
Wołodymyr Zełenski wracał z Waszyngtonu, zatrzymał się w Lublinie i spotkał z Donaldem Tuskiem. Rozmowa trwała około godziny, odbyła się bez udziału mediów i zakończyła tradycyjnym sukcesem dyplomatycznym, czyli dwoma wpisami w internecie, kilkoma fotografiami oraz przekonaniem komentatorów, że najważniejsze rzeczy wydarzyły się za drzwiami, których nikt nie otworzył.
Tusk poinformował, że rozmawiano o wynikach wizyty Zełenskiego w USA, polskich inwestycjach w Ukrainie, współpracy antybalistycznej i dalszym wsparciu walki z rosyjskim agresorem. Zełenski dodał obronę miast, dialog historyczny oraz bezpieczeństwo Ukraińców przebywających w Polsce. Tak przebieg i tematykę spotkania podsumowały TVN24 i „Rzeczpospolita”.
Było więc wszystko: Trump, rakiety, inwestycje, historia, bezpieczeństwo i Europa. Zabrakło jedynie pogody oraz krótkiej rozmowy o jakości dróg powiatowych, ale na to prawdopodobnie potrzeba osobnego szczytu.
Spotkanie miało znaczenie większe niż wynikałoby z oficjalnych komunikatów. Była to pierwsza wizyta Zełenskiego w Polsce po kryzysie wywołanym nadaniem ukraińskiej jednostce imienia „Bohaterów UPA”. Przez pewien czas ukraiński prezydent omijał Polskę i korzystał z lotniska w Kiszyniowie, co dyplomacja opisywała spokojnie, natomiast media przedstawiały jak kryzys małżeński połączony ze zmianą biura podróży. Ukraińska Prawda również podkreśliła, że była to pierwsza wizyta po historycznym sporze.
Teraz Zełenski wrócił przez Lublin. Wiceministra Magdalena Sobkowiak-Czarnecka oceniła, że relacje „zaczynają wracać do normy”. To wiadomość uspokajająca, choć norma w stosunkach polsko-ukraińskich jest pojęciem ruchomym. Obejmuje braterstwo, pretensje, dostawy broni, spór o zboże, wdzięczność, UPA, wspólnego wroga oraz okresowe obrażanie się za pośrednictwem rzeczników prasowych.
Polska i Ukraina przypominają sąsiadów, którzy wspólnie gaszą płonący dom, lecz w przerwach nadal spierają się o przebieg płotu sprzed osiemdziesięciu lat.
Płonący dom pozostaje jednak najważniejszy.
Zełenski przywiózł z Waszyngtonu informacje o rozmowach dotyczących obrony przeciwrakietowej. Ukraina potrzebuje pocisków przechwytujących i systemów Patriot, ponieważ rosyjska polityka zagraniczna nadal opiera się na przekonaniu, że najlepszym argumentem w dyskusji jest rakieta balistyczna. Tusk rozumie, że pocisk zestrzelony nad Ukrainą jest znacznie korzystniejszy od pocisku, którego tor lotu analizujemy już nad polską granicą.
W tym punkcie dyplomacja staje się prosta. Bezpieczeństwo Ukrainy naprawdę wpływa na bezpieczeństwo Polski. Nie jest to sentyment, romantyzm ani dobroczynność. Jest to geografia, a geografii nie da się zawetować, obrazić ani skierować do Trybunału Konstytucyjnego.
Najbardziej gorzki temat dotyczył bezpieczeństwa Ukraińców w Polsce. Po pobiciu ukraińskiej pary we Wrocławiu oraz ataku słownym na nastolatki w Bielsku-Białej Zełenski przypomniał, że ludzie uciekający przed wojną powinni czuć się u nas bezpiecznie. Interia opisała jego wypowiedź w kontekście ostatnich napaści.
Jest to wymaganie tak podstawowe, że aż wstyd urządzać wokół niego debatę. Człowiek uciekający przed rosyjską bombą nie powinien w Polsce trafiać pod pięści rodzimego patrioty, który obronę ojczyzny rozpoczął po alkoholu od bicia kobiety i mężczyzny na ulicy.
Politycy prawicy przez miesiące przekonywali, że jedynie „zadają pytania” o Ukrainę. Pytania okazały się wyjątkowo ciężkie, skoro niektórzy zaczęli odpowiadać na nie rękami.
Nie oznacza to, że każdy krytyk Ukrainy odpowiada za uliczną przemoc. Oznacza natomiast, że język ma konsekwencje. Jeżeli codziennie produkuje się pogardę, nie należy później zachowywać zdumienia, że ktoś otworzył opakowanie i zastosował produkt zgodnie z instrukcją.
Tusk wybrał właściwy ton. Nie zamiatał sporów historycznych pod dywan, ale nie urządził też na schodach urzędu wojewódzkiego konkursu cierpień narodowych. Historia została wymieniona jako temat dialogu, Rosja jako agresor, bezpieczeństwo jako interes obu państw, a przemoc wobec Ukraińców jako problem, nie zaś jako zrozumiała reakcja „zaniepokojonych obywateli”.
To niewiele. W dzisiejszej polityce niewiele bywa jednak osiągnięciem wybitnym.
Spotkanie w Lublinie nie rozwiązało sporów o Wołyń, pamięć UPA, ekshumacje, handel ani przyszłe członkostwo Ukrainy w Unii. Nie wyprodukowało też rakiet Patriot ani nie zreformowało polskiej obrony powietrznej. Pokazało natomiast, że Warszawa i Kijów potrafią rozmawiać bez obrażania się, omijania lotnisk i organizowania historycznej licytacji przed kamerami.
Dyplomacja nie polega na tym, że dwa państwa nagle przestają mieć problemy. Polega na tym, że omawiają je przy stole, zanim zaczną komunikować się objazdem przez Kiszyniów.
Zełenski odleciał, Tusk opublikował wpis, komentatorzy ocenili temperaturę uścisku dłoni, a prawica zapewne wkrótce ustali, czy premier sprzedał Ukrainie Polskę w całości, czy jedynie w pakiecie inwestycyjnym z obroną antybalistyczną.
Najważniejsze, że przez jedną godzinę polska i ukraińska polityka zachowywały się rozsądnie.
To może niewiele.
Ale po ostatnich tygodniach należałoby ten moment zabezpieczyć, wpisać do rejestru zabytków i pilnować całodobowo.
W naszej części Europy pokój zaczyna się bowiem nie od wielkich deklaracji, lecz od tego, że sąsiedzi przestają się obrażać na lotniska i ponownie przypominają sobie, kto naprawdę do nich strzela.

Dodaj komentarz