
W Krakowie, mieście smoka, dorożek i ambicji większych niż stężenie smogu na Alejach, wybuchł lokalny kryzys godny brazylijskiej telenoweli – z intrygą, zdradą i bohaterami, którzy mylą plan polityczny z castingiem do „Tańca z gwiazdami”.
Oto bowiem ruszyła zbiórka podpisów pod referendum mającym odwołać prezydenta Aleksandra Miszalskiego. Rzecz z pozoru obywatelska, a w istocie – polityczna jak przemówienie z balkonu. Miszalski to człowiek KO, więc wiadomo: celny strzał w niego to punkt dla PiS-u, premia dla Gibały i trofeum dla Konfederacji. Problem w tym, że Konfederacja od tygodni przypomina bardziej rodzinę Adamsów niż partię.
Ruch Narodowy z Piotrem Bartoszem na czele marzy o krakowskim referendalnym szczycie. Bartosz zbiera podpisy, robi zdjęcia, snuje plany o pierwszym miejscu na liście wyborczej. Ale Nowa Nadzieja – czyli ludzie Mentzena – zaczyna się pocić. Bo jeśli Bartosz zyska popularność, to Konrad Berkowicz, dotychczasowa „jedynka”, może spaść z podium, a to oznacza polityczną śmierć przez wyparcie. Co robi więc Nowa Nadzieja? Interweniuje. Sekretarz partii, Bartosz Bocheńczak, wysyła paniczne sygnały, żeby usunąć z komunikatów słowo „Konfederacja”. Bo przecież nie chcemy, by PKW znowu zajrzała do naszych papierów i zabrała nam 12 milionów subwencji.
Tak oto Konfederacja bije się nie o Kraków, ale o kasę i miejsca na listach. Bosak i Mentzen nie rozmawiają ze sobą, jak rozwodnicy po ostrym podziale majątku. W internecie toczą się gonitwy postów, komunikaty znikają, a polityczne ADHD przybiera postać groteski. I co z tego, że zebrano już 10 tysięcy podpisów? Referendum wygląda coraz bardziej jak projekt szkoły aktorskiej – wszyscy chcą być na scenie, ale nikt nie zna tekstu.

Ale to nie koniec kabaretu. W stolicy zawrzało. Szymon Hołownia, marszałek-półkula, poetycki pilot politycznego sterowca, przeżywa kryzys egzystencjalny. W rozmowie mówi: „Nie wyjdę z koalicji”, po czym dodaje, że jeśli Polska 2050 zostanie zawłaszczona, to ją opuści. A potem znów mówi, że nie wyjdzie. I znów, że może jednak wyjdzie. Jesteśmy świadkami emocjonalnego TikToka: płacz, śmiech, bunt, nostalgia.
Tymczasem PiS cicho zaciera ręce. Bielan zaprasza na kolacje, Czarnek plecie bzdury o przejęciu koalicji, a w gabinetach snuje się plan atomowy: PiS + Konfederacja + rozłamowcy z Polski 2050 = nowy rząd. Nawet premierką miałaby zostać Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Brzmi jak political fiction, ale – jak powiedział jeden z posłów – „w Sejmie huczy od plotek”.
Sam Hołownia jest rozżalony. Mówi, że Tusk go wykorzystał, obiecał wysokie stanowisko w ONZ, a potem zostawił. Dziś marszałek Sejmu stoi na emocjonalnym rozdrożu, między byciem lojalnym a byciem zdradzonym. A jego partia? Zdezorientowana, podzielona, gotowa na rozłam. Polska 2050 to dziś raczej Polska „Rozbita Na Frakcje”.
I w tym chaosie pojawia się Karol Nawrocki. Prezydent RP. Człowiek z IPN-u, gdzie historia pisana była przez pryzmat wyklętych i wrogów ludu. Zaprasza partie do Pałacu na rozmowy o konstytucji i Radzie Pokoju. Przyjeżdżają nieliczni. KO i Lewica odmawiają. I trudno się dziwić. Nawrocki chce być arbitrem, ale jest jak sędzia, który najpierw faulował w meczu, a potem rozdaje żółte kartki.
Na tym tle wychodzą inne perełki newslettera. Dowiadujemy się, że w ciągu czterech tygodni zlikwidowano 18 porodówek. Ale spokojnie – będą „pokoje narodzin”. Może i klimatyzowane, ale trudno się nie bać, że to eufemizm dla „łóżka w piwnicy z baldachimem”.
UE chce tworzyć własny legion europejski – Sikorski mówi o wspólnej armii. Może się przyda, bo na TikToku szefowa mobbingu nie umiała znaleźć klawisza „enter” i teraz musi płacić grzywnę. Rosjanie tymczasem próbują gonić brazylijskie Embraery w kontrakcie z Indiami, a Ziobro może zostać bez szmalu z Sejmu, tak za karę – a forsa to jedyna rzecz, którą ten człowiek naprawdę potrafi gromadzić.
No i mróz. Synoptycy ostrzegają: -25 stopni. Jakby zima chciała nam pomóc, zamrażając cały ten polityczny teatr. Może i dobrze. Może czas wreszcie ochłonąć.
Bo jeśli to, co widzimy w Krakowie, Warszawie i Pałacu, ma być przyszłością demokracji, to oby chociaż śnieg zasypał tę drogę donikąd.

Dodaj komentarz