WETOMAT. PREZYDENT OCALA POLAKÓW PRZED AUTOBUSEM

Warszawa

Karol Nawrocki znów uratował Polskę. Tym razem przed publicznym transportem zbiorowym.

Prezydent zawetował ustawę, która miała wprowadzić ogólnopolski minimalny standard komunikacji: co najmniej cztery połączenia w dni robocze i dwa w dni wolne między stolicami województw, powiatami i gminami, lepszą integrację przewozów oraz uporządkowane cyfrowe rozkłady jazdy. Rząd przedstawiał ją jako pierwszą od wielu lat systemową próbę ograniczenia wykluczenia komunikacyjnego.

Nawrocki zawetował ją, ponieważ — jak wyjaśnił — mogłaby doprowadzić do likwidacji połączeń i wykluczenia komunikacyjnego.

To jest już logika pałacowa wysokiej próby.

Żeby autobusy nie zniknęły, najlepiej zawetować ustawę, która miała zagwarantować autobusy.

Tą metodą możemy dalej poprawiać państwo. Żeby ludzie nie chorowali, zamykamy przychodnie. Żeby dzieci nie miały problemów w szkole, likwidujemy szkoły. Żeby pociągi się nie spóźniały, nie wypuszczamy ich ze stacji.

Punktualność sto procent.

Oczywiście ustawa mogła mieć wady. Każda ma. Można spierać się o finansowanie, kompetencje samorządów, szczegóły organizacyjne. Ale prezydencka filozofia coraz bardziej przypomina człowieka, który na widok krzywo wiszącego obrazu burzy ścianę.

Po pierwszym roku urzędowania Nawrocki miał już na koncie 41 wet, więcej niż Aleksander Kwaśniewski przez dwie kadencje i ponad dwa razy tyle, ile Andrzej Duda przez całe dziesięć lat. Sam Pałac potwierdzał 41 zawetowanych ustaw w pierwszym roku prezydentury.

Nie mamy już więc prezydenta. Mamy Wetomat 3000. Urządzenie jest proste w obsłudze. Z jednej strony wkłada się ustawę. Z drugiej wychodzi konferencja prasowa o suwerenności.

Instrukcja zawiera tylko dwa przyciski: PODPISZ oraz A CO MI TAM — WETO. Drugi jest wyraźnie bardziej wytarty.

Najciekawsza jest jednak sprawa „lex szarlatan”, bo tutaj rzecz jest poważniejsza niż autobus, a przy okazji znacznie bardziej groteskowa.

Ustawa miała dać Rzecznikowi Praw Pacjenta narzędzia do ścigania pseudomedycyny: także wobec ludzi i firm działających poza rejestrem podmiotów leczniczych. Rzecznik mógłby publicznie ostrzegać przed niebezpiecznymi praktykami, a w pilnych sytuacjach nakazać ich natychmiastowe przerwanie jeszcze przed zakończeniem całego postępowania. Maksymalna kara za naruszanie zbiorowych praw pacjentów miała wzrosnąć z 500 tysięcy do miliona złotych, a za brak współpracy z Rzecznikiem — z 50 do 100 tysięcy.

I nie chodziło o to, żeby o świcie wkroczyć do zielarki, skonfiskować rumianek i aresztować instruktorkę jogi.

Przepisy miały uderzać przede wszystkim w ludzi, którzy bez kwalifikacji oferują „leczenie”, przypisują cudowne właściwości terapiom bez potwierdzenia naukowego albo namawiają chorego, żeby porzucił prawdziwe leczenie na rzecz biorezonansu, energii kosmicznej, kropli pamiętających dinozaury czy innego medycznego voodoo z terminalem płatniczym. Rząd wyraźnie podkreślał, że samo zielarstwo, kosmetologia, podologia, joga czy masaż nie miały być zakazane; problem zaczynał się wtedy, gdy ktoś robił z nich terapię raka, cukrzycy czy innej poważnej choroby.

To rozróżnienie jest dość istotne. Można masować plecy. Nie powinno się natomiast po masażu ogłaszać człowiekowi, że właśnie wyleczono mu trzustkę i może odstawić insulinę.

Pałac Prezydencki przed decyzją rzeczywiście wysłuchał przeciwników ustawy. Były petycje, jedna z internetowych akcji zebrała ponad 100 tysięcy podpisów, a 12 sierpnia odbyło się spotkanie z przedstawicielami organizacji pacjentów, zawodów medycznych, biznesu i ekspertami. Krytycy zwracali uwagę przede wszystkim na szerokie kompetencje Rzecznika, możliwość wykonywania decyzji przed sądowym rozstrzygnięciem i ryzyko nieprecyzyjnego kwalifikowania działalności jako pseudomedycznej.

I tutaj, uczciwie mówiąc, Nawrocki dotknął problemu, którego nie da się całkiem wykpić.

Jeżeli urzędnik może nakazać natychmiastowe zaprzestanie działalności i nałożyć potężną karę, zanim przedsiębiorca doczeka się sądu, to pytanie o proporcjonalność i prawo do skutecznej obrony jest normalnym pytaniem konstytucyjnym, a nie dowodem, że ktoś śpi z różdżkarzem.

Tyle że prezydent natychmiast zrobił z tego charakterystyczny dla siebie spektakl.

Według niego rząd wrzucił do jednego worka „prawdziwych szarlatanów” oraz tysiące uczciwych ludzi zajmujących się zielarstwem, zdrowym żywieniem czy medycyną komplementarną. Problem polega na tym, że Ministerstwo Zdrowia właśnie takie zwykłe, legalne aktywności wyraźnie wyłączało z celu regulacji. Spór dotyczył nie sprzedaży mięty, lecz robienia z mięty chemioterapii.

Prezydent ustawy więc nie podpisał, ale też jej nie zawetował. Wysłał ją do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli prewencyjnej.

Co samo w sobie ma pewien wdzięk. Sporną ustawę o szarlatanach będzie teraz badał organ, wokół którego statusu i składu od lat trwa jeden z największych sporów prawnych w kraju.

Polska jak zwykle leczy komplikację komplikacją.

Karol Nawrocki jednocześnie zapowiedział własny projekt zmiany Kodeksu karnego. Według Pałacu miałby on karać tych, którzy dla zysku lub innych korzyści świadomie zniechęcają pacjentów do leczenia opartego na wiedzy naukowej. O winie nie decydowałby wtedy Rzecznik Praw Pacjenta w postępowaniu administracyjnym, lecz sąd w procesie karnym; Rzecznik miałby natomiast uczestniczyć w działaniach prokuratury i w postępowaniu sądowym.

A więc w tej jednej sprawie Nawrocki nie mówi wyłącznie: „Nie”. Mówi: „Nie tak. Ja wam pokażę, jak”.

To oczywiście postęp. Wetomat otrzymał funkcję programowania.

Tylko zanim własny projekt prezydenta przejdzie przez Sejm, komisje, poprawki, polityczną młóckę, Senat, kolejną awanturę i być może ponownie Prezydenta, pseudomedyczny biznes może działać spokojnie dalej. Szarlatan ma bowiem pewną przewagę nad ustawodawcą. Nie potrzebuje vacatio legis.

Może rano otworzyć gabinet, powiesić wahadełko, włączyć Facebooka i już po południu diagnozować boreliozę, pasożyty, zatrucie metalami ciężkimi oraz zablokowaną czakrę portfela.

Dlatego sytuacja po dzisiejszych decyzjach wygląda mniej więcej tak: autobus — nie. szarlatan — Trybunał. nowa ustawa — będzie. pacjent — proszony o cierpliwość.

Człowiek z gminy bez PKS-u będzie więc nadal miał problem, jak dostać się do lekarza, ale jeżeli nie dojedzie, może zostać w domu i znaleźć w internecie specjalistę od leczenia wszystkiego częstotliwością, srebrną wodą i energią piramidy.

Państwo dopina właśnie system ochrony zdrowia w formule zdalnej.

W ogóle odnoszę wrażenie, że Karol Nawrocki odkrył weto mniej więcej tak, jak dziecko odkrywa klakson w samochodzie ojca. Początkowo używa z ciekawości. Potem dla zabawy. Następnie już dlatego, że skoro jest, to dlaczego nie naciskać.

I oczywiście prezydent ma konstytucyjne prawo wetować ustawy. Po to ten instrument istnieje. Problem zaczyna się wtedy, gdy wyjątkowy bezpiecznik ustrojowy zaczyna przypominać codzienny sposób prowadzenia polityki.

Bezpiecznik, którym cały czas wyłącza się prąd, przestaje być bezpiecznikiem. Staje się administratorem ciemności.

W marcu CBOS pokazywał zresztą bardzo równy podział ocen: 38 proc. badanych uważało, że Nawrocki wetuje za często, dokładnie 38 proc. — że odpowiednio często, a 16 proc. uznawało wręcz, że powinien robić to jeszcze częściej.

Ta ostatnia grupa musi mieć niezwykle ciekawe życie. Budzi się rano, otwiera wiadomości i z nadzieją pyta: „No dobrze, ale czego prezydent dzisiaj jeszcze nie zablokował?”

Nie twierdzę, że każde weto Nawrockiego jest głupie. Byłoby równie bezmyślne jak twierdzenie, że każda ustawa rządu jest mądra. Prezydent ma patrzeć władzy na ręce. Tylko że patrzenie na ręce nie polega na tym, żeby za każdym razem wytrącać z nich widelec.

Coraz bardziej wygląda to na prezydenturę zbudowaną na jednej, bardzo prostej zasadzie politycznej: skoro Tusk mówi „tak”, ja sprawdzę, jak będzie wyglądało „nie”.

I tak oto państwo posuwa się naprzód w charakterystycznym polskim stylu: rząd coś uchwala, prezydent wetuje, rząd oburza się na prezydenta, Pałac oburza się na rząd, eksperci tłumaczą, kto ma rację, a obywatel stojący na przystanku zastanawia się tylko, czy przyjedzie autobus.

Po dzisiejszej decyzji odpowiedź brzmi: Być może, ale za to konstytucyjnie.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights