
Niedziela. Czytelnik siedzi nad wodą, w jednej ręce trzyma piwo, w drugiej widelec z kiełbasą, a trzecią — której anatomicznie nie posiada, lecz polityka krajowa od dawna wymaga cudów — próbuje przewijać wiadomości w telefonie.
I oto dowiaduje się, że Ukraińcy prowadzą przeciwko nam „operację kognitywną”. Badają polskie emocje, mapują narodowe blizny, nakłuwają balonik dumy i zarządzają naszymi traumami jak doświadczony kelner ogródkiem piwnym.
Człowiek natychmiast ogląda się za siebie. Może w trzcinach siedzi ukraiński socjolog, mierzy tempo picia piwa i sprawdza, po którym łyku wzrasta gotowość do dyskusji o Wołyniu?
Sprawa jest jednak poważniejsza niż grillowana metafora. Wołodymyr Zełenski nadał ukraińskiej jednostce wojskowej imię „Bohaterów UPA”. Uczynił to, jak wyjaśniono, dla „przywrócenia historycznych tradycji narodowego wojska” i uhonorowania walki o niepodległość Ukrainy. W Polsce wywołało to oburzenie, ponieważ UPA nie jest dla nas sympatyczną grupą rekonstrukcyjną, lecz organizacją odpowiedzialną za masowe mordy na polskiej ludności cywilnej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Polskie MSZ oceniło decyzję jednoznacznie negatywnie, podkreślając, że rani pamięć ofiar i dostarcza amunicji rosyjskiej propagandzie.
I miało rację.
Ta decyzja była politycznie głupia, historycznie arogancka i dyplomatycznie subtelna jak orkiestra dęta wpuszczona do sali operacyjnej. Ukraina walczy o życie, ale walka o życie nie daje immunitetu na bezmyślność. Państwo może być ofiarą rosyjskiej agresji i jednocześnie fatalnie obchodzić się z pamięcią sąsiada. Jedno nie unieważnia drugiego, choć internet bardzo by chciał, ponieważ potrafi przechowywać najwyżej jedną myśl naraz.
Ukraiński minister spraw zagranicznych Andrij Sybiha tłumaczył później, że nazwa miała uhonorować opór przeciwko Moskwie, a nie sprowokować Polski, i wzywał do dialogu. Reuters opisał jego próbę wygaszenia sporu. To trochę tak, jakby nadepnąć sąsiadowi na złamaną nogę, a potem wyjaśnić, że zasadniczo chodziło o walkę z imperializmem rosyjskim.
Intencja może być patriotyczna. Ból pozostaje lokalny.
Czy oznacza to jednak, że Kijów siedzi nad mapą Polski, przesuwa pionki, naciska guziki i steruje naszym społeczeństwem z precyzją operatora drona?
Bez przesady. Ukrainiec może nacisnąć guzik, ale panel sterowania zbudowaliśmy sobie sami. Każda polska partia posiada własny przycisk do Wołynia, Ukrainy, Niemiec, uchodźców, reparacji i zdrady narodowej. Wszystkie są czerwone, wielkie, podświetlone i opatrzone tabliczką: „Naciskać przed wyborami”.
Ukraińcy nie muszą nas rozgrywać. Wystarczy, że położą piłkę, a my natychmiast zaczynamy strzelać do własnej bramki.
Prezydent reprezentuje jeden obóz, rząd drugi, PiS właśnie rozpada się na części, Konfederacje rosną dwutorowo, a media społecznościowe zamieniły każdą rozmowę historyczną w bójkę na parkingu pod dyskontem. Jeden krzyczy, że kto krytykuje Ukrainę, ten pracuje dla Putina. Drugi, że kto pomaga Ukrainie, ten zdradza Polskę. Trzeci publikuje fotografię z 1943 roku, choć pochodzi ona z innego kraju i innej dekady. Czwarty prostuje zdjęcie, ale nikt go już nie czyta, bo prawda ma fatalne zasięgi i nie umie przeklinać.
Rosja patrzy na to z zachwytem człowieka, który przyszedł podpalić stodołę i odkrył, że gospodarze już kłócą się o zapałki.
Warto pamiętać, że polska prokuratura oskarżyła niedawno młodego obywatela Ukrainy o niszczenie miejsc pamięci w celu podsycania konfliktu polsko-ukraińskiego. Według ABW zadania miały być zlecane przez internet i opłacane kryptowalutami, a ślady prowadziły między innymi do rosyjskich mechanizmów werbunkowych. Sprawę opisał Reuters.
Mamy więc sytuację typowo środkowoeuropejską. Ukraina drażni Polskę własną polityką pamięci. Rosja drażni Polskę Ukrainą. Polska drażni się sama. Następnie wszyscy zatrudniają ekspertów, żeby ustalić, dlaczego jesteśmy podrażnieni.
Ekspert wyjaśnia, że przeciwnik posiada farmy opinii, dane pierwotne, segmentację jakościową oraz zdolność oddziaływania narracyjnego. Polski obywatel słucha tego przy grillu i zaczyna podejrzliwie patrzeć na musztardę. Może nie jest sarepska. Może jest kognitywna.
Rzeczywiście, państwa badają nastroje innych społeczeństw. Niemcy od dziesięcioleci wykorzystują fundacje, kulturę, edukację, stypendia, wymiany i organizacje społeczne jako narzędzia miękkiego wpływu. OSW opisywał niemieckie sieci soft power na Wschodzie. Francuzi mają instytuty kultury, Amerykanie uniwersytety, filmy i fundacje, Brytyjczycy BBC oraz język, którego świat nauczył się z konieczności. Koreańczycy mają seriale, muzykę i kosmetyki. Włosi posiadają kuchnię, przy której każda polska operacja narracyjna kapituluje po pierwszym tiramisu.
Polska ma natomiast Chopina, pierogi, historię, kilka znakomitych instytucji i niezawodny zwyczaj zmieniania kierownictwa wszystkiego po każdych wyborach.
Budujemy wpływy tak, jak buduje się w Polsce drogi dojazdowe: najpierw przecinamy wstęgę, potem zmieniamy dyrektora, następnie odkrywamy, że zabrakło połączenia z resztą sieci.
Pomysł stworzenia silniejszego, pozarządowego zaplecza polskiej dyplomacji publicznej jest rozsądny. Polska powinna wiedzieć, co myślą społeczeństwa Ukrainy, Niemiec, Francji, Stanów Zjednoczonych i krajów regionu. Powinna umieć opowiadać własną historię, promować swoje interesy, docierać do mediów, ekspertów i młodych ludzi. Państwo, które nie opowiada własnej historii, prędzej czy później wystąpi jako statysta w cudzej.
Tylko trzeba uważać, aby z owego „narzędzia pozarządowego” nie powstał kolejny instytut z prezesem po znajomości, trzema zastępcami, radą programową złożoną z byłych posłów oraz budżetem przeznaczonym głównie na konferencje o potrzebie zwiększenia budżetu.
Polska soft power nie może polegać na tym, że za granicą tłumaczymy po angielsku to samo, czego w kraju nikt już nie chce słuchać po polsku.
Wpływ nie bierze się wyłącznie z socjotechniki. Bierze się z wiarygodności. Z dobrych uczelni, sprawnych instytucji, atrakcyjnej kultury, przewidywalnej polityki i umiejętności rozmawiania z partnerem także wtedy, gdy mówi rzeczy nieprzyjemne. Propaganda może otworzyć drzwi, ale jeśli za drzwiami stoi Sasin z prezentacją, goście szybko wychodzą.
W sporze z Ukrainą nie potrzebujemy ani histerii, ani potulności. Należy mówić spokojnie i jednoznacznie: UPA odpowiada za zbrodnie na polskich cywilach, ofiary wymagają ekshumacji, imion, grobów i pamięci, a europejska przyszłość Ukrainy musi obejmować dojrzałość wobec własnej historii. Równocześnie wolna Ukraina pozostaje polskim interesem strategicznym, ponieważ alternatywą nie jest Ukraina bardziej uprzejma, lecz Rosja bliżej Chełma.
To nie jest sprzeczność. To polityka zagraniczna. Dorosły człowiek może jednocześnie pomagać sąsiadowi w gaszeniu domu i powiedzieć mu, że portret jego dziadka wiszący w salonie przedstawia zbrodniarza. Nie musi ani odchodzić z wiadrem, ani całować portretu.
Największy problem nie polega więc na tym, że Ukraińcy znają nasze blizny. My również je znamy. Problem w tym, że zamiast je leczyć, regularnie rozrywamy bandaż przed kamerami, zapraszamy pięciu polityków i pytamy, kto krwawi bardziej patriotycznie.
Kijów może być sprawnym graczem. Moskwa może być cynicznym podpalaczem. Berlin, Paryż i Waszyngton mogą budować sieci wpływu. Ale nikt nie zmusza Polski, by przy każdym dotknięciu historycznej rany wpadała w polityczne drgawki i przewracała własny stolik.
Nad wodą kiełbasa jest już gotowa. Piwo robi się ciepłe. Czytelnik odkłada telefon i dochodzi do wniosku, że operacje kognitywne mają jednak granice.
Najskuteczniejszą polską odpowiedzią na zagraniczne wpływy nie będzie tajny kombajn narracyjny, narodowa fabryka trolli ani Instytut Precyzyjnego Trafiania w Cudze Blizny.
Będzie nią państwo, które wie, czego chce, mówi jednym głosem i nie robi z każdej traumy wyborczej kiełbasy.
Zwłaszcza że kiełbasa już jest i właśnie spadła z widelca.

Dodaj komentarz