TUSK NA POKŁADZIE, RESZTA ZA BURTĄ: REKONSTRUKCJA, CZYLI GRUPA WSPARCIA DLA POLITYKÓW Z KRYZYSEM TOŻSAMOŚCI

Warszawa

W polskiej polityce dzieją się rzeczy wielkie. Wielkie jak ego Szymona Hołowni, jak ambicje Radosława Sikorskiego i jak liczba nieprzeczytanych e-maili w skrzynce rzecznika PSL. W samym środku tej rozdygotanej układanki siedzi Donald Tusk – zmęczony, może rozkojarzony, ale wciąż jedyny dorosły w tym politycznym przedszkolu, gdzie wszyscy się obrażają, biją łopatkami i rzucają sobie nawzajem kaszanką z sejmowej stołówki.

Tusk to dziś trochę taki stary kapitan, który próbuje sterować dziurawym promem przez burzę – statek trzeszczy, załoga się kłóci o ster, pasażerowie wrzeszczą, że chcą nowego DJ-a, a z górnego pokładu macha do nich Jarosław Kaczyński z ulotką „Z powrotem do przeszłości”. Czy premier jest wymienialny? Oczywiście. Jak każdy kierowca autobusu. Problem w tym, że nikt nie chce usiąść za kierownicą, bo autobus jedzie w stronę przepaści, a połowa pasażerów właśnie podpala opony.

Ale nie zrzucajmy całej winy na Donalda. On przynajmniej wie, co się dzieje. Co innego jego otoczenie, które traktuje rząd jak rodzinny biznes z zagubioną księgowością. Rekonstrukcja? Pewnie. Ale wygląda raczej jak wiosenne porządki u cioci Grażyny – wszystko się przesuwa, ale nikt nie wie po co.

Radosław Sikorski, o którym w Platformie szeptem mówi się jako o możliwym następcy Tuska, to człowiek z klasą, obyciem i znajomością więcej niż jednej książki. Ale też z ego wielkości Nowego Jorku i ambicjami, które mogłyby zasilić elektrownię atomową. Sikorski to polityczny luksusowy jacht – szybki, efektowny i absolutnie nieprzewidywalny. Potrafi błyszczeć w Davos, a dzień później zatopić własną reputację wypowiedzią, po której dziennikarze chowają się pod biurko. Lista jego „słynnych” komentarzy spokojnie mogłaby zająć osobny akapit w podręczniku pt. „Jak samemu sobie podciąć skrzydła”.

A Hołownia? Hołownia nie tyle uprawia politykę, co ją cosplayuje. Z gracją gospodarza porannego programu opowiada o moralnych dylematach, po czym głosuje z PiS i Konfederacją, bo „trzeba być elastycznym”. Polska 2050 dryfuje w sondażach pod progiem, ale lider wciąż trzyma głowę wysoko – w chmurach, konkretnie w chmurze Google’a, gdzie przechowuje swoje niespełnione ambicje i własny podcast.

Koalicjanci Tuska grają w różne gry na tym samym boisku. PSL codziennie budzi się z przekonaniem, że najważniejszy temat to nawozy. Lewica urządziła sobie coś w rodzaju opery mydlanej, w której głównymi postaciami są dymisje, urażone ego i poczucie, że są bardziej postępowi niż ich własny elektorat. Nowa Lewica przypomina kota na oknie – niby patrzy, niby uczestniczy, ale właściwie tylko leży i czasem się przeciąga.

Z pałacu prezydenckiego wyjechał właśnie Andrzej Duda – zostawiając po sobie m.in. ułaskawienie Roberta Bąkiewicza, czyli politycznego odpowiednika rzucenia petardy do szklarni i nazwania tego „gestem pojednania”. Na jego miejsce z impetem wszedł Karol Nawrocki. I nie było to wejście dżentelmena z konstytucją pod pachą, tylko raczej najazd Hunów z mikrofonem. Nowy prezydent nie owija w bawełnę: rząd ma upaść, winien jest Tusk, a Polska odzyska sens dopiero wtedy, gdy władzę przejmie Jarosław Kaczyński w wersji „znowu my, ale bardziej”.

Nawrocki od razu zapowiedział, że nie będzie notariuszem, tylko aktywnym przeciwnikiem obecnego rządu. Czyli tak naprawdę – kolejnym politykiem PiS, tyle że z lepszym garniturem i bez konieczności jeżdżenia z torbą na Nowogrodzką. To nie współpraca, to oblężenie – z Pałacu Prezydenckiego jako nowej katapulty.

Na tym tle Tusk jawi się jako ostatni realista. Tak, może czasem sprawia wrażenie, że rządzenie to dla niego wakacyjna fucha. Może przespał kilka ustaw, może za bardzo ufał Millerowi, a za mało własnemu przeczuciu. Ale wciąż jako jedyny potrafi połączyć kropki i powiedzieć coś, co ma sens – bez uciekania się do postpolitycznego teatrzyku albo memicznej groteski.

Rekonstrukcja rządu, jeśli ma mieć jakikolwiek sens, musi pokazać, że ktoś jeszcze tu rządzi – a nie tylko przetasowuje ludzi w gabinecie jak figurki z Happy Meala. Jeśli Tusk wymieni kilku ministrów tylko po to, by media miały temat na jeden cykl, to znaczy, że przegrał. Ale jeśli potraktuje to jako reset – nie PR-owy, tylko faktyczny – to jeszcze może odzyskać zaufanie tych, którzy w 2023 roku uznali go za ostatnią deskę ratunku.

Reszta? Niech dalej kręci vlogi, obraża się wzajemnie i udziela wywiadów o „nowym otwarciu”, nie zauważając, że drzwi już się dawno zatrzasnęły. W polityce nie chodzi o to, by dobrze wyglądać w konferencyjnym świetle, tylko o to, by jeszcze mieć światło. A to, póki co, trzyma Tusk.

I chociaż nie jest idealny, choć momentami zniknął z radarów, to jest jedynym, który wciąż siedzi za sterem i wie, co to za maszyna. Reszta mogłaby przynajmniej sprawdzić, gdzie jest hamulec. Albo chociaż przestać podpalać silnik.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights