
Za oknem trzydzieści kilka stopni, asfalt mięknie jak charakter polityka po przegranych wyborach, klimatyzacje wyją niczym syreny alarmowe, a człowiek, zamiast siedzieć pod drzewem i bezmyślnie obserwować chmury, od rana do wieczora karmiony jest kolejnymi porcjami informacyjnej owsianki, którą media gotują bez przerwy na tym samym ogniu.
Upał jest wielki, ale jeszcze większe jest zmęczenie. Polska zbliża się do czterdziestu stopni. Klimatolodzy już nawet nie pytają, czy taka temperatura padnie, tylko kiedy. To zresztą bardzo polskie. Kiedyś zastanawialiśmy się, czy będzie wojna, czy będzie kryzys, czy będzie inflacja. Dziś zastanawiamy się, kiedy zaczniemy piec się we własnym kraju jak kurczak pozostawiony w piekarniku przez roztargnionego kucharza.
Francja już przekroczyła czterdziestkę. Zamykają szkoły, ograniczają zajęcia, ostrzegają ludzi przed wychodzeniem na słońce. Tymczasem w Polsce, jak zwykle, panuje przekonanie, że skoro dziadek przeżył lipiec 1978 roku bez klimatyzacji, to każdy powinien. Dziadek przeżył również kartki na mięso, dwa ustroje polityczne i oglądał telewizję z jednym programem. Nie jestem pewien, czy należy traktować go jako uniwersalny model rozwoju cywilizacji.
Siedzę więc i czytam wiadomości. Na pierwszym planie Szpital Południowy. Od tygodnia kraj zachowuje się tak, jakby właśnie odkryto Watergate, aferę Rywina, Pentagon Papers i zabójstwo Kennedy’ego w jednym budynku na Ursynowie.
Codziennie nowy odcinek. Jeden lekarz mówi, że były nieprawidłowości. Drugi lekarz mówi, że nie było. Trzeci jest przerażony. Czwarty jest oburzony. Piąty jest zbulwersowany oburzeniem trzeciego. Prokuratura analizuje. NFZ analizuje. Miasto analizuje. Eksperci analizują analizujących.
W pewnym momencie człowiek zaczyna podejrzewać, że gdyby w tym kraju wybuchł wulkan, pierwszą reakcją byłoby powołanie zespołu do spraw monitorowania narracji wokół lawy.
Nie twierdzę, że sprawa jest nieważna. Jeśli rzeczywiście dochodziło do nadużyć albo błędów medycznych, należy je wyjaśnić do końca. Problem polega na tym, że współczesne media nie potrafią już niczego wyjaśniać. Potrafią jedynie nieustannie podgrzewać. Każda historia zamienia się w serial. Każdy skandal zamienia się w uniwersum. Każda plotka dostaje własną franczyzę i tak przez tydzień, dwa, trzy, aż wszyscy są wykończeni, a potem nagle pojawia się nowa afera i stara znika jak zeszłoroczny hit disco polo.
Dokładnie to samo dzieje się ze sporem polsko-ukraińskim. Kolejny dzień i kolejna eksplozja narodowego seminarium hustorycznego: UPA. Wołyń. Order. Zełenski. Nawrocki. Historycy. Komentatorzy. Eksperci od ekspertów. Eksperci od komentatorów ekspertów.
Mam czasem wrażenie, że gdyby przeciętny Polak wiedział tyle o własnym urzędzie skarbowym, ile wie już o ukraińskiej polityce pamięci historycznej, budżet państwa świeciłby złotem jak skarbiec Inków.
Każdy uczestnik tej dyskusji zachowuje się tak, jakby od jego wpisu na portalu społecznościowym zależał los Europy Środkowej. Tymczasem rzeczywistość jest dużo bardziej brutalna. Ukraińcy nie przestaną myśleć po ukraińsku dlatego, że polski polityk napisze oburzony tweet. Polacy nie przestaną pamiętać Wołynia dlatego, że ukraiński polityk wygłosi przemówienie.
Wszyscy o tym wiedzą, ale codzienny przemysł oburzenia potrzebuje paliwa równie desperacko, jak elektrownia potrzebuje węgla. Więc mieli, przetwarza, podgrzewa i sprzedaje ponownie.
Cały ten hałas rozgrywa się w momencie, gdy świat naprawdę zaczyna wyglądać niepokojąco. Temperatury rosną szybciej niż ceny mieszkań. Połowa Europy walczy z falą upałów. Francuzi zamykają szkoły. Naukowcy mówią o rekordach klimatycznych. Pentagon liczy dziesiątki miliardów dolarów wydanych na kolejną odsłonę wojny na Bliskim Wschodzie. System ochrony zdrowia trzeszczy w szwach. Polskie szpitale tną oddziały, a my od rana do wieczora dyskutujemy o tym, kto komu wysłał order, kto siedział w jakim saloniku i kto obraził się i na kogo w internecie. To trochę tak, jakby pasażerowie Titanica podczas zderzenia z górą lodową organizowali panel ekspercki na temat jakości orkiestry. Może właśnie dlatego ludzie są dziś tak zmęczeni. Nie polityką. Nie informacjami.
Nadmiarem informacji. Nadmiarem emocji. Nadmiarem nieustannego alarmu. Każdy dzień przedstawiany jest jako historyczny. Każda konferencja jako przełomowa. Każdy wpis jako szokujący. Każda wypowiedź jako miażdżąca, a skoro wszystko jest nadzwyczajne, to w końcu nic nie jest.
Człowiek budzi się rano, otwiera komputer i jeszcze przed pierwszą kawą dowiaduje się o katastrofie klimatycznej, skandalu medycznym, kryzysie dyplomatycznym, upadku demokracji, końcu świata i nowym konflikcie w koalicji rządzącej.
Potem idzie po bułki. Pani w piekarni pyta, czy podać krojoną i nagle okazuje się, że rzeczywistość jest znacznie spokojniejsza od internetu. Może właśnie dlatego najbardziej rozsądną reakcją na tegoroczne upały nie jest kupowanie kolejnego klimatyzatora. Może warto czasem wyłączyć wiadomości. Usiąść w cieniu. Posłuchać szumu drzew. Napić się zimnej wody i pozwolić światu przez kilka godzin ratować się samemu.
Jeżeli wydarzy się coś naprawdę ważnego, uwierz mi, informacja znajdzie nas. Przy obecnym poziomie narodowego bicia piany nawet koniec cywilizacji zostanie przecież poprzedzony trzema konferencjami prasowymi, siedmioma przeciekami i panelem ekspertów w Kanale Zero, a wtedy zdążymy się jeszcze zdenerwować. … na spokojnie.

Dodaj komentarz