
Od dziś kończy się rządowy program CPN, czyli Ceny Paliwa Niżej. Nazwa była sympatyczna, niemal dziecięca, i rzeczywiście przez dwa ostatnie tygodnie sierpnia benzyna 95 nie mogła kosztować więcej niż 6,64 zł, a diesel 7,31 zł. VAT obniżono z 23 do 8 procent, państwo ustalało cenę maksymalną i przez chwilę kierowca mógł uwierzyć, że w Polsce cena benzyny jest jeszcze zjawiskiem gospodarczym, a nie formą osobistej zniewagi.
Od północy wracamy do dorosłości.
Na jednej z warszawskich stacji Circle K benzyna 95 kosztowała jeszcze przed północą 6,64 zł. Piętnaście minut później już 7,64 zł. Diesel podskoczył z 7,31 do 8,39 zł. W kwadrans. Gdyby w takim tempie rosły wynagrodzenia, minister finansów musiałby zwołać konferencję, żeby uspokajać społeczeństwo przed nadmiernym dobrobytem.
Na szczęście nie rosły.
Najbardziej polski szczegół całej historii jest jednak inny. Na części stacji po północy paliwo było już bardzo drogie, ale i tak nie można go było kupić, bo go zabrakło. Kierowcy dzień wcześniej ustawiali się w kolejkach, żeby zatankować ostatnie tańsze litry. Oto do czego doszliśmy po ponad trzydziestu latach kapitalizmu: stoimy w kolejce po benzynę, ale teraz z aplikacją, kartą lojalnościową i smartwatchem.
Postęp technologiczny bywa wzruszający.
Analitycy przewidują na początek września benzynę 95 po mniej więcej 7,40–7,50 zł, a diesla nawet powyżej 8,30 zł. I tu zaczyna się prawdziwa zabawa, ponieważ droga benzyna nie kończy się na stacji. Samochodami jeździ pieczywo, mięso, warzywa, meble, lekarstwa, paczki, kurier, hydraulik i człowiek, który przyjeżdża naprawić lodówkę. Droższy diesel jest więc demokratyczny. Dotknie również tych, którzy samochodu nie mają i z satysfakcją obserwują cierpienie sąsiada posiadającego SUV-a.
Ceny paliwa mają zresztą przed sobą wspaniałe perspektywy. Europa przez kilkanaście lat ograniczyła liczbę rafinerii o ponad 30, tracąc około jednej piątej mocy przerobowych. Założenie było takie, że paliwo zawsze będzie można skądś sprowadzić. Był to plan znakomity pod warunkiem, że na świecie nie będzie wojen, konfliktów, blokad szlaków morskich, ataków na rafinerie ani państw zachowujących się jak Rosja czy Iran.
Planowaniu europejskiemu nie można więc odmówić konsekwencji. Rzeczywistość miała się dostosować. Nie dostosowała się.
Prezes Unimotu Adam Sikorski mówi wprost, że 10 zł za litr jest możliwe nawet w ciągu kilku tygodni, jeżeli sytuacja podażowa się pogorszy. Do tego dochodzą rekordowe marże rafineryjne, napięcia na Bliskim Wschodzie, problemy z dostawami gotowych paliw i podatki. Sam VAT to od dziś ponownie 23 procent, więc państwo uczestniczy w każdym tankowaniu z godnością wspólnika, który nie pomaga prowadzić firmy, ale pamięta o podziale zysku.
Dziesięć złotych za litr ma przy tym wielką zaletę edukacyjną. Człowiek zacznie wreszcie dokładnie wiedzieć, ile pali jego samochód. Przy pięciu złotych spalanie 9 litrów było informacją techniczną. Przy dziesięciu stanie się cechą charakteru.
Zmieni się również sposób tankowania. Zniknie bezmyślne „do pełna”. Pojawi się spokojne: „za pięćdziesiąt”. Potem „za trzydzieści”. W końcu kierowca podejdzie do kasy, położy dwadzieścia złotych i powie: „Proszę tylko uruchomić dystrybutor, chcę powąchać”.
Na kartki paliwa podobno jeszcze nie będzie. Rynek ma sam ograniczyć popyt. To bardzo eleganckie określenie. Nie zabraniamy obywatelowi jeździć. Po prostu sprawiamy, że nie będzie go stać. Liberalizm cenowy w najczystszej postaci.
Jest oczywiście samochód elektryczny. Jeszcze niedawno właściciel spalinowego patrzył na elektryka jak na człowieka, który kupił bardzo drogi czajnik na kołach. Przy dziesięciu złotych za litr rozmowa może wyglądać inaczej. Zwłaszcza kiedy kierowca diesla będzie przy dystrybutorze sprawdzał, czy bank dopuści transakcję.
Tak więc 1 września dzieci wróciły do szkoły, a dorośli dostali własną lekcję ekonomii. Temat: podatki pośrednie, geopolityka i ograniczona podaż. Pomoc naukowa: dystrybutor. Sprawdzian: przy kasie. A ocena? Cena za litr.

Dodaj komentarz