



Sobota rano. W piekarniku odgrzewane pieczywo z piątku, na ekranie poranny komunikat Dowództwa Operacyjnego: „Myśliwce poderwane, NATO w gotowości, Estonię odwiedziły rosyjskie MiG-i”. W każdym normalnym kraju to byłby początek narodowego kryzysu. W Polsce? Środowisko Karola Nawrockiego nerwowo analizuje, czy prezydencki samolot został odpowiednio wypucowany i czy Radosław Sikorski nie dostanie przypadkiem miejsca przy oknie.
MIG-31: ROSYJSKI ZWROT NAD ESTONIĄ
W piątkowy poranek trzy rosyjskie myśliwce MiG-31 postanowiły sprawdzić, czy estońska przestrzeń powietrzna jest równie gościnna jak postsowiecka nostalgia. Wleciały nad wyspę Vaindloo i bawiły się tam przez 12 minut, co w standardach NATO jest już niemal zamieszkaniem. Estoński rząd zareagował szybko i klasycznie: notą protestacyjną i zapowiedzią uruchomienia artykułu 4. Traktatu Północnoatlantyckiego. Tego samego, który oznacza: „Halo, koledzy, może czas przestać udawać, że wszystko gra”.
W tej samej chwili, gdzieś w Waszyngtonie, Donald Trump zapytany o sytuację w Estonii, odrzekł z nutą mądrości: „To może być duży kłopot”. Po czym kontynuował prezentację swoich złotych kart imigracyjnych za 5 mln dol. Jakby dowodzenie światem było programem lojalnościowym w hotelu Marriott.
ROSYJSKIE MYŚLIWCE NAD BAŁTYKIEM I NAD UKRAINĄ – NATO SIĘ BUDZI, POLSKA PODRYWA LOTNICTWO
Noc wcześniej sytuacja eskaluje także u nas. Rosyjskie samoloty pojawiają się nad Bałtykiem, nad platformą wiertniczą i w polskiej przestrzeni ekonomicznej. Są też masowe naloty na Ukrainę. Polskie myśliwce poderwane – nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni. Dowództwo Operacyjne informuje, że wszystko pod kontrolą. RCB rozsyła alerty: „Zostań w domu, zamknij okna”. Oczywiście bez kontekstu. Bo po co? Przejrzystość informacji to przecież wymysł cywilizacji zachodniej.
PREZYDENT I JEGO SAMOLOT JEDNOOSOBOWY
W obliczu międzynarodowego napięcia, nasz prezydent Karol Nawrocki wziął głęboki wdech… i postanowił nie wziąć Radosława Sikorskiego na pokład. „To nie mój partner” – tłumaczyła jego ekipa. „Rozmawiam z premierem” – powiedział, jakby ambasadorów nominował Donald Tusk przez Zooma.
W rezultacie do Nowego Jorku polecą osobno. Dwoma samolotami. Dwiema delegacjami. Jednym paszportem dyplomatycznego obciachu.
PAN PRZYDACZ I PAN BOGUCKI: WCIELENIE STYLU „NA NIE”
Na pokładzie chaosu dwie sylwetki zasługują na osobną wzmiankę: Marcin Przydacz i Bogucki. Ten pierwszy – weteran od Ziobry, przez Dudę, aż po Nawrockiego – wypowiada się jakby prowadził teleturniej „Kto wie mniej?”. Twierdzi, że rozmowy z rządem toczą się, ale może niekoniecznie i że może wszystko było inaczej, a może nie.
Z kolei Bogucki, specjalista od sabotażu biurokratycznego, oznajmia, że wszystkie nominacje ambasadorskie podpisane przez Dudę są teraz anulowane. Bo prezydent musi „sam zatwierdzić”. Oczywiście dopiero jak przeczyta życiorysy, wyśle je do IPN i otrzyma błogosławieństwo z Instytutu Historii Najnowszej w wersji alternatywnej.
CENCKIEWICZ W ROLI DEMIURGA DEZINFORMACJI
W tle, oczywiście, unosi się duch Biura Bezpieczeństwa Narodowego, czyli Sławomira Cenckiewicza. Człowieka bez dostępu do dokumentów, ale z dostępem do każdego mikrofonu w promieniu 300 km. Cenckiewicz udziela wywiadów, dementuje notatki, ogłasza, kto kłamie, a kto kłamie bardziej. Jego rzekoma „rozmowa z Tuskiem” była w rzeczywistości pogadanką z premierem Kosiniakiem-Kamyszem, co zmienia tylko to, że ironia sytuacyjna przestaje być subtelna.
Bo gdy prezydencki historyk narodowy twierdzi, że w Wyrykach spadła nasza rakieta, a rząd kłamie, to nie mamy sytuacji rodem z podręczników ONZ. Mamy sytuację z broszury: „Jak nie zarządzać państwem, kiedy sytuacja tego wymaga”.
RZĄD: „TO TYLKO ALERT”. SPOŁECZEŃSTWO: „TO TYLKO PANIKA”
W nocy z 9 na 10 września polska przestrzeń powietrzna została naruszona przez rosyjskie drony. Dziurawe niebo, podrywane myśliwce, sojusznicy z NATO w stanie gotowości. Ludzie dostają alerty: „Zostań w domu”. Nikt ich nie odwołuje. Nauczycielki piszą do szefa BBN: „Sławek, czy ja mam iść do szkoły, czy do schronu?”.
Wszystko to dzieje się w czasie, gdy prezydent Nawrocki walczy o „własne nazwisko pod dokumentem”, a minister Sikorski jeździ po Bukowinie z ruchem polityczno-społecznym, który brzmi jak warsztaty z marketingu osobistego.
ESTONIA BIJE NA ALARM, NATO ZBIERA SIĘ NA ZEBRANIE, A POLSKA… KUPUJE BILETY
Estończycy, którym rosyjskie MiG-i machały skrzydłami nad głowami, błyskawicznie uruchomili procedurę artykułu 4. NATO. Rada Północnoatlantycka zbiera się w przyszłym tygodniu. W Brukseli: powaga. W Tallinnie: mobilizacja. W Warszawie? Check-in na dwa osobne samoloty. Klasa polityczna jak dwóch panów w jednym kabarecie, którzy odgrywają scenkę o współpracy, ale nie chcą się znać.
PODSUMOWANIE: LOT BEZ STERU
Zamiast wspólnego frontu dyplomatycznego wobec rosyjskiej agresji, mamy prezydenta, który robi z nominacji ambasadorskich bitwę o honor, ministra, który traktuje politykę zagraniczną jak cykl TikToków, i ekspertów, którzy mają wiedzę tajemną, ale nieaktualne poświadczenia.
Rosjanie testują nasz refleks, Trump odpala złote karty, Estonia apeluje o pomoc, NATO zbiera się na nadzwyczajne posiedzenie, a Polska leci na dwa samoloty, jakby była rozwiedzioną parą w czasach kryzysu.
Jeśli historia nas czegoś uczy, to tylko tego: kiedy naprawdę trzeba współdziałać, polskie państwo woli się rozsiąść osobno, z osobną paczką orzeszków na osobnym pokładzie.
Przyszłość? Na razie zapowiada się na turbulencje. Ale najważniejsze, że prezydent poleciał sam. Może jeszcze zrobi selfie na tle ONZ z podpisem: „Zwycięstwo moralne w klasie bizness”.

Dodaj komentarz