
Wyobraźmy sobie państwo, które ściga podejrzanego o poważne przestępstwa, a jego własny sąd mówi: „No chyba nie teraz, bo wygląda na to, że my tu mamy jakąś kryptodyktaturę”. Nie, to nie odcinek „Black Mirror”, to nie briefing propagandowy Kremla. To Warszawa, grudzień 2025, a w roli głównej: Marcin Romanowski, Viktor Orbán i sędzia Dariusz Łubowski – trójkąt absurdu.
Romanowski – wiceminister sprawiedliwości od Ziobry, twarz Funduszu Sprawiedliwości i, według prokuratury, człowiek, który fundował sprzęt strażakom, księżom, a czasem zapewne i kolegom z paczki – uciekł z Polski, zanim usłyszał 20 zarzutów karnych. I gdzie się schronił? W budapeszteńskiej kapliczce immunitetu, czyli u Orbána, który przyjął go jak starego znajomego z partyjnych internatów. Dostał tam status uchodźcy politycznego. Bo jak wiadomo – jeśli ktokolwiek w Europie zna się na prześladowaniach, to właśnie autokrata z kotem.
I tu wkracza sędzia Łubowski. Rok temu sam podpisał Europejski Nakaz Aresztowania dla Romanowskiego. Teraz jednak stwierdza: „Nie, wróćmy – pomyliłem się. Polska to przecież państwo prześladujące opozycję! Grozi mu tu więzienie… znaczy – represje!” Z uzasadnienia wynika, że Polska Tuska to coś na kształt autorytarnego kartelu, a Węgry Orbána to wyspa wolności. George Orwell właśnie wstaje z grobu i prosi o prawo do poprawki „Roku 1984”.
Łubowski poszedł nawet dalej: uznał, że decyzja o azylu politycznym wydana przez Węgry jest tak święta, że nie wolno jej kwestionować, bo przecież zaufanie między krajami UE. A że ten konkretny kraj niszczy media, sądy, uniwersytety i właśnie blokuje wsparcie dla Ukrainy, to detal. Łubowski powołuje się na prawo UE jak bankrut na honorowe członkostwo w Rotary Club.
W tle mamy jeszcze Interpol, który nie wystawił czerwonej noty. Dlaczego? Bo Romanowski ma azyl polityczny. Formalnie – wszystko się zgadza. A że ten azyl został przyznany przez państwo notorycznie flirtujące z Putinem? Sąd nie widzi problemu. Zaufajmy Orbánowi. On wie, co robi. Przecież zawsze wiedział.
Sędzia kończy uzasadnienie cytatem po łacinie: Fiat iustitia, pereat mundus – „Niech stanie się sprawiedliwość, choćby świat miał zginąć”. Brakuje tylko przypisu: „chyba że chodzi o kolegów z ministerstwa, wtedy niech zginie tylko zdrowy rozsądek”.
Prokuratura oczywiście się burzy. Minister Waldemar Żurek zapowiada, że wniosek o ENA zostanie złożony ponownie, ale zanim to nastąpi, Romanowski zdąży już zamówić węgierską wersję Paszportu Polsatu, kupić rower wodny i ruszyć na tournee po państwach UE. Bo teraz, po decyzji sądu, może spokojnie podróżować po całej Unii. Tak, po tej samej Unii, która próbuje jeszcze jakoś trzymać się zasad.
A przecież Romanowski to nie przypadek jednostkowy. To symbol systemu, który przez lata traktował państwo jak swoją kancelarię notarialną. Przestępstwa? Prześladowania polityczne. Ściganie nieprawidłowości? Nagonka. Konsekwencje prawne? Zamach stanu.
To wszystko dzieje się tu i teraz. W Polsce, która ma być latarnią praworządności, a zamiast tego świeci światłem stroboskopowym: raz konstytucja, raz schizofrenia. Raz sąd orzeka zgodnie z logiką, a raz logika orzeka, że nie ma już sensu brać w tym udziału.
Sędzia Łubowski ma na koncie inne kontrowersyjne decyzje – odmowa ekstradycji sabotażysty gazociągu Nord Stream czy rodziców ściganych przez Holendrów za uprowadzenie dziecka – wszystko w imię wielkiej sprawiedliwości. Tyle że sprawiedliwość stała się tu fetyszem, za którym kryje się prywatny światopogląd, uprzedzenia i bardzo konkretne powiązania z przeszłością. Wiceminister Romanowski był przecież jego politycznym zwierzchnikiem.
I dziś, kiedy sądy próbują się oczyścić z dziedzictwa Ziobry, ten sam aparat odpala granaty dymne. Jedni mówią o „kryptodyktaturze Tuska”, drudzy o „zamachu stanu”. W tle mamy neo-KRS, neo-TK, neo-sędziów i pełną gotowość do nadania każdemu przeciwnikowi statusu „ofiary systemu”.
Tylko że system ten nadal trzyma się na jednym filarze: bezkarności. I dopóki kolejne sądy będą wypuszczać polityków z immunitetem moralnym nadanym przez Orbána i Interpol, dopóty ten system nie upadnie. Będzie się przekształcał. W coraz dziwniejsze mutacje. W coraz bardziej groteskowe decyzje. I w coraz mniej śmieszne felietony.

Dodaj komentarz