TUSK NA WESTERPLATTE ZROBIŁ RZECZ SZOKUJĄCĄ: MÓWIŁ O WOJNIE

Warszawa

Rano pisałem o wystąpieniu Karola Nawrockiego na Westerplatte. Prezydent miał przed sobą miejsce, datę, groby, 87 lat historii i możliwość powiedzenia kilku zdań, których nikt rozsądny nie musiałby kwestionować. Wytrzymał nawet przez chwilę. Potem jednak pojawili się Niemcy, reparacje, „niemieckie stronnictwa w Polsce”, politycy wychowani przez niemieckie fundacje i cały dobrze znany repertuar prawicowego teatru patriotycznego.

Kilka minut później w tym samym miejscu przemawiał Donald Tusk i zrobił rzecz, która przy obecnym stanie polskiej polityki zaczyna uchodzić za ekstrawagancję: mówił o II wojnie światowej podczas obchodów wybuchu II wojny światowej.

Nie tropił niemieckich agentów w Warszawie, nie zastanawiał się, kto dostał stypendium której fundacji i nie sprawdzał, czy przypadkiem jakiś historyk nie zna niemieckiego. Powiedział, że za katastrofę 1939 roku odpowiadały hitlerowskie Niemcy i sowiecka Rosja. Bez „ale”, bez mrugania do elektoratu, bez partyjnego dopisku małym drukiem.

Nuda.

Dalej było jeszcze gorzej. Tusk uznał, że skoro stoimy na Westerplatte, to warto zastanowić się, dlaczego Polska w 1939 roku przegrała, zamiast ograniczać się do kolejnej porcji narodowego samozachwytu nad tym, jak pięknie przegrywaliśmy.

Powiedział rzecz prostą: nawet gdyby obrońców Westerplatte było dziesięć, sto czy tysiąc razy więcej, nie zmieniłoby to losów kampanii, ponieważ Polska została praktycznie sama, a zachodni świat wcześniej pozwolił Hitlerowi sprawdzać, jak daleko może się posunąć. Najpierw Austria. Potem Czechosłowacja. Potem uspokajanie się nawzajem, że może już wystarczy.

Brzmi znajomo?

Tusk przypomniał dawne argumenty: „to tylko Czechy”, „nie będziemy umierali za Gdańsk”, nie prowokujmy agresora, może się zatrzyma. I zrobił rzecz dla prawicy wyjątkowo irytującą — przeszedł od historii do Ukrainy bez konieczności oskarżenia Donalda Tuska o zdradę narodową.

Rosja napadła na Ukrainę. Rosja jest agresorem. Ukraina jest ofiarą. Jeśli Zachód uzna, że łatwiej będzie Putina udobruchać kawałkiem Ukrainy, może któregoś dnia odkryć, że Putinowi nadal czegoś brakuje.

Naprawdę trudno znaleźć w tym myśl skomplikowaną.

A jednak znaczna część europejskiej i amerykańskiej polityki od kilku lat wkłada ogromny wysiłek intelektualny w jej komplikowanie.

Tusk powiedział więc: „Jeśli dziś powiemy: to tylko Ukraina, to ktoś za kilka miesięcy, za rok lub dwa powie: to tylko Polska”.

I tu kończy się zabawa.

Bo dokładnie o tym powinna być rocznica 1 września. Nie o tym, którego współczesnego polityka można przy okazji nazwać niemieckim, rosyjskim, brukselskim albo innym agentem. Westerplatte nie potrzebuje partyjnego komentarza. Westerplatte ma dostatecznie mocny komentarz własny.

Premier mówił też, że Polska nie może ponownie liczyć na bohaterstwo samotnych żołnierzy, tylko na własną siłę oraz realne sojusze. „Nie na zaklęcia, nie na mity” — powiedział.

To sformułowanie jest dla polskiej polityki wręcz wywrotowe. Bez zaklęć? Bez mitów? A czym wtedy zapełnimy Republikę między 18.00 a północą?

Tusk ostrzegał, że najbliższa jesień i zima mogą mieć zasadnicze znaczenie dla Ukrainy, a więc również dla bezpieczeństwa Polski. Wspomniał o rosyjskich aktach sabotażu w Polsce i innych krajach Europy, o podpaleniach, dronach i prowokacjach. Innymi słowy zwrócił uwagę, że Rosja już prowadzi wobec Europy działania, które trudno uznać za wyrazy serdecznej przyjaźni.

Można się oczywiście z Tuskiem spierać. Można pytać, czy Europa robi wystarczająco dużo, czy Polska jest dostatecznie przygotowana, czy Zachód nie przespał poprzednich lat i czy sam premier zawsze był równie przenikliwy wobec Rosji. Polityk nie staje się nieomylny tylko dlatego, że akurat wygłosił rozsądne przemówienie.

Ale różnica między dwoma wystąpieniami na Westerplatte była dość wyraźna. Nawrocki patrzył na rok 1939 i zobaczył dzisiejszą Platformę. Tusk spojrzał na rok 1939 i zobaczył dzisiejszą Ukrainę.

Każdy widzi to, czym żyje.

Jeszcze ciekawiej zrobiło się kilkaset kilometrów dalej, w Wieluniu, gdzie przemawiał Włodzimierz Czarzasty. Przyznaję, że człowiek nie rozpoczyna 1 września z oczekiwaniem, iż właśnie Czarzasty dostarczy mu materiału do refleksji historycznej. Życie bywa jednak pełne niespodzianek.

Marszałek Sejmu przypomniał, że niemieckie bomby spadły na miasto bez znaczenia militarnego, na domy, ulice i szpital. Pierwszymi ofiarami wojny byli zwykli ludzie, którzy kilka minut wcześniej mieli swoje plany na następny dzień.

A potem powiedział coś, co powinno zostać przepisane większą czcionką części naszej klasy politycznej: „Pamięć o wojnie nie może służyć do karmienia nienawiści”.

Karol Nawrocki nie był obecny, więc nie wiadomo, czy ktoś mu przekaże.

Czarzasty mówił, że pamięć ma pozwalać „nie pomylić agresora z ofiarą, siły z prawem, populizmu z prawdą”. Przypomniał też rzecz szczególnie niebezpieczną dla tych, którzy od rana do wieczora straszą Unią Europejską: państwa należące do tej wspólnoty nie prowadzą między sobą wojen.

Polska i Niemcy są dziś sojusznikami. Niemcy są naszym największym partnerem handlowym. Nie oznacza to ani zapomnienia 1939 roku, ani rezygnacji z historycznej prawdy. Można pamiętać, kto napadł, mordował i niszczył, a jednocześnie zauważyć, że 87 lat później dobrze jest mieć po zachodniej stronie granicy partnera handlowego i sojusznika zamiast Wehrmachtu.

Nie wiem, dlaczego ta myśl sprawia niektórym aż takie trudności.

Czarzasty mówił również o Ukrainie. Przestrzegał przed ludźmi, którzy proponują zostawić ją samą albo wykorzystać jej ciężką sytuację do wymuszania ustępstw. „Historia ich osądzi” — powiedział.

Tu marszałek trochę przesadził z optymizmem.

Historia rzeczywiście osądza, ale najczęściej długo po tym, kiedy osądzani pobrali już wszystkie diety, napisali wspomnienia i wystąpili w telewizji jako eksperci od własnych błędów.

Na koniec Czarzasty powiedział, że najlepszym pomnikiem dla ofiar wojny będzie Polska „bezpieczna, silna, mądra i bez nienawiści”.

I tak oto 1 września 2026 roku Włodzimierz Czarzasty wystąpił w roli polityka umiarkowanego, Donald Tusk mówił o realnym zagrożeniu ze strony Rosji, a Karol Nawrocki od świtu tropił niemieckie stronnictwa w Polsce.

Gdyby ktoś opowiedział ten zestaw trzydzieści lat temu, uznano by, że przesadza z satyrą. Nie przesadza. To tylko wtorek rano.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights