
Niedziela kończy się wydarzeniem, które historycy przyszłości będą zapewne analizować z takim samym zdumieniem, z jakim dziś analizujemy średniowieczne wyprawy po relikwie świętych. Oto prezydent Karol Nawrocki poleciał do Stanów Zjednoczonych, by uczestniczyć w osiemdziesiątych urodzinach Donalda Trumpa.
Formalnie oczywiście chodziło o sprawy strategiczne. O bezpieczeństwo Polski. O obecność wojsk amerykańskich. O wielką geopolitykę. O losy świata.
W praktyce wyglądało to jednak trochę tak, jakby sąsiad z trzeciego piętra pojechał na wesele prezesa spółdzielni mieszkaniowej i tłumaczył wszystkim, że przy okazji załatwi remont windy.
Najbardziej urzekł mnie jednak briefing pana prezydenta. Nawrocki, niczym bohater filmów przygodowych, który samotnie walczy z siłami ciemności, opowiadał o antyamerykańskiej narracji polskiego rządu, o problemach z realizacją jego ustaleń z Donaldem Trumpem i o przeszkodach rzucanych mu pod nogi przez bliżej nieokreślonych przeciwników.
To fascynujące zjawisko. Człowiek leci na urodziny amerykańskiego prezydenta, bierze udział w kolacji, potem ogląda galę MMA w oktagonie zbudowanym przed Białym Domem, a mimo to znajduje chwilę, by poskarżyć się na własny rząd. To trochę tak, jakby ktoś podczas chrztu dziecka opowiadał gościom o problemach z administracją wspólnoty mieszkaniowej.
Najpiękniejsze było jednak zestawienie słów z obrazami. Nawrocki mówił o strategicznych interesach Polski. Telewizje pokazywały tymczasem przygotowania do gali UFC. Mówił o bezpieczeństwie Europy. W tle budowano klatkę do walk. Mówił o relacjach międzynarodowych. Za kilka godzin ma oglądać zawodników okładających się łokciami.
Dyplomacja XXI wieku przypomina coraz bardziej odcinek reality show, którego scenariusz pisali wspólnie Machiavelli, Vince McMahon i producent programu „Warsaw Shore”.
Tymczasem cały świat czekał na znacznie ważniejsze wydarzenie. Donald Trump zapowiedział, że być może właśnie w dniu swoich osiemdziesiątych urodzin otrzyma najcenniejszy prezent świata – porozumienie pokojowe z Iranem.
Przyznam, że podziwiam rozmach. Przeciętny człowiek dostaje na osiemdziesiątkę kapcie, album ze zdjęciami i ciasto bez cukru. Trump oczekuje zakończenia jednego z najważniejszych konfliktów geopolitycznych świata. Problem polegał na tym, że Irańczycy najwyraźniej nie przeczytali scenariusza uroczystości. Porozumienia nie było. Były za to kolejne komentarze, kolejne spekulacje i kolejne godziny oczekiwania. Świat przyzwyczaił się już do tego, że Trump najpierw ogłasza wydarzenie historyczne, a dopiero później rzeczywistość zastanawia się, czy zamierza w nim uczestniczyć.
W Rosji tymczasem pojawił się kryzys paliwowy. Moskwa i Petersburg zaczęły wprowadzać ograniczenia sprzedaży benzyny. To jedna z tych wiadomości, które brzmią jak ponury żart historii. Państwo będące jednym z największych eksporterów surowców energetycznych zaczyna mieć problemy z paliwem. To trochę tak, jakby producent parasoli nie miał czym osłonić się przed deszczem, albo jakby piekarz umarł z głodu, albo ekonomista wygrał wybory.
Niedziela przyniosła również kolejną odsłonę mundialu. FIFA, kierując się zasadą, że więcej zawsze znaczy lepiej, zwiększyła liczbę uczestników turnieju do czterdziestu ośmiu reprezentacji. Efekty są mniej więcej takie, jak można było przewidzieć. Mecze odbywają się o porach przeznaczonych raczej dla nocnych stróżów, astronomów i ludzi cierpiących na bezsenność.
Jakość futbolu bywa natomiast tak nierówna, że niektóre spotkania przypominają bardziej eksperyment społeczny niż mistrzostwa świata. Ale jest też dobra wiadomość. Katar zdobył historyczny punkt. Szwajcarzy zaś zdobyli historyczny ból głowy. Nie można mieć wszystkiego.
Najbardziej europejska historia dnia wydarzyła się jednak w Szwajcarii. Kraj słynący z zegarków, banków, sera i politycznej stabilności głosował nad ograniczeniem liczby mieszkańców do dziesięciu milionów. Brzmi to trochę tak, jakby luksusowy hotel zastanawiał się, czy przypadkiem nie ma zbyt wielu gości.
Ostatecznie Szwajcarzy powiedzieli „nie”. I bardzo słusznie. Gdyby zaczęli wyrzucać cudzoziemców, mogłoby się okazać, że nie ma komu prowadzić firm, laboratoriów, banków, restauracji i połowy gospodarki. Europa coraz częściej przypomina człowieka, który narzeka na wodę w basenie, jednocześnie panicznie bojąc się wyciągnąć korek.
A w Polsce? Jak zwykle. Sondaże pokazują, że politycy są niezadowoleni z sondaży, wyborcy są niezadowoleni z polityków, a partie są niezadowolone z wyborców.
Jedynym człowiekiem, który miał dziś naprawdę dobry dzień, był Kamil Majchrzak, zdobywając pierwszy tytuł ATP w karierze. I może właśnie dlatego tenis jest zdrowszy od polityki. Na korcie przynajmniej wiadomo, kto wygrał. W polityce każdy ogłasza zwycięstwo jeszcze przed rozpoczęciem meczu.
Wieczorem spojrzałem więc na świat i doszedłem do wniosku, że niedziela była dniem wyjątkowo symbolicznym. Prezydent Polski poleciał na urodziny amerykańskiego prezydenta. Trump czekał na pokój. Iran czekał na Trumpa. Rosja czekała na benzynę. FIFA czekała na emocje. Szwajcarzy czekali na wyniki referendum. A zwykli ludzie czekali na poniedziałek. I tylko poniedziałek, jak zwykle, przyjdzie punktualnie.
Niestety.

Dodaj komentarz