
Kiedy byłem dzieckiem, próbowałem przekonać babcię, że Boga nie ma. Byłem świeżo po szkolnej lekcji, na której pani wyjaśniła nam, że człowiek pochodzi od małpy, społeczeństwo zmierza ku świetlanej przyszłości, a religia jest pozostałością dawnych zabobonów. Uzbrojony w tę wiedzę wszedłem do kuchni i oznajmiłem babci, że nauka ostatecznie zamknęła sprawę Stwórcy.
Babcia nie przerwała lepienia pierogów.
— Może i Boga nie ma — powiedziała. — Ale jak nie będziesz uważał, to nie będzie też obiadu.
Tak zakończyła się moja pierwsza debata światopoglądowa. Nauka poniosła klęskę w starciu z twarogiem.
Polskie babcie nie wdawały się w spory metafizyczne, ponieważ miały ważniejsze problemy. Trzeba było zdobyć mięso, papier toaletowy, rajstopy, proszek do prania, kawę, pomarańcze na święta oraz człowieka, który znał człowieka pracującego na zapleczu. Bóg mógł istnieć albo nie istnieć. Schab istniał wyłącznie spod lady, a więc wymagał znacznie silniejszej wiary.
Teoretycznie w PRL wszystko należało do narodu. Praktycznie naród nie mógł tego znaleźć.
Był to ustrój oparty na niezwykłym paradoksie: państwo posiadało fabryki, kopalnie, huty, sklepy i środki produkcji, natomiast obywatel posiadał siatkę, w której nic nie niósł. Wychodziło się z domu bez konkretnego celu zakupowego. Człowiek po prostu brał torbę i szedł zobaczyć, co dziś rzucili.
„Rzucili” było oficjalnym czasownikiem gospodarki centralnie planowanej. Towaru nie dostarczano, nie wystawiano ani nie sprzedawano. Towar rzucano, jak kość wygłodniałym zwierzętom, po czym społeczeństwo rzucało się za nim zgodnie z zasadami sprawiedliwości społecznej.
Kiedy pojawiał się papier toaletowy, nie pytano, czy jest potrzebny. Papier toaletowy był potrzebny zawsze, podobnie jak wolność, tylko łatwiej go było wymienić na kawę.
Kolejka stanowiła najważniejszą instytucję społeczną Polski Ludowej. Była parlamentem, giełdą informacji, klubem dyskusyjnym, biurem matrymonialnym i sądem najwyższym. W kolejce człowiek dowiadywał się, kto umarł, kto zdradza żonę, gdzie będzie cukier, dlaczego Gomułka zwariował oraz czy pani stojąca z przodu naprawdę zajęła miejsce także dla szwagierki.
Kolejka miała własne prawo konstytucyjne. Można było stanąć „na chwilę”, wyjść „tylko po dziecko”, zapisać się na listę, przekazać miejsce krewnemu oraz zostać oskarżonym o wepchnięcie się, co było przestępstwem cięższym niż nadużycie władzy, ponieważ nadużycie władzy było legalne.
Nie brakowało wyłącznie towarów. Brakowało także prawdy, ale jej niedobór był zarządzany znacznie sprawniej.
Prawdę wydzielano na kartki, z tym że obywatel nigdy nie wiedział, gdzie je zrealizować. Gazeta informowała, że produkcja rośnie, sklep informował, że dostawy nie było, a lodówka zajmowała stanowisko niezależnego eksperta.
W telewizji kraj rozwijał się dynamicznie. Na ulicy rozwijała się kolejka. W zakładzie pracy wykonywano plan, choć nikt nie potrafił ustalić, co właściwie wyprodukowano. Rolnictwo odnosiło sukcesy, tylko ziemniaki nie zostały o tym powiadomione.
Państwo mówiło jedno, człowiek widział drugie, a wypowiadał trzecie, zależnie od tego, kto stał obok.
W domu ojciec słuchał zagłuszanej zagranicznej rozgłośni, matka narzekała na partię, dziadek opowiadał dowcip o pierwszym sekretarzu, lecz dziecko otrzymywało instrukcję:
— Tylko nie powtarzaj tego w szkole.
Tak powstawał obywatel doskonale przygotowany do życia publicznego. Już jako ośmiolatek wiedział, że prawda ma kilka wersji: domową, szkolną, służbową i tę dla cioci, której mąż pracuje w komitecie.
Dorośli nazywali to rozsądkiem. W rzeczywistości był to narodowy kurs schizofrenii społecznej.
Człowiek uczył się, że wolno myśleć, pod warunkiem że myśl nie wydostanie się na zewnątrz. Wewnętrznie mógł być buntownikiem, lecz publicznie powinien klaskać w odpowiednim momencie. System nie musiał kontrolować każdej kuchni. Wystarczyło, że w każdej kuchni siedział strach przed tym, co dziecko powie na lekcji wychowawczej.
Ta umiejętność nie zniknęła wraz z komunizmem. Została sprywatyzowana.
Dzisiaj także mówimy inaczej w domu, inaczej w pracy, inaczej na Facebooku, a jeszcze inaczej podczas rodzinnego obiadu, jeśli przy stole siedzi ktoś głosujący na przeciwną partię. Zmienili się sekretarze, dekoracje i środki przekazu, ale Polak nadal potrafi posiadać cztery poglądy jednocześnie i każdy uważać za szczery.
Szefowi mówi, że projekt jest inspirujący. Żonie, że projekt jest idiotyczny. Koledze, że już rozgląda się za nową pracą. W internecie publikuje wpis o wdzięczności, rozwoju i wychodzeniu ze strefy komfortu.
Strefa komfortu jest dziś tym, czym kiedyś był imperializm amerykański: odpowiada za wszystkie nasze niepowodzenia, choć nikt jej osobiście nie widział.
W Polsce brakowało również intymności. Nie tej rozbieranej, którą młodzież próbowała odnaleźć w zachodnich filmach, przemycanych czasopismach i powieściach otwierających się dziwnym trafem zawsze na tych samych stronach. Bardziej brakowało intymności polegającej na tym, że człowiek mówi drugiemu człowiekowi, co naprawdę czuje.
Zwłaszcza ojcowie byli w tej dziedzinie głęboko zakonspirowani.
Polski ojciec starego typu kochał rodzinę bez ujawniania źródeł. Uczucie wyrażał poprzez naprawienie kranu, przyniesienie węgla, pokrojenie chleba albo pytanie, czy samochód odpala. Powiedzenie synowi „kocham cię” groziło naruszeniem konstrukcji męskości oraz niekontrolowanym wyciekiem emocji.
Ojciec mógł najwyżej powiedzieć:
— Uważaj na siebie.
Była to polska wersja sonetu miłosnego.
Jeśli dodał:
— Zadzwoń, jak dojedziesz — znaczyło to, że uczucia osiągnęły poziom alarmowy.
Mężczyźni nie płakali. Mężczyźni wychodzili do garażu, rąbali drewno albo przez trzy godziny poprawiali zawias, który działał doskonale. Smutek należało przerobić na czynność techniczną.
Kiedy umierał ktoś bliski, kobiety płakały, a mężczyźni pytali, kto ma akt zgonu i czy zamówiono autobus. Dzięki temu pogrzeb był zorganizowany, lecz żałoba pozostawała w magazynie.
Po latach syn szedł do terapeuty i mówił:
— Ojciec nigdy nie powiedział, że mnie kochał.
Terapeuta pytał:
— A co robił?
— Co sobotę przez dwadzieścia lat woził mnie na trening, zbudował mi biurko, naprawiał rower i w nocy przyjechał po mnie sto kilometrów, kiedy zepsuł się samochód.
— Może w ten sposób mówił, że kocha?
— Możliwe. Ale mógł dołączyć instrukcję.
Miłość naszych rodziców przypominała sprzęt produkowany w państwowej fabryce: solidna, ciężka, zdolna przetrwać pół wieku, tylko bez opisu przycisków.
Potem nadszedł rok 1989 i uwierzyliśmy, że od tej chwili wszystko będzie normalne. Słowo „normalne” miało wówczas większą moc niż dzisiejsze programy wyborcze. Normalne miały być sklepy, pieniądze, paszporty, telewizja, sądy, polityka, praca, Zachód i człowiek.
Myśleliśmy, że transformacja potrwa kilka miesięcy, może rok. Nikt nie ostrzegł, że historia nie przypomina wymiany mebli, tylko remont starej kamienicy: gdy zdejmiesz tapetę, znajdziesz wilgoć, przewody z 1938 roku, rurę prowadzącą donikąd oraz lokatora, który twierdzi, że ściana należy do jego dziadka.
Demokracja miała polegać na tym, że wybieramy dobrych ludzi, a oni podejmują rozsądne decyzje. W pierwszych latach byliśmy naiwni w sposób niemal wzruszający. Zakładaliśmy komitety, drukowaliśmy ulotki, organizowaliśmy zebrania i wierzyliśmy, że jeśli w sali znajdzie się dostatecznie dużo przyzwoitych osób, przyzwoitość zostanie przyjęta większością głosów.
Nie wiedzieliśmy jeszcze, że człowiek wchodzący do polityki z programem naprawy państwa już po tygodniu zaczyna naprawiać własną pozycję na liście.
Myśleliśmy, że wystarczy usunąć cenzurę, aby ludzie zaczęli mówić prawdę. Dzisiaj każdy może powiedzieć wszystko i głównym problemem stało się znalezienie kogoś, kto choć przez minutę zamilknie.
Wolność słowa okazała się wspaniała, lecz dostarczono ją bez filtra przeciwidiotycznego.
Internet miał być największą biblioteką świata. Stał się największą klatką schodową, na której wszyscy jednocześnie wyjaśniają, dlaczego sąsiad jest zdrajcą, szczepionka zawiera nadajnik, a zdjęcie kota potwierdza upadek cywilizacji zachodniej.
Miało być społeczeństwo obywatelskie. Powstało społeczeństwo komentujące.
Najbardziej obywatelscy jesteśmy w internecie, zwłaszcza późnym wieczorem i po dwóch kieliszkach. Wtedy bronimy konstytucji, chrześcijaństwa, Europy, suwerenności, praw kobiet, praw mężczyzn, praw kierowców oraz prawa do pisania „wziąść”, mimo terroru językoznawców.
Po 1989 roku straciliśmy możliwość zwalania wszystkich własnych porażek na system. Kiedyś człowiek mówił: „Nie wyszło, bo komunizm”. Dziś słyszy: „Nie wyszło, bo nie zainwestowałeś w markę osobistą, nie rozwinąłeś kompetencji miękkich i nie zoptymalizowałeś porannej rutyny”.
Dawniej za niepowodzenie odpowiadało Biuro Polityczne. Dzisiaj odpowiadasz sam, najlepiej w abonamencie premium.
Jeśli nie masz mieszkania, powinieneś był wcześniej oszczędzać. Jeśli nie masz oszczędności, powinieneś więcej zarabiać. Jeśli mało zarabiasz, powinieneś zmienić pracę. Jeśli nie możesz jej zmienić, brakuje ci odwagi. Jeśli masz depresję, prawdopodobnie za mało spacerujesz. A jeśli wszystko zrobiłeś prawidłowo i nadal ci nie wychodzi, rynek uprzejmie informuje, że widocznie jesteś produktem o niewystarczającej konkurencyjności.
Kapitalizm dał nam wolność wyboru, a następnie wystawił rachunek za dostawę.
Mamy trzydzieści rodzajów jogurtu, siedemdziesiąt pakietów telefonicznych i tysiąc sposobów zaparzania kawy, ale na wizytę u psychiatry czekamy tyle, że człowiek zdąży przejść od smutku do filozofii.
Nie chcę przez to powiedzieć, że kiedyś było lepiej. Nie było. Kto mówi, że było, ten pamięta młodość, a nie ustrój. Za Gierka nie bolały go plecy, miał włosy i zakochiwał się co dwa tygodnie, więc dziś uważa, że gospodarka działała znakomicie.
Najpotężniejszym ministrem propagandy jest własny kręgosłup. Im bardziej boli obecnie, tym piękniejsza wydaje się przeszłość.
Wspomnienie usuwa kolejki, szarość, cenzurę, ciasnotę, upokorzenie i strach. Zostawia oranżadę w proszku, wakacje pod namiotem, pierwszą miłość oraz smak pomidora z działki. Potem polityk zbiera te wspomnienia, pakuje je w biało-czerwoną folię i sprzedaje jako program przyszłości.
Polska polityka od lat handluje przyszłością z drugiej ręki.
Jedni obiecują, że znów będziemy wielkim, dumnym narodem, jakim podobno byliśmy, zanim historycy zaczęli zadawać pytania. Drudzy proponują powrót do czasów pierwszej transformacji, kiedy Zachód był zachodni, Europa europejska, a Leszek Balcerowicz mieścił się na jednym plakacie. Jeszcze inni chcieliby wrócić do Polski katolickiej, rodzinnej i zgodnej, której największą wadą jest to, że występuje głównie we wspomnieniach ludzi niepamiętających własnych rozwodów.
Każdy ma własne „znowu”.
Znowu będziemy silni. Znowu będziemy bezpieczni. Znowu świat będzie nas szanował. Znowu mężczyzna będzie mężczyzną, kobieta kobietą, dzieci grzeczne, nauczyciel poważany, lekarz dostępny, ksiądz święty, a kiełbasa będzie smakowała jak przed Unią.
Nikt nie wyjaśnia, kiedy dokładnie trwał ten złoty okres. Prawdopodobnie pomiędzy jednym kryzysem a drugim, w środę po południu.
Politycy uwielbiają przeszłość, ponieważ nie może im przerwać. Zmarli wyborcy nie zadają pytań, dawne pokolenia nie prostują cytatów, a zwycięstwa historyczne można obchodzić co roku, niezależnie od stanu kolei.
Przyszłość jest bardziej niewygodna. Trzeba w niej zbudować mieszkania, energetykę, szkoły, armię, ochronę zdrowia i państwo działające dłużej niż konferencja prasowa. Przeszłości wystarczy pomnik, znicz i przemówienie.
Dlatego w Polsce przyszłość pojawia się głównie w strategiach. Strategia energetyczna obejmuje rok 2040, demograficzna 2050, klimatyczna 2060. Im dalsza data, tym mniejsza szansa, że autor dokumentu będzie musiał się tłumaczyć.
Państwo zapewnia, że za trzydzieści lat wszystko będzie znakomicie. Obywatel pyta, czy pociąg przyjedzie dzisiaj.
Tu administracja nie dysponuje jeszcze wiążącą prognozą.
Nasi politycy przypominają ludzi stojących na pokładzie przeciekającego statku i kłócących się o to, kto ma prawo przemawiać w imieniu kapitana. Jeden chce przywrócić dawny kurs, drugi zmienić banderę, trzeci zarządzić referendum w sprawie wody, a czwarty wyjaśnia, że przeciek jest narracją opozycji.
Pasażerowie pytają o szalupy.
— Nie straszcie ludzi — odpowiada rzecznik. — Sytuacja jest monitorowana.
Największy polski deficyt nie dotyczy dzisiaj oleju, papryki, mięsa ani papieru toaletowego. Sklepy są pełne, czasem aż do bezsensu. Możemy kupić wodę o smaku aloesu, karmę dla kota z łososiem norweskim i sól wydobywaną ręcznie przy świetle księżyca przez szczęśliwych mnichów.
Brakuje nam czegoś trudniejszego do sprowadzenia. Brakuje wspólnego języka.
Mówimy tymi samymi słowami, lecz każde oznacza dla nas coś innego. „Patriotyzm” dla jednych znaczy płacenie podatków i dbanie o instytucje, dla drugich machanie flagą, dla trzecich obrażanie Niemców, a dla czwartych wyłącznie upewnienie się, że sąsiad nie jest patriotą dostatecznym.
„Wolność” oznacza prawo do życia po swojemu, chyba że ktoś żyje w sposób, którego nie lubimy. „Demokracja” to system, w którym naród podejmuje decyzje, pod warunkiem że podejmuje je prawidłowo. „Konstytucja” jest święta lub podejrzana zależnie od tego, komu w danej chwili przeszkadza.
Nawet słowo „Polska” nie oznacza już kraju. Oznacza klub, do którego każda strona wydaje własne legitymacje. Jedna Polska jest prawdziwa, druga uśmiechnięta, trzecia suwerenna, czwarta europejska, piąta lokalna, a szósta siedzi w domu i próbuje zapłacić rachunek przez system, który właśnie ma przerwę techniczną.
Brakuje nam również ciekawości wobec drugiego człowieka. Każdy chce opowiedzieć własną historię, nikt nie ma czasu wysłuchać cudzej. Rozmowa wygląda dziś jak dwa równoległe podcasty prowadzone przy jednym stole.
Ktoś mówi:
— Straciłem pracę.
Drugi odpowiada:
— Ja kiedyś też miałem ciężko, ale się nie poddałem.
Nie pyta, co się stało. Czekał jedynie na przerwę, żeby rozpocząć własny odcinek.
Polak nie słucha. Polak przygotowuje odpowiedź.
Najgorzej jest podczas rodzinnych spotkań. Wujek zaczyna o gospodarce, ciotka o szczepionkach, kuzyn o kredycie, babcia o tym, że dawniej chleb był prawdziwy, a szwagier czeka, żeby wyjaśnić wszystkim geopolitykę na podstawie filmu obejrzanego w toalecie.
Po dziesięciu minutach nikt już nie pamięta pytania, ale każdy zwyciężył.
Może właśnie dlatego osobiste historie są ważniejsze od wielkich ideologii. Wielka historia mówi, że Polska przeszła transformację. Mała historia mówi, że ojciec stracił pracę w zakładzie, matka zaczęła handlować na bazarze, syn wyjechał do Londynu, a rodzina po raz pierwszy zobaczyła morze dzięki wczasom kupionym na raty.
Wielka historia informuje, że weszliśmy do Unii Europejskiej. Mała historia mówi o człowieku, który po raz pierwszy przekroczył granicę bez kontroli i przez kilka kilometrów czekał, aż ktoś go zatrzyma.
Wielka historia mówi o wzroście PKB. Mała historia pyta, dlaczego mimo wzrostu człowiek nadal boi się dentysty bardziej z powodu ceny niż wiertła.
To właśnie małe historie mówią prawdę o kraju. Nie przemówienia, wykresy ani rocznicowe akademie. Polska znajduje się w zeszycie ojca, który zapisał, kiedy sadzić pomidory. W przepisie babci, gdzie „mąki dać tyle, ile zabierze”. W telefonie matki czekającej, aż córka zadzwoni z zagranicy. W szufladzie pełnej kabli, których przeznaczenia nikt nie pamięta, ale których wyrzucić nie wolno, bo mogą się przydać.
Naród trwa dzięki temu, że przechowuje ładowarkę do telefonu nieprodukowanego od 2007 roku.
I może właśnie w tym tkwi nasza prawdziwa supermoc. Nie w husarii, geopolityce, cierpieniu ani moralnym przewodnictwie narodów. W umiejętności urządzania życia pomiędzy kolejnymi awariami systemu.
Polak potrafi wyhodować pomidory na balkonie, naprawić krzesło drutem, przewieźć szafę fiatem, zorganizować wesele na kredyt, przyjąć krewnych z Ukrainy, znaleźć lekarza przez koleżankę kuzynki i ugotować obiad dla dwunastu osób, choć zaprosił osiem.
Państwo bywa bezradne, ale obywatel ma szwagra.
Szwagier zna hydraulika. Hydraulik zna człowieka w urzędzie. Człowiek w urzędzie zna właściwy pokój. Właściwy pokój jest zamknięty, ale woźna wie, kiedy pani wróci.
Na tym opiera się polska ciągłość instytucjonalna.
Nie powinniśmy jednak mylić zaradności z dobrym państwem. Fakt, że obywatel potrafi obejść niedziałający system, nie oznacza, że system działa. To, że pacjent znalazł lekarza dzięki znajomościom, nie jest sukcesem ochrony zdrowia. To, że rodzice złożyli się na papier, drukarkę i remont klasy, nie świadczy o sile edukacji. To, że ludzie potrafią zorganizować zbiórkę dla chorego dziecka, jest dowodem ich dobroci, ale także rachunkiem wystawionym instytucjom.
Polska uwielbia heroizm, ponieważ heroizm pozwala nie naprawiać procedur.
Zamiast sprawnej straży mamy bohatera, który wszedł w ogień. Zamiast działającego szpitala — lekarza, który pracował trzydzieści sześć godzin. Zamiast rozsądnego prawa — urzędniczkę, która „podeszła po ludzku”. Zamiast państwa — człowieka dobrej woli, który akurat odebrał telefon.
Potem wręczamy mu medal i pozostawiamy system bez zmian, żeby za rok można było znaleźć następnego bohatera.
A przecież przyszłość nie może być wyłącznie powtórką z narodowego przetrwania. Nie wystarczy znów być dzielnym, zwartym, gotowym i prowizorycznie naprawionym taśmą klejącą.
Przyszłość nie musi obejmować kolonii na Marsie, latających samochodów ani sztucznej inteligencji piszącej za nas podania do urzędu, który odpowie po trzydziestu dniach, że brakuje załącznika.
Wystarczyłaby przyszłość na ludzką miarę.
Taka, w której młody człowiek może wynająć mieszkanie bez oddawania właścicielowi dwóch trzecich pensji, rodzice nie muszą wybierać pomiędzy pracą a opieką nad dzieckiem, pacjent nie dostaje terminu po własnym pogrzebie, a starszy człowiek nie musi potwierdzać aplikacją, kodem SMS i profilem zaufanym, że nadal żyje.
Taka, w której szkoła uczy myślenia, nie tylko zdawania. Praca zapewnia życie, nie wyłącznie dostęp do służbowego komunikatora. Polityk umie powiedzieć „nie wiem”, a obywatel nie traktuje tego jak przyznania się do zdrady stanu.
Taka przyszłość nie jest efektowna. Nie da się jej zapowiedzieć przy marszowej muzyce ani umieścić na transparencie „Wstajemy z kolan”. Trzeba ją budować nudno: przepis po przepisie, szkoła po szkole, przychodnia po przychodni, mieszkanie po mieszkaniu.
Niestety politycy wolą podnosić naród z kolan, ponieważ naprawianie kanalizacji źle wygląda w spotach.
Mam jednak pewną nadzieję, może naiwną, ale człowiek bez odrobiny naiwności nadaje się wyłącznie do komentowania polityki w telewizji.
Być może przyszłość nie została odwołana. Może po prostu utknęła w polskiej kolejce.
Stoi cierpliwie z numerkiem, słucha automatu i dowiaduje się, że jest siedemdziesiąta trzecia. Przed nią reforma sądownictwa, transformacja energetyczna, mieszkalnictwo, demografia, cyfryzacja ochrony zdrowia i kilka komisji, które muszą najpierw ustalić regulamin.
Przyszłość czeka. Od czasu do czasu podchodzi do okienka i pyta:
— Czy długo jeszcze?
A państwo, jak zawsze uprzejme, odpowiada:
— Trudno powiedzieć. System chwilowo nie działa.
Na szczęście Polacy są przygotowani. Mamy kanapki, termos, składane krzesełko, ładowarkę do starej Nokii i człowieka, który zna kogoś w środku. Nie mamy pewności, czy doczekamy. Ale pilnujemy kolejki.

Dodaj komentarz