
Wtorek jest dniem osobliwym. Poniedziałek przynajmniej ma złą opinię i niczego przed nami nie ukrywa. Wtorek natomiast przychodzi niewinnie, człowiekowi wydaje się, że najgorsze już minęło, po czym otwiera wiadomości i dowiaduje się, że skrajna prawica kłóci się o cwaniaków, prezydent organizuje spotkania wizjonerów przy kiełbasce, a człowiek zarabiający w Warszawie osiemnaście tysięcy na rękę może nadal znajdować się niepokojąco blisko biedy.
Czyli wszystko jest w porządku. Polska działa.
Najbardziej żywiołowo działa prawa flanka, gdzie partia Grzegorza Brauna zaczyna odkrywać odwieczne prawo polityki: można gardzić systemem, partiokracją, establishmentem i zgniłym parlamentaryzmem, ale kiedy zbliżają się wybory, jedynek na listach zawsze jest za mało.
W Konfederacji Korony Polskiej rośnie więc niezadowolenie starej gwardii. Jedni skarżą się na „cwaniaków” i „spadochroniarzy”, inni twierdzą, że Braun rozdał już więcej pierwszych miejsc, niż fizycznie istnieje, a jeszcze inni przyznają, że właściwie żadnego programu nie ma, jest tylko jazda „od jednego happeningu do drugiego”.
Bardzo mnie to uspokaja. Okazuje się bowiem, że nawet radykalizm ma granice. Kończy się dokładnie tam, gdzie zaczyna się drugie miejsce na liście.
Człowiek może walczyć z eurokomuną, ukrainizacją, globalizmem, judaizmem, systemem i cywilizacją śmierci, ale kiedy kolega dostaje „jedynkę”, której człowiek oczekiwał dla siebie, nagle pojawia się problem fundamentalny.
Wtedy nie chodzi już o los białej Europy. Chodzi o okręg numer 17. Braun stworzył partię antysystemową, która zaczyna cierpieć na najbardziej systemową chorobę świata: działacze chcą mandatów.
Rewolucja po raz kolejny odkryła dietę poselską.
Tymczasem Karol Nawrocki postanowił rozmawiać z inteligencją. To zdanie samo w sobie jest tak piękne, że przez chwilę niczego nie trzeba dodawać.
Prezydent urządza w willi w Klarysewie, odziedziczonej przez państwo po epoce Edwarda Gierka, kilkugodzinne spotkania z ludźmi określanymi jako „wizjonerzy”. Są wykłady, polemiki, pytania, prezydent robi notatki, podobno naprawdę słucha, a nawet dopuszcza krytykę własnych wet. Potem przyjeżdża kucharz z Pałacu i robi grilla.
Przyznam, że akurat fakt, iż prezydent czasem siedzi, słucha ludzi i notuje, uważam za wiadomość dobrą. W polskiej polityce słuchanie jest już niemal działalnością opozycyjną.
Zazwyczaj polityk zaprasza ekspertów po to, żeby powiedzieć im, co mają myśleć. Jeśli Nawrocki rzeczywiście zadaje pytania i pozwala sobie mówić rzeczy nieprzyjemne, to należy ten rzadki okaz chronić.
Ale sceneria jest wyśmienita. Willa po Gierku. Wizjonerzy. Kryzys demograficzny. Los narodu Przyszłość Polski. A potem kiełbaska. Polska myśl państwowa od stuleci nie zna bowiem problemu, którego ostatecznie nie można sprowadzić do pytania: „Musztarda sarepska czy rosyjska?”
Gierek w tej willi zastanawiał się, jak zbudować drugą Polskę. Nawrocki zastanawia się, komu Polska jest potrzebna. Postęp historyczny polega na tym, że dziś przynajmniej grill jest lepszy.
Jeszcze ciekawiej robi się, kiedy spojrzymy na gospodarkę.
Business Insider policzył, ile właściwie trzeba zarabiać, żeby zaliczać się do polskiej klasy średniej. W Warszawie rodzina 2+1 mająca 18 tysięcy złotych miesięcznie na rękę znajduje się według tej metodologii bliżej dolnej granicy niż świata ludzi naprawdę dobrze zarabiających.
Jest to informacja niezwykle cenna, zwłaszcza dla człowieka, który zarabia sześć tysięcy. Dowiedział się właśnie, że ci, którym zazdrościł, też są biedni, tylko drożej.
Klasa średnia jest zresztą w Polsce bardziej stanem psychicznym niż ekonomicznym. To człowiek, który zarabia za dużo, żeby dostać pomoc, za mało, żeby przestać się bać, posiada kredyt, samochód, abonament na trzy platformy streamingowe i przekonanie, że jeszcze jedna podwyżka raty dzieli go od uprawy ziemniaków na balkonie.
Można zarabiać osiemnaście tysięcy, ale jeżeli ma się dwójkę dzieci, kredyt i mieszkanie w Warszawie, to człowiek nie czuje się bogaty. Czuje się bardziej profesjonalnie biedny.
Na pocieszenie „The Telegraph” odkrył Polskę jako kraj ludzi pracowitych i coraz atrakcyjniejsze miejsce do życia. Brytyjczycy, których przez lata Polacy odwiedzali z walizką, żeby pracować na Wyspach, teraz sami zaczynają przeprowadzać się tutaj.
Historia zatoczyła koło. Polak wyjeżdżał kiedyś do Londynu, żeby pracować u Anglika. Teraz Anglik przyjeżdża do Warszawy, bo Polak za dużo pracuje. Jeszcze dwadzieścia lat i Niemcy zaczną przyjeżdżać zbierać u nas szparagi.
Choć z Niemcami mamy dziś poważniejszy problem. AfD przed wrześniowymi wyborami w Saksonii-Anhalt prowadzi w sondażach z poparciem około 41 procent. W badaniu ogólnoniemieckim ma 27 procent i wyprzedza CDU/CSU. Partie głównego nurtu nadal próbują utrzymywać wobec niej tak zwany Brandmauer — polityczny mur ogniowy — tyle że mur staje się coraz bardziej osobliwy, jeżeli prawie połowa ludzi stoi już po jego drugiej stronie.
I tu śmiech staje się trochę krótszy. Europa przez lata uważała, że radykalną prawicę można pokonać głównie poprzez oburzanie się na radykalną prawicę. Problem polega na tym, że wyborca, który uważa, iż państwo nie słucha jego lęków, nie zmienia zdania, kiedy ktoś mu tłumaczy, że jego lęki są nieeleganckie.
On zwykle głosuje jeszcze mocniej. Mur jest potrzebny. Ale sam mur nie stanowi polityki. Jeżeli za murem nie ma lepszego domu, ludzie w końcu zaczną sprawdzać, co jest po drugiej stronie.
Na szczęście wtorkowy ranek przynosi też coś, przy czym można wyłączyć politykę. W Sopocie odbył się piękny hołd dla Stanisława Soyki. Maciej Stuhr usiadł przy fortepianie, śpiewali jego przyjaciele, wspominali człowieka, a przez półtorej godziny telewizja zrobiła rzecz dziś niemal rewolucyjną: nie krzyczała.
Nie było skandalu. Nie było pojedynku celebrytów. Nie było jurora rzucającego krzesłem. Była pamięć. Była muzyka. Było wzruszenie. I nagle okazało się, że widz potrafi siedzieć przed telewizorem bez tego, żeby co osiem minut ktoś obiecywał mu „SZOKUJĄCY ZWROT AKCJI”. Może więc nie wszystko jeszcze stracone.
Onet z okazji trzydziestolecia wybiera również najlepszy polski film ostatnich trzech dekad. Wśród kandydatów są „Dług”, „Ida”, „Zimna wojna”, „Wołyń”, „Kler”, ale także „Dzień świra”.
Nie chcę wpływać na głosowanie. Ale jeżeli zadaniem sztuki jest opisać naród, który rano kłóci się o politykę, w południe o miejsce parkingowe, wieczorem o sąsiada, a przez cały dzień uważa, że wszyscy wokół są idiotami, to konkurencja nie ma łatwo. „Dzień świra” jest zresztą jedynym polskim filmem, który z biegiem lat nie starzeje się, tylko coraz bardziej przypomina dokument.
I tak właśnie wchodzimy we wtorek. Braun będzie liczył jedynki. Nawrocki będzie słuchał wizjonerów. Wizjonerzy zjedzą kiełbaskę. Klasa średnia sprawdzi, czy przypadkiem nie jest biedna. Niemcy będą zastanawiać się, jak wysoki powinien być mur przeciw AfD. Brytyjczycy zaczną pakować walizki do Polski. A telewizja, ku powszechnemu zdumieniu, przez chwilę przypomni sobie, że człowieka można wzruszyć bez poniżania kogokolwiek.
Może więc wtorek nie będzie taki zły. Trzeba tylko nie otwierać wiadomości zbyt często. Bo doświadczenie uczy, że rzeczywistość najlepiej rozwija się bez nadzoru.

Dodaj komentarz