TUSK, ŻARTOWNIŚ I TRZEJ MUSZKIETEROWIE KOALICJI. KOMEDIA W CZTERECH AKTACH I JEDNEJ ŁÓDCE

Warszawa

Donald Tusk wraca na scenę polityczną po raz sto pięćdziesiąty siódmy. Z tą samą miną: półuśmiech, półironia, pełna kontrola. W jego oczach wciąż tli się ogień. Oczywiście nie rewolucji – raczej dobrze rozpisanego planu PR-owego. Tusk żartuje, Tusk wije się jak piskorz, ale kiedy trzeba – potrafi przywalić polityczną szablą prosto w punkt. I właśnie wtedy przypomina się, że choć bywa śmieszny, to nigdy nie jest śmieszny przypadkiem.

Obok niego – Hołownia. Znany też jako Głownia, bo kiedy już się zapali, to płonie pięknie, ale i krótko. Gdy trzeba powiedzieć coś konkretnego – znika. Gdy trzeba kogoś wesprzeć – tonie w bon motach. Zasłynął jako marszałek, który z mównicy Sejmu uczynił TEDx, ale z ustaw uczynił déjà vu. Człowiek w stylu: „Nie wiem, co sądzę, ale zaraz to powiem”. Zawsze gotów do dialogu – nawet z własnym cieniem.

Dalej Kosiniak-Kamysz, nasz koalicyjny delfin – pływak długodystansowy między morzem chłopskiego betonu a oceanem liberalnej abstrakcji. Styl klasyczny, ręce wiosłują, głowa nad wodą, czasem nawet wystaje jakiś pomysł. Jego obecność w koalicji przypomina wiejski stół weselny – wszystko tu jest: bigos, flaki, szynka, a nad tym wisi dekoracyjna kiełbasa „na wszelki wypadek”. Kosiniak zawsze w gotowości, zawsze umiarkowany – jak herbata z trzeciego parzenia.

A na burcie szalupy lewica – smutna, zziębnięta i mokra. Trochę w środku, trochę poza. Zamiast pagaja – manifest. Zamiast celu – deklaracja. Czarzasty robi miny, Razem się rozłazi, a Biejat liczy, ilu jeszcze zostało przy życiu. Lewica w tej koalicji przypomina stare radio – niby gra, ale szumi.

Wszyscy twierdzą, że płyną w jednym kierunku. Tylko mapa jakby z IKEA, a kompas z Biedronki. Wiosła trzeszczą, sternik się uśmiecha, a każdy marynarz śpiewa inną szantę. I tylko Tusk, jak zwykle, wie, że dopłynie – nawet jeśli reszta skończy w krzakach.

Po drugiej stronie mamy prawicę. Ale jaką! Braun – Szaman Sejmu, prorok pandemii, bicz szczepionek i duszpasterz ciemności. Porusza się jak lunatyk po planie filmowym Tarkowskiego. Krzyczy, choć nikt nie pyta. Gdyby nie był posłem, mógłby być bohaterem escape roomu.

Mentzen – gładki, wypolerowany jak felga w BMW z 1996 roku. Spokojny, racjonalny, tylko że jakby trochę z innej planszy. Zbiera młodych, którzy nienawidzą podatków, państwa i wszystkiego oprócz siebie. Taki polski libertarianin, ale z fakturą na chaos.

Bosak – niby człowiek, niby rozsądny, ale tylko do momentu, gdy nie zacznie mówić. Wtedy okazuje się, że każdy jego przemyślany sąd kończy się hasłem z XIX wieku. Medialny, giętki, ale trzymający się mocno sztancy „narodowej powagi”.

No i Jarosław Kaczyński – wciąż tam, choć już trochę jak duch z piwnicy. Czasem się pojawi, czasem przemówi, czasem przestawi pionki na szachownicy. Ale nie zapominajmy: to partia, która od lat gra na emocjach, nie na faktach. Tam każdy złodziej jest patriotą, a każda zdrada – koniecznością narodową. Kiedyś zamieniali wodę w beton, teraz próbują z gówna ulepić świecę dymną.

Dziś PiS wyrusza na długi marsz. Kaczyński, z kanapką w jednej ręce i tablicą Mendelejewa w drugiej, objeżdża kraj, klepie po plecach wyznawców i zapowiada budowę nowej wersji partii – tej samej, ale jeszcze bardziej. Wrogowie są wybrani: Konfederacja, Unia Europejska, profesor Zoll, Merz, imigranci, Niemcy, Tuska oczywiście też nie zabrakło. Braun ma być wypchnięty jak ruska propaganda z Twittera, Mentzen ma zostać przyciśnięty Deklaracją Polską, a wyborcy mają usłyszeć, że to PiS jedyny broni granic – najlepiej tych zachodnich, przed wyimaginowanym najazdem rowerzystów z Berlina.

To nie kampania – to rekonstrukcja mitu. PiS nie szykuje się jeszcze na wybory, PiS szykuje się na zmartwychwstanie. Ze starej skóry ma się wyłonić nowa bestia – młodsza, zwinniejsza, bardziej radykalna. A nad tym wszystkim unosi się duch mesjasza z Żoliborza, który już nie tylko mówi, że jest najważniejszy, ale i że jego prezydent będzie narzędziem zemsty.

Bo już w środę na urzędzie usiądzie wyjątkowy idiota, kibol, nacjonalista, sutener i kłamca. Karol Nawrocki. Człowiek z misją: zniszczyć Tuska. Oficjalnie – prezydent Rzeczypospolitej. W praktyce – pałkarz Kaczyńskiego z immunitetem.

I tak oto trwa ta nasza polityczna tragifarsa. A na koniec, jak zwykle, zostanie Tusk. Z kawą, z tweetem i z kolejnym planem. Bo ktoś musi posprzątać po cyrku.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights