
Mija rok od rekonstrukcji rządu Donalda Tuska, więc nadszedł czas obowiązkowego badania okresowego. Rząd rozebrał się do sondaży, wszedł na wagę i usłyszał diagnozę:
— Ogólnie pacjent stabilny. Ciśnienie społeczne podwyższone. Energetyka pracuje prawidłowo. Gospodarka ma kalkulator. Aktywa państwowe odzyskały puls. Rolnictwo cierpi na nadmiar konferencji. Ministerstwo Zdrowia wymaga pilnej hospitalizacji.
Najzdrowszy pozostaje premier.
Donald Tusk jest w Koalicji Obywatelskiej silny jak zawsze, a samotny jak człowiek, który na imprezie firmowej odkrył, że wszyscy są jego podwładnymi. Nikt nie podważa jego pozycji. Nikt nie buduje frakcji. Nikt nie zbiera szabel, harcerzy ani maślarzy. W PiS jest obecnie dwóch przywódców za dużo. W KO — jeden, ale za to taki, któremu coraz trudniej znaleźć człowieka gotowego powiedzieć:
— Donald, to może nie być najlepszy pomysł.
Dawniej Tusk miał Schetynę, Drzewieckiego, Grabarczyka, frakcje, spółdzielnie, dwory i ludzi, z którymi można było pokłócić się o władzę przy winie. Dzisiaj ma laptop.
Siada za nim przed posiedzeniem rządu, wygłasza kilka zdań, media cytują, ministrowie notują, a koalicja dowiaduje się, co właściwie myśli. Laptop został więc najważniejszym organem kolegialnym państwa. Nie zgłasza zastrzeżeń, nie przecieka do dziennikarzy i nigdy nie pyta o miejsce na liście.
Ostatnio premier wziął się za zarobki lekarzy. Maksymalnie 76,8 tysiąca złotych brutto miesięcznie przy pracy odpowiadającej dwóm etatom.
— Biedy nie ma! — oznajmił.
To prawda. Przy 76,8 tysiąca bieda rzeczywiście nie występuje. Bieda stoi przed gabinetem i próbuje się zapisać na przyszły marzec.
Problem polega na tym, że ochrona zdrowia nie jest chora wyłącznie na wysokie wynagrodzenia. Cierpi także na brak pieniędzy, lekarzy, koordynacji, terminów, odpowiedzialności i przekonania pacjenta, że dożyje konsultacji. Samo ograniczenie kominów płacowych może być rozsądne, ale nie wyleczy systemu, podobnie jak zakaz drogiego parkowania nie naprawi samochodu bez silnika.
Eksperyment z eksperckim Ministerstwem Zdrowia miał odpolitycznić resort. Udało się połowicznie: ministerstwo zniknęło politycznie, natomiast problemy zostały. Gdy wybuchł kryzys wokół Szpitala Południowego, Tusk musiał zostać premierem, ministrem zdrowia, rzecznikiem resortu i ordynatorem własnego zaplecza.
Jolanta Sobierańska-Grenda miała uzdrawiać system bez politycznych awantur. Tymczasem po roku politycy KO są niezadowoleni, eksperci mówią o narastającej zapaści, a pacjenci nadal wykonują najbardziej popularne badanie diagnostyczne w Polsce: sprawdzają w internecie, czy prywatnie będzie szybciej.
W pozostałych resortach bilans jest mniej ponury.

Andrzej Domański kieruje finansami i rozwojem, czyli jednocześnie wymyśla marzenia oraz pyta, ile kosztują. Każdy pomysł gospodarczy przychodzi do niego jako ambitny program, a wychodzi z kalkulatorem, harmonogramem i lekkim poczuciem winy.
Ma osiągnięcia: nową dyplomację gospodarczą, Team Poland, większą obecność w Europejskiej Agencji Kosmicznej i plan jej centrum w Warszawie. Polska gospodarka sięga więc gwiazd, ale wcześniej musi uzyskać kontrasygnatę ministra finansów.
Wojciech Balczun zbiera dobre recenzje w aktywach państwowych. Gasi pożary, porządkuje spółki i dużo mówi o krajowym udziale w wielkich inwestycjach. Krytycy zarzucają mu, że się lansuje. Jest to osobliwy zarzut wobec polityka. Równie dobrze można oskarżyć rybę, że nadmiernie eksponuje kontakt z wodą.
Balczun przynajmniej lansuje również to, co robi. W polskiej administracji jest to postęp. Zwykle minister albo niczego nie robi i o tym mówi, albo coś robi i natychmiast chowa przed wyborcami.
Najlepiej w rocznym przeglądzie wypada Miłosz Motyka. Ministerstwo Energii posuwa naprzód atom, przygotowuje strategie i unika regularnego wybuchania w mediach. Jedynym drobnym problemem jest to, że nie odpowiada za odnawialne źródła energii.
Mamy zatem Ministerstwo Energii bez części energii. To jak Ministerstwo Transportu bez dróg albo Ministerstwo Zdrowia bez zdrowia. Chociaż ten ostatni model już testujemy.
Minister rolnictwa Stefan Krajewski zbiera oceny mieszane. Chwalą go za sprzeciw wobec Mercosuru i stanowisko w sprawie ukraińskiego zboża, ale krytykują za nadmiar PR-u i spotkań z kołami gospodyń wiejskich. Koła gospodyń są jednak bezpiecznym środowiskiem politycznym. Podają ciasto, nie pytają o deficyt, a po spotkaniu można ogłosić, że odbył się dialog z Polską lokalną.
Największym zagrożeniem dla rządu nie jest jednak zły minister, lecz puste pole.
Polska polityka uwielbia inwestycje, których jeszcze nie widać. Są największe w Europie, strategiczne dla pokoleń i przełomowe dla gospodarki. Na miejscu stoi tablica, mikrofon oraz człowiek tłumaczący, że zasadnicza część przedsięwzięcia znajduje się obecnie w fazie przygotowania fazy przygotowawczej.
Morawiecki zostawił po sobie słynną stępkę promu, przy której przemawiano tak długo, że statek zdążyłby opłynąć świat, gdyby tylko istniał. Tusk musi uważać, żeby jego atom, mieszkania, Port Polska i wielkie inwestycje nie popłynęły tą samą trasą: od zapowiedzi do prezentacji, a następnie prosto do archiwum.
Wyborca jest cierpliwy, ale ma nieprzyjemny zwyczaj jeżdżenia na miejsce. Chce zobaczyć tory, reaktor, mieszkanie, fabrykę albo przynajmniej robotnika, który nie został wynajęty wyłącznie na czas konferencji.
Jesienią premier ma podobno przygotować nowe otwarcie. Rozważane są zmiany podatkowe, wyższa kwota wolna, przesunięcie drugiego progu i być może kolejna rekonstrukcja. Rekonstrukcja rządu przypomina jednak remont mieszkania: przez pierwszy tydzień człowiek cieszy się nowym kolorem ścian, a potem zauważa, że kran nadal cieknie.
Tusk nie potrzebuje dziś kolejnego zestawu nowych twarzy ustawionych za mównicą. Potrzebuje ludzi, którzy wezmą odpowiedzialność za własne resorty, pokażą wyniki i czasem odważą się nie zgodzić z premierem.
Bo samotność przywódcy brzmi romantycznie wyłącznie w biografii. W państwie oznacza, że wszystkie sukcesy należą do wodza, wszystkie porażki także, a ministrowie zaczynają przypominać aplikacje w jego telefonie: można je przesuwać, aktualizować i usuwać, lecz żadna nie powie właścicielowi, że jedzie w złym kierunku.
Na piątkowy poranek bilans jest więc całkiem prosty.
Energetyka ma prąd. Aktywa mają puls. Gospodarka ma kalkulator. Rolnictwo ma dożynki. Ochrona zdrowia ma gorączkę. Koalicja ma Tuska.
A Tusk ma wszystkich. Problem zacznie się dopiero wtedy, gdy wszyscy będą mieli wyłącznie Tuska.
Rok po rekonstrukcji premier nadal mocno trzyma kierownicę. Nie chodzi o to, żeby ktoś mu ją wyrywał. Wystarczyłby pasażer, który od czasu do czasu spojrzy przez szybę i powie:
— Panie premierze, właśnie minęliśmy szpital. I chyba to nie był objazd.

Dodaj komentarz