
13 grudnia 1981 roku, miałem 28 lat – wystarczająco młody, by wierzyć w zmianę, wystarczająco stary, by wiedzieć, jak boli jej brak. Byłem wtedy zaangażowany politycznie, od 1976 roku, kilka razy aresztowany i po odsiadce, całkiem świadomie. Teraz internowany najpierw w Białołęce, potem w Drawsku Pomorskim, z krótką przerwą na areszt i szpital w Areszcie Śledczym na Mokotowie, gdzie przewieziono mnie ze względów zdrowotnych. Zwolnili mnie tylko na chwilę, bo zaraz potem znowu mnie zamknęli. Wyrok – 7 lat. Amnestia ’84 skróciła go, ale nie skróciła poczucia zdrady, jaką noszę do dziś. Potem emigracja – przymusowa, prawie dziesięcioletnia. Polska stała się krajem, z którego trzeba było uciekać, bo mówiłeś prawdę. Nie było tu dla mnie miejsca i możliwości pracy.
Nie lubię patosu, ale 13 Grudnia nie da się wspominać bez ciężaru. Tym bardziej, że historia lubi robić piruety – a my z uporem godnym lepszej sprawy wracamy do punktu wyjścia. Dziś, czterdzieści parę lat później, znów widzę, jak Demokracja – ta, za którą siedziałem – jest rozkładana na części przez ludzi takich jak Nawrocki z IPN i jego polityczni adiutanci z Nowogrodzkiej. Ta sama mentalność, to samo butne przekonanie o własnej nieomylności. Historia zatacza koło, tylko tym razem TVP nie przerywa emisji – przeciwnie, TV Republika emituje propagandę na cały regulator, a zamiast milicjantów z pałkami mamy trolle z kontami na X i Facebook.
Jarosław Kaczyński nie potrzebuje czołgów na ulicach – wystarczą mu Trybunał Konstytucyjny i prezydent z długopisem. PIS, Konfederacja, cały ten post-Solidarnościowy karnawał zamienił się w groteskę. Dzisiaj wrogami demokracji nie są czerwoni generałowie w okularach, tylko ci, którzy noszą biało-czerwone flagi i krzyczą o „suwerenności”. Ci, którzy przywłaszczyli sobie etos Solidarności i wypaczyli go. Ci sami ludzie, którzy jeszcze kilka dekad temu chwalili się opozycyjną przeszłością, teraz wykorzystują system do tępego odwetu i ideologicznej zemsty.
Walczyliśmy o wolność, a dostaliśmy Polskę, w której sądy były zawłaszczane, media państwowe przerobione na partyjne tuby, a władza codziennie testowała, ile jeszcze może przesunąć granicę bezkarności. Ludzie mojego pokolenia, ci, którzy byli bici na komisariatach i siedzieli w celach za kolportaż ulotek – patrzą na to z goryczą, której nie da się przetłumaczyć na współczesny język politycznego mema.
W 1981 roku nie było „Teleranka”, ale były pałki, kłamstwa i szeptane rozmowy o tym, kto zniknął. Ja też zniknąłem – najpierw z obiegu społecznego, potem z kraju. Internowanie i więzienie miało być chwilowe, ale zostawiło trwałe pęknięcia. Nie tylko we mnie – w całym pokoleniu, które uwierzyło, że można Polskę urządzić przyzwoicie.

Dziś patrzę, jak ci, którzy byli kiedyś po stronie ofiar – albo przynajmniej tak się przedstawiali – idą ręka w rękę z tymi, którzy jeszcze niedawno pozdrawiali „towarzyszy” z Kremla. Leszek Miller, Aleksander Kwaśniewski – ludzie reżimu, którzy później podpisywali dokumenty przystąpienia do NATO i Unii Europejskiej. Przykre to, że akurat te momenty zawdzięczamy czerwonym, ale cóż – historia to nie bajka, nie wybierasz sobie bohaterów.
Ale i my nie jesteśmy bez winy. Rozliczenie z komuną nie wyszło. Lustracja nie wyszła. Spór o czerwone dziedzictwo trwa – tylko dziś czerwony często jest przebrany w garnitur i mówi o tradycji, rodzinie i obronie chrześcijańskiej Europy. Polityczne salony wypełniły się po brzegi nowymi wersjami starych mechanizmów. Teraz nie potrzeba cenzora – wystarczy algorytm, prezes partii i jedna konferencja prasowa.
Na tym tle z ulgą i sympatią patrzę na obecny rząd. Donald Tusk i jego ludzie próbują nie tylko naprawić szkody, ale po prostu – przywrócić państwo. Z powrotem włączyć światło w instytucjach, które PiS zamienił w bunkry. Odbudować sądy, prawo, konstytucję – ten sam porządek, który przez osiem lat był systematycznie niszczony. Dziś ktoś próbuje z tych zgliszczy zbudować coś sensownego. I nie chodzi o wielką rewolucję – wystarczy, że znów da się mówić prawdę bez strachu. Że prokurator przestanie być narzędziem politycznej zemsty, a IPN przestanie być śmieszną sceną teatralną z Nawrockim w roli dyrektora artystycznego.
Oczywiście to wszystko dzieje się w cieniu – cieniu Konfederacji i jej złotoustych liderów, w cieniu Mentzena, Bosaka, Brauna, Korwina Mikke i intelektualnych wyżyn, na które wspina się Bąkiewicz z ekipą kosynierów. Kiedyś nosiliśmy opaski, dziś oni noszą flagi i krzyczą „wolność” – nie wiedząc nawet, co to znaczy. Ich wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się konstytucja. Ich patriotyzm kończy się tam, gdzie zaczyna się myślenie.
Dzisiaj, kiedy słyszę jak przedstawiciele byłej władzy mówią o „obronie tradycyjnych wartości” i „ochronie suwerenności przed Brukselą”, to przypomina mi się tamten wieczór grudniowy. Też mówili, że muszą bronić kraju przed zagładą. Też wciskali ludziom bajki o „prowokatorach”, „zagranicznym sterowaniu”, „konieczności przywrócenia porządku”.
To samo kłamstwo, tylko w lepszym garniturze.
Może w tym tkwi cała ironia: kiedyś marzyliśmy o wolnej Polsce, teraz musimy jej bronić przed tymi, którzy zrobili z niej tekturowe trofeum. Wtedy siedzieliśmy za marzenia, dziś obrywasz za mema. Tyle że sens pozostaje ten sam – władza, zwłaszcza ta PiS-owska, panicznie boi się ludzi, którzy myślą inaczej.
Nie mam żalu. Mam tylko złość. Ale to dobra złość – bo nie pozwala zapomnieć.
Więc przypominam: 13 Grudnia to nie data z kalendarza. To lustro. I patrząc w nie, trzeba sobie odpowiedzieć, czy jeszcze rozpoznajemy twarz tego kraju.

Dodaj komentarz