UPAŁ, POLITYCY I NARÓD NA PATELNI, CZYLI DLACZEGO TERMOMETR MA MNIEJ OLEJU W GŁOWIE NIŻ NIEKTÓRZY RZĄDZĄCY

Warszawa

Kilka dni temu wydawało się, że największym zagrożeniem dla Polaków będzie trzydzieści osiem stopni w cieniu. Dzisiaj już wiadomo, że prognoza była zbyt optymistyczna. Termometry rzeczywiście oszalały, ale polityka – jak zwykle – uznała, że nie odda pierwszego miejsca byle Słońcu. Upał przynajmniej jest uczciwy. Nie udaje troski o obywatela, nie zakłada biało-czerwonego szalika i nie opowiada, że wszystko robi dla dobra narodu. Po prostu smaży wszystkich po równo. Politycy natomiast potrafią jeszcze przekonywać, że to obywatel sam sobie ustawił piekarnik na dwieście pięćdziesiąt stopni.

Od kilku dni żyjemy w kraju, w którym najważniejszymi instytucjami państwa stały się… szpital i order. Szpital miał leczyć ludzi, order miał budować prestiż państwa, ale oba zostały bezlitośnie wrzucone do politycznej betoniarki. Efekt przypomina bigos gotowany przez sztab wyborczy: niby wszystkie składniki są znane, ale po pierwszej łyżce człowiek zaczyna tęsknić za wodą mineralną.

Konferencja Odbudowy Ukrainy w Gdańsku miała być wydarzeniem o miliardach euro, inwestycjach, odbudowie infrastruktury i przyszłości naszego regionu. Miała pokazać, że wojna kiedyś się skończy, a potem ktoś będzie musiał odbudować tysiące kilometrów dróg, setki mostów, elektrownie, szkoły i miasta. Tymczasem dużą część uwagi pochłonęły urażone ambicje, ordery, gesty godnościowe i polityczne fochy.

To zresztą znak naszych czasów. Kiedy trzeba rozmawiać o przyszłości, politycy z zadziwiającą energią organizują debatę o przeszłości. Najlepiej takiej sprzed osiemdziesięciu lat. Umarli są znacznie wygodniejszym partnerem do dyskusji niż żywi. Nie odpowiadają na konferencjach prasowych.

Najbardziej komiczna pozostaje geografia. Polska nadal graniczy z Ukrainą i nic nie wskazuje na to, żeby w przyszłym tygodniu przeprowadziła się do Portugalii. Można odbierać ordery, bojkotować konferencje, obrażać się z godnością i wygłaszać patriotyczne tyrady, ale mapa Europy zachowuje w tej sprawie lodowaty spokój. Ona nie ogląda telewizji informacyjnych. Po prostu istnieje i złośliwie przypomina politykom, że sąsiedztwa nie da się rozwieść notarialnie.

Tymczasem życie dyskretnie przypomina, że świat jest trochę większy niż nasze codzienne wojny plemienne. Szef Agencji Wywiadu ostrzega, że państwa bałtyckie pozostają jednym z najbardziej prawdopodobnych miejsc rosyjskich prowokacji. „Zielone ludziki” nie są już memem z Krymu, lecz całkiem realnym scenariuszem. Kreml od dawna nie musi wysyłać armii. Wystarczy kilku ludzi bez oznaczeń, kilka tysięcy botów, parę ton dezinformacji i odpowiednia liczba użytecznych idiotów rozsianych po Europie. To znacznie tańsze niż czołgi, a często skuteczniejsze.

Ale my oczywiście wolimy dyskutować o orderach. Bo przecież jeśli historia czegoś uczy, to przede wszystkim tego, że odznaczenia zatrzymują rakiety.

Na własnym podwórku też nie brakuje atrakcji. Afera wokół Szpitala Południowego przypomina serial, którego scenarzyści dawno stracili kontrolę nad fabułą. Każdy nowy odcinek okazuje się mniej wiarygodny od poprzedniego, ale oglądalność wciąż rośnie. Sondaże pokazują, że minister zdrowia płaci polityczną cenę za chaos. Trudno się dziwić. W państwie prawa obywatel oczekuje, że szpital będzie leczył, minister będzie nadzorował, a prokuratura będzie ścigała winnych. Tymczasem często wygląda to tak, jakby jedyną sprawnie funkcjonującą instytucją było wzajemne przerzucanie odpowiedzialności. To jedyna dyscyplina, w której Polska od lat utrzymuje światowy poziom.

Na świecie też trwa festiwal politycznego absurdu. Hezbollah przekonuje, że porozumienie Libanu z Izraelem jest upokorzeniem. Wenezuela skuteczniej blokuje strażaków niż ogień. Rosyjskie zakłady produkujące rakiety płoną po ukraińskich atakach dronami o nazwie „Flamingi”, co brzmi jak tytuł bajki Disneya napisanej przez generałów. Gdyby ktoś dziesięć lat temu opisał taki scenariusz w powieści political fiction, recenzenci uznaliby go za niepoważnego fantastę.

A potem naukowcy przypominają, że nawet najbardziej znane eksperymenty psychologiczne warto od czasu do czasu odkurzyć. Chodzi o słynny eksperyment Stanleya Milgrama z lat sześćdziesiątych, w którym ochotnicy byli przekonani, że aplikują drugiej osobie coraz silniejsze wstrząsy elektryczne tylko dlatego, że człowiek w białym fartuchu spokojnym głosem mówił: „proszę kontynuować”. Przez dziesięciolecia opowiadano tę historię jako dowód niemal bezgranicznego posłuszeństwa wobec autorytetu. Tymczasem analiza oryginalnych nagrań i dokumentów z archiwów Uniwersytetu Yale pokazała, że obraz był znacznie bardziej skomplikowany: wielu uczestników się wahało, protestowało, próbowało przerwać doświadczenie, a część wykonywała polecenia nie dlatego, że ślepo wierzyła autorytetowi, lecz dlatego, że ufała naukowcom i sądziła, iż eksperyment nikomu naprawdę nie szkodzi. Morał jest więc ciekawszy od szkolnej wersji tej opowieści. Nawet nauka potrafi przez pół wieku żyć uproszczonym streszczeniem własnych badań. A skoro tak, to może warto z pewną ostrożnością podchodzić również do politycznych prawd objawionych, które mieszczą się w jednym tweecie, trzydziestosekundowym filmiku albo krzyczącym pasku telewizyjnym.

Bo coraz częściej żyjemy nie faktami, lecz streszczeniami faktów. Jeszcze chętniej żyjemy nagłówkami. A najlepiej memami. Współczesny obywatel nie potrzebuje już wiedzy. Wystarczy mu przekonanie, że wiedzę posiada.

Na końcu pozostaje pogoda. IMGW ostrzega przed rekordowymi temperaturami. Lekarze radzą pić wodę, unikać słońca i nie przeciążać organizmu. Pozwolę sobie rozszerzyć te zalecenia również na politykę. Proszę pić dużo wody, nie czytać komentarzy po północy i pod żadnym pozorem nie wdawać się w internetowe dyskusje z ludźmi, którzy każde wydarzenie potrafią wyjaśnić spiskiem Sorosa, Putina, Tuska, Kaczyńskiego, masonów albo producentów klimatyzatorów. Oni nie szukają odpowiedzi. Oni kolekcjonują wykrzykniki.

Upały miną. Asfalt odzyska godność. Drzewa znowu zaczną pachnieć latem, a termometry wrócą do rozsądnych wartości.

O politykach nie odważyłbym się powiedzieć tego samego. Oni najwyraźniej uznali, że skoro klimat się ociepla, to rozsądek można już definitywnie schować do zamrażarki.


  1. Poltiser

    Znakomita diagnoza!
    Jakbym słyszał prześmiechy Stańczyka!
    Dziękuję za dozę optymizmu!

    W te upały serdeczne acz chłodne pozdrowienia!

    PS. Pies nauczył się wchodzić do wody w basenie co kilka minut…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights