
Niektóre książki mają recenzje jeszcze przed premierą. Niektóre filmy zostają uznane za arcydzieła albo katastrofy, zanim ktokolwiek kupi bilet do kina. Polska polityka postanowiła pójść o krok dalej. Doczekaliśmy się prezydenta, który potrafi zawetować ustawę jeszcze zanim zdąży ją naprawdę przeczytać.
To jest dopiero postęp. Oszczędność czasu godna epoki sztucznej inteligencji. Po co analizy, po co opinie prawników, po co dyskusje w kancelarii, skoro wystarczy konferencja prasowa i minister Paweł Szefernaker z miną człowieka, który właśnie odkrył plan przejęcia świata ukryty między paragrafami ustawy o notariuszach?
Według informacji z Pałacu Prezydenckiego tym razem został złamany dotychczasowy schemat podejmowania decyzji. Normalnie ustawa trafia do ministrów, doradców i ekspertów, którzy przygotowują argumenty za podpisaniem albo zawetowaniem. Dopiero potem odbywa się narada, a prezydent podejmuje decyzję.
Tym razem było odwrotnie. Najpierw ogłoszono decyzję. Potem można było spokojnie zająć się procedurą. To tak, jakby lekarz najpierw wystawił akt zgonu, a dopiero później zlecił badania krwi.
Cała sprawa dotyczy ustawy o statusie osoby najbliższej. Jej sedno jest znacznie mniej rewolucyjne, niż próbują przekonać przeciwnicy. Projekt pozwala dwóm pełnoletnim osobom – niezależnie od płci – zawrzeć przed notariuszem umowę regulującą codzienne sprawy życia: dostęp do informacji medycznej, możliwość działania jako pełnomocnik, korzystanie ze wspólnego mieszkania, kwestie majątkowe, alimentacyjne czy podatkowe. To nie jest ustawa o małżeństwie. To próba uporządkowania sytuacji tysięcy ludzi żyjących od lat w związkach nieformalnych.
Oczywiście przeciwnicy natychmiast ogłosili, że oto nadciąga koniec cywilizacji łacińskiej. W polskiej polityce od dwudziestu lat obowiązuje osobliwa zasada. Każdy projekt dotyczący praw osób LGBT przechodzi tę samą drogę. Najpierw słyszymy, że chodzi wyłącznie o dostęp do informacji medycznej. Po chwili okazuje się, że to już zamach na rodzinę. Następnie, że zagrożone są dzieci. Na końcu pozostaje już tylko wizja apokalipsy, w której konstytucję zastępuje tęcza, a Urząd Stanu Cywilnego zamienia się w plan serialu science fiction.
Minister Szefernaker przekonywał, że ustawa jest pierwszym krokiem do legalizacji związków partnerskich, później do uznawania zagranicznych małżeństw jednopłciowych, a następnie do adopcji dzieci. Brzmi to jak polityczna wersja teorii domina: postawisz jednego pionka, a za chwilę przewróci się cała cywilizacja. Część elementów tej układanki już od dawna funkcjonuje na podstawie orzeczeń sądów, w tym decyzji Naczelnego Sądu Administracyjnego oraz standardów wynikających z orzecznictwa europejskiego. Świat, jak to ma w zwyczaju, nie zapytał wcześniej polityków o zgodę.
Najbardziej rozbawiło mnie jednak coś zupełnie innego. Ponad połowa Polaków uważa, że prezydent powinien ustawę podpisać. W badaniach opinii publicznej poparcie dla podpisania ustawy przekraczało 50 procent, a przeciwników było wyraźnie mniej. Co więcej, projekt od początku był pomyślany jako rozwiązanie znacznie skromniejsze od klasycznych związków partnerskich – właśnie po to, by zwiększyć jego szanse na akceptację.
Ale sondaże najwyraźniej nie mieszczą się w prezydenckim kalendarzu. Najważniejsze jest przecież to, żeby nie rozczarować własnego zaplecza politycznego.
W tym wszystkim najbardziej szkoda samego urzędu prezydenta. Konstytucja wyposażyła głowę państwa w prawo weta nie po to, aby służyło jako automatyczna pieczątka dla jednej strony politycznego sporu. Weto miało być instrumentem wyjątkowym – używanym wtedy, gdy ustawa rzeczywiście narusza konstytucję, bezpieczeństwo państwa albo elementarne zasady państwa prawa. Tymczasem coraz częściej przypomina przycisk z napisem: „Nie, bo nie”.
To zresztą nie jest problem jednego człowieka. To choroba całej polskiej polityki. Zamiast dyskutować o treści ustaw, wolimy walczyć z ich wyobrażeniem. Zamiast czytać przepisy, czytamy memy o przepisach. Zamiast analizować skutki, analizujemy reakcje własnego elektoratu. Najłatwiej przecież wygrać spór z ustawą, której nikt nie przeczytał.
W tej historii jest jeszcze jeden paradoks. Politycy prawicy od lat powtarzają, że państwo powinno chronić rodzinę. I trudno się z tym nie zgodzić. Problem polega na tym, że życie od dawna przestało mieścić się w jednym urzędowym formularzu. Są ludzie, którzy od dwudziestu czy trzydziestu lat prowadzą wspólne gospodarstwo domowe, opiekują się sobą podczas choroby, wspólnie spłacają kredyty, wychowują dzieci z poprzednich związków albo po prostu chcą mieć prawo dowiedzieć się w szpitalu, co dzieje się z najbliższą osobą. Państwo nie staje się słabsze dlatego, że takie sprawy porządkuje. Staje się słabsze wtedy, gdy udaje, że ich nie widzi.
Być może jednak największą ofiarą całej tej historii nie będzie sama ustawa. Największą ofiarą będzie zdrowy rozsądek, bo jeśli decyzja zapada przed analizą, jeśli weto ogłasza się przed zakończeniem procesu legislacyjnego, a argumenty pisze się dopiero po wydaniu wyroku, to nie jest już powaga państwa. To jest polityka odgrywana jak teatr kukiełkowy, tyle że za bilety, jak zwykle, płacą obywatele.

Dodaj komentarz