomacji coraz bardziej przypomina komunikat hydraulika: nastąpiła awaria, przyczyna nieznana, właściciel nieobecny.
I może właśnie dlatego najbardziej symboliczną wiadomością tego wtorku pozostaje Mont Blanc. Góra nie wygłasza oświadczeń. Nie zmienia rzecznika. Nie publikuje postów. Nie mówi, że jej szary kolor jest sukcesem poprzedniej administracji. Po prostu topnieje.
Rzeczywistość ma tę przykrą cechę, że w końcu przestaje się przejmować nazwami, sondażami i konferencjami prasowymi. Możemy nazwać jezioro Ameryką. Możemy nazwać składkę podatkiem albo podatek składką. Możemy nazwać nepotyzm „wizją menedżerską”. Możemy powiedzieć, że człowiek jest w Tyraspolu na 99 procent. Możemy nawet nazywać kolejne polityczne katastrofy „nowym otwarciem”, ale od tego jezioro nie zmieni brzegu, góra nie odzyska lodowca, a pacjent nie wyjdzie z kolejki.
Nazwy są dla ludzi. Fakty mają to gdzieś. I na tym może zakończmy wtorek. Zanim ktoś go przemianuje.

Dodaj komentarz