TYDZIEŃ, W KTÓRYM ŚWIAT POSZEDŁ DO PRZODU, A MY NA CMENTARZ HISTORII

Warszawa

To był tydzień niezwykle polski. Taki, po którym człowiek z ulgą patrzy na prognozę pogody. Czterdzieści stopni w cieniu wydaje się mniej groźne niż trzydzieści stopni w studiu telewizyjnym podczas politycznej debaty.

Na świecie trwa wojna, Europa próbuje zbudować nową architekturę bezpieczeństwa, gospodarki szykują się do wielkich inwestycji związanych z odbudową Ukrainy, Niemcy walczą o przemysł, Brytyjczycy po dziesięciu latach od brexitu nadal szukają wyjścia z labiryntu, który sami zbudowali, a my – zgodnie z wielowiekową tradycją narodu twórczego – znaleźliśmy sobie temat zastępczy. Znowu rozmawiamy z duchami.

Gdańsk przez kilka dni wyglądał jak stolica przyszłości Europy. Do miasta przyjechali premierzy, ministrowie, przedsiębiorcy, bankierzy, samorządowcy, inwestorzy. Dyskutowano o miliardach euro, nowych drogach, kolejach, energetyce, fabrykach, odbudowie zrujnowanych miast. Historia rzadko daje państwom okazję, by jednocześnie pomagały sąsiadowi i budowały własną przyszłość gospodarczą. Polska właśnie taką szansę dostała.

I niemal natychmiast zaczęliśmy rozmawiać o tym, kto komu powinien odebrać order.

Nie twierdzę, że pamięć historyczna jest nieważna. Przeciwnie. Jest zbyt ważna, żeby robić z niej widowisko. Spór o Wołyń nie zniknie dlatego, że jedna strona obrazi się bardziej od drugiej. Nie rozwiąże go również licytacja na patriotyczne gesty. Historia ma tę przykrą właściwość, że nie reaguje na konferencje prasowe.

Najbardziej ponure w całej tej historii było jednak coś innego. Z wypowiedzi części ukraińskich polityków wyłania się obraz kraju, który naprawdę nie rozumie, dlaczego kult UPA jest dla Polaków nie do zaakceptowania. Jeżeli ktoś porównuje polskie oczekiwanie elementarnej uczciwości wobec ofiar Wołynia do polityki Viktora Orbána, to znaczy, że przestał słuchać, a zaczął jedynie odpowiadać na własne wyobrażenia.

To zła wiadomość, bo przyjaźń między narodami zaczyna się od zdolności słuchania cudzej pamięci, a nie od poprawiania jej czerwonym długopisem.

Jednocześnie równie groteskowo wygląda polska specjalność narodowa, czyli przekonanie, że każdą trudną rozmowę najlepiej rozpocząć od spektakularnego gestu. Oddawanie orderów podczas międzynarodowej konferencji poświęconej odbudowie Ukrainy było politycznym odpowiednikiem wesela, na którym jeden z gości postanawia właśnie przy torcie opowiedzieć wszystkim o wieloletnim sporze spadkowym. Owszem, wszyscy zapamiętają. Tylko nie to, co powinno zostać zapamiętane.

Konferencja zakończyła się sukcesem organizacyjnym. Polska pokazała, że potrafi przygotować wydarzenie światowej rangi. Ukraińcy pokazali profesjonalnie przygotowane projekty odbudowy. Europejskie firmy zaczęły liczyć przyszłe kontrakty.

A internet nadal liczył ordery.

W międzyczasie okazało się, że Europa ma jeszcze jeden problem. Upały. Francuskie szpitale zaczynają pękać w szwach. IMGW ostrzega przed temperaturami, które jeszcze kilka lat temu oglądaliśmy wyłącznie na mapach Hiszpanii. Klimat przestał czytać komentarze polityczne i z właściwą sobie arogancją robi swoje.

Polska oczywiście reaguje po swojemu. Jedni kupują klimatyzatory. Drudzy publikują zdjęcia termometrów. Trzeci przekonują, że kiedyś też było gorąco, tylko ludzie byli twardsi. Jak zwykle najbardziej odporni okazują się ci, którzy siedzą w klimatyzowanych studiach telewizyjnych i tłumaczą reszcie społeczeństwa, jak należy znosić upał.

Świat gospodarczy także nie próżnował. Program SAFE sprawił, że polski przemysł obronny zaczął notować rekordowe zamówienia. To jedna z tych wiadomości, które brzmią jednocześnie optymistycznie i ponuro. Dobrze, że polskie fabryki mają pracę. Szkoda tylko, że najlepszym klientem współczesnej Europy pozostaje wojna.

Tymczasem Volkswagen zastanawia się nad losem setek tysięcy miejsc pracy, światowe koncerny szukają nowego modelu funkcjonowania, a Wielka Brytania świętuje dziesiątą rocznicę brexitu.

Świętuje to zresztą słowo przesadne.

Brexit miał być wielkim odzyskaniem kontroli. Brytyjczycy mieli znów samodzielnie pisać własną historię. Dzisiaj coraz bardziej przypomina człowieka, który sprzedał dach, żeby kupić większy parasol. Formalnie wszystko się zgadza. Tylko podczas pierwszej ulewy zaczynają się pojawiać pytania.

Rozpad tradycyjnych partii, radykalizacja debaty, kryzys zaufania do instytucji, spory o migrację – oto rachunek wystawiony po dekadzie politycznego romantyzmu. Europa powinna patrzeć na Londyn jak na laboratorium, nie jak na wzór.

A Polska?

My jak zwykle żyjemy równocześnie w dwóch epokach. Jedną nogą stoimy w centrum geopolitycznej przebudowy Europy. Drugą tkwimy po kolana w okopach własnych historycznych sporów. Potrafimy organizować konferencje dla całego świata, a jednocześnie zachowywać się tak, jakby najważniejszym pytaniem XXI wieku było to, kto kogo bardziej obraził osiemdziesiąt lat temu lub osiem godzin wcześniej.

Może właśnie dlatego tak trudno nam wykorzystać własne sukcesy. Potrafimy zbudować scenę. Nie umiemy zejść z niej w odpowiednim momencie.

Na szczęście zaczyna się weekend. Temperatura przekroczy trzydzieści stopni. Eksperci radzą unikać słońca między południem a wieczorem, pić dużo wody i nie podejmować niepotrzebnego wysiłku.

Mam wrażenie, że ta ostatnia rada powinna obowiązywać również znaczną część klasy politycznej.

Zwłaszcza tej, która od poniedziałku znowu będzie usiłowała przekonać nas, że przyszłość Polski zależy od kolejnego symbolicznego gestu.

Historia tymczasem, jak zwykle, nawet tego nie zauważy.


  1. Wanda Żmudzińska

    Smutne i prawdziwe!
    Polacy nie tylko nie potrafią wykorzystać swoich sukcesów, ale też nie umieją się z nich cieszyć!
    Wanda żmudzińska.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights