
Kilka dni temu siedziałem na tarasie niewielkiej restauracji w Warszawie i obserwowałem ludzi. W moim wieku człowiek coraz rzadziej obserwuje polityków, bo oni od lat pokazują mniej więcej te same sztuczki, a coraz częściej obserwuje zwykłych ludzi. Są znacznie ciekawsi. Polityk potrafi przez godzinę mówić o przyszłości kraju i nie powiedzieć niczego. Zwykły człowiek potrafi rzucić jedno zdanie nad filiżanką kawy i nagle okazuje się, że powiedział więcej niż cały sztab ekspertów występujących wieczorem w telewizji.
Przy sąsiednim stoliku siedziało małżeństwo. Oboje mogli mieć około czterdziestki. Jeszcze nie starzy, ale już wystarczająco doświadczeni przez życie, żeby wiedzieć, że największym zagrożeniem dla spokoju psychicznego nie jest wojna atomowa, tylko wiadomość z banku zaczynająca się od słów: „Szanowny Kliencie, informujemy o zmianie warunków…”.
Rozmawiali o mieszkaniu dla córki. O cenach energii. O szkole. O lekarzach. O wakacjach. O wszystkim tym, o czym rozmawia dziś klasa średnia, która przez ostatnie trzydzieści lat ciężko pracowała, żeby dojść do miejsca, w którym może się martwić już nie o przeżycie, ale o jakość życia. I wtedy kobieta powiedziała zdanie, które powinno zostać wyryte nad wejściem do Kancelarii Premiera.
– Ja już nawet nie chcę, żeby było lepiej. Chciałabym tylko wiedzieć, dokąd to wszystko zmierza.
Mężczyzna nie odpowiedział. Nie dlatego, że się nie zgadzał. Nie odpowiedział dlatego, że nie znał odpowiedzi, a ja nagle zrozumiałem, że siedzę obok największego problemu Donalda Tuska przed wyborami parlamentarnymi w 2027 roku.
Nie obok Jarosława Kaczyńskiego, który od lat wygląda jak człowiek przekonany, że historia zrobiła mu osobistą krzywdę i teraz powinien otrzymać odszkodowanie wraz z odsetkami.
Nie obok Karola Nawrockiego, który sprawia momentami wrażenie człowieka gotowego nauczyć się gry w golfa, jeść hamburgery trzy razy dziennie i przemalować Pałac Prezydencki na kolor amerykańskiej flagi, gdyby tylko Donald Trump zechciał poklepać go po plecach.
Nie obok Mentzena, który sprzedaje politykę niczym handlarz cudownych eliksirów na średniowiecznym jarmarku i z tą samą pewnością obiecuje bogactwo, wolność, niskie podatki i szczęście wieczne.
Największy problem siedział przy sąsiednim stoliku i takich ludzi są miliony. To są ludzie, którzy prawdopodobnie zagłosują na Koalicję Obywatelską. To są ludzie, którzy pamiętają osiem lat rządów PiS. To są ludzie, którzy nie mają najmniejszej ochoty oglądać ponownie eksperymentów politycznych prowadzonych przez Jarosława Kaczyńskiego, Przemysława Czarnka i pozostałych alchemików narodowego laboratorium.
Oni coraz częściej zadają pytanie, na które nikt nie odpowiada.
Po co? Po co właściwie ma wygrać Koalicja Obywatelska w 2027 roku? Po co ma powstać kolejny rząd Donalda Tuska? Po co mamy głosować jeszcze raz?
Od wielu miesięcy obserwuję dyskusję wokół przyszłorocznych wyborów parlamentarnych i mam wrażenie, że uczestniczę w naradzie zarządu wielkiego biura podróży, którego członkowie od rana do wieczora kłócą się o kolor katalogów reklamowych, ale nikt nie pamięta, dokąd jedzie wycieczka.
Jedna lista. Dwie listy. Trzy listy. Wspólny start. Osobny start. Koalicja. Półkoalicja. Nadkoalicja. Podkoalicja.
Słucham tego wszystkiego i przypomina mi się stara prawda, że kiedy politycy zaczynają mówić wyłącznie o matematyce, zwykle oznacza to, że skończyły im się pomysły.
Według sondaży Koalicja Obywatelska prowadzi. Według sondaży część jej wyborców marzy o jednej wspólnej liście. Według sondaży Polska 2050 balansuje niebezpiecznie blisko politycznej krawędzi. Lewica nie chce zostać połknięta przez większego partnera. PSL tradycyjnie zachowuje się jak stary wiejski kot, który przeżył wszystkich gospodarzy i doskonale wie, że najpierw trzeba zobaczyć, kto wystawi miskę z mlekiem.
To wszystko są ważne problemy, tylko że przeciętny obywatel nie żyje w sondażu., przeciętny obywatel żyje w Polsce, a Polska roku 2026 jest krajem dziwnym. To kraj, który odniósł sukces i nie bardzo wie, co zrobić dalej.
Przez trzydzieści lat goniliśmy Zachód. Budowaliśmy autostrady. Wchodziliśmy do NATO. Wchodziliśmy do Unii Europejskiej. Kupowaliśmy mieszkania. Kupowaliśmy samochody. Uczyliśmy się języków. Zakładaliśmy firmy. Rosły miasta. Rosły pensje. Rosły oczekiwania.
Aż nagle okazało się, że większość tej drogi została już pokonana. Polska nie przypomina dziś biednego krewnego stojącego pod oknem bogatszych sąsiadów. Polska przypomina człowieka, który wspinał się pod górę przez trzydzieści lat, dotarł prawie na szczyt, rozejrzał się wokół i odkrył, że mapa się kończy. I właśnie dlatego największym problemem Donalda Tuska nie jest dziś wygranie wyborów. Wygranie wyborów jest całkiem możliwe.
Największym problemem jest odpowiedzenie na pytanie, co będzie dzień po wygranej. Jak ma wyglądać Polska za dziesięć lat? Jak ma wyglądać edukacja? Jak ma wyglądać służba zdrowia? Jak mają wyglądać miasta? Jak mają wyglądać emerytury? Jak ma wyglądać państwo, które nie tylko przetrwało populistyczną gorączkę, ale ma jeszcze jakiś plan na przyszłość?
Człowiek może przez pewien czas głosować przeciwko komuś. Może głosować przeciwko PiS. Przeciwko Kaczyńskiemu. Przeciwko Nawrockiemu. Przeciwko Mentzenowi, ale nie da się przez całe życie głosować przeciwko. W pewnym momencie trzeba zacząć głosować za czymś. Za jakąś wizją, za jakimś marzeniem, za jakimś kierunkiem.
I tutaj właśnie zaczyna się cisza. Nie ta zwyczajna. Nie ta, która zapada po nieudanym dowcipie na weselu. To jest cisza polityczna. Najbardziej niebezpieczna ze wszystkich.
Kiedy politycy przestają opowiadać ludziom przyszłość, ludzie zaczynają szukać jej gdzie indziej. U populistów. U politycznych kuglarzy. U narodowych zbawców. U ludzi oferujących proste odpowiedzi na trudne pytania.
Albo przestają słuchać kogokolwiek, a człowiek obojętny jest dla polityka znacznie groźniejszy niż człowiek wściekły. Wściekły jeszcze przyjdzie na wybory, obojętny zostanie w domu.
I dlatego największym przeciwnikiem Koalicji Obywatelskiej przed wyborami 2027 roku nie jest dziś PiS. Nie jest Konfederacja. Nie jest Nawrocki. Nie jest nawet opozycja. Największym przeciwnikiem jest chwila, w której miliony ludzi spojrzą na polityków i powiedzą:
„Dobrze. Uratowaliście statek. Bardzo wam za to dziękujemy. A teraz może ktoś wreszcie pokaże mapę.”
Bez mapy nawet największy okręt nie płynie ku przyszłości. Krąży po morzu. Potem po sondażach, a na końcu po własnym pokładzie, przekonany, że odbywa wielką podróż, choć od dawna stoi w miejscu.

Dodaj komentarz