TRZYDZIEŚCI TRZY PROCENT PANIKI

Warszawa

Poniedziałek zaczął się w polskim biznesie od wiadomości tak wstrząsającej, że w niejednym zarządzie kawa stanęła w gardle, a ekspres odmówił współpracy z przyczyn ideologicznych.

Prezydent Karol Nawrocki podpisał ustawę zwiększającą udział kobiet we władzach największych spółek giełdowych.

Podpisał, po czym wysłał ją do Trybunału Konstytucyjnego.

To charakterystyczny styl prezydencki: zapalić zielone światło, a następnie zgłosić do producenta zastrzeżenie, że kolor może naruszać wolność kierowcy.

Ustawa wejdzie w życie, bo skierowanie jej do Trybunału nie działa jak przycisk „pauza”. Spółki muszą się przygotować, zarządy zacząć szukać kandydatek, a członkowie rad nadzorczych powinni powoli oswajać się z myślą, że na posiedzeniu może pojawić się ktoś spoza kręgu kolegów, szwagrów i ludzi poznanych przy golonce na kongresie gospodarczym.

Karol Nawrocki został więc feministą mimo woli.

Nie pierwszym zresztą. Historia zna wielu konserwatystów, którzy popierali postęp pod warunkiem, że nikt ich o to nie posądzi.

Prezydent podpisał ustawę, lecz jednocześnie zapewnił prawicę, że ma poważne wątpliwości. To tak, jakby ksiądz pobłogosławił rozwód, a potem wyjaśnił wiernym, że uczynił to wyłącznie w celu zbadania trwałości małżeństwa.

Nowe przepisy wymagają, aby we władzach największych spółek giełdowych co najmniej 33 procent stanowiła płeć dotychczas niedostatecznie reprezentowana.

W Polsce jest nią, ku ogólnemu zaskoczeniu, kobieta.

Nie stary kolega z banku. Nie były minister. Nie człowiek, który „zna branżę”, ponieważ kiedyś przez trzy lata miał akcje Orlenu.

Kobieta.

W niejednej radzie nadzorczej rozpoczęła się więc operacja poszukiwawcza na skalę porównywalną z odnajdywaniem w PiS umiarkowanego konserwatysty.

— Czy znamy jakąś kobietę? — zapytał zapewne przewodniczący.

— Oczywiście — odpowiedział członek rady. — Panią Basię z sekretariatu.

— A inną?

Zapadła cisza, podczas której można było usłyszeć, jak na trzydziestym piętrze biurowca rośnie szklany sufit.

Okazuje się, że tylko trzynaście spośród stu trzynastu największych spółek spełniało dotychczas nowe wymagania. W WIG20 zaledwie trzy firmy miały co najmniej jedną trzecią kobiet w zarządach i radach nadzorczych. W samych zarządach udział kobiet wynosił nieco ponad czternaście procent.

Czternaście procent. 

Czyli mniej więcej tyle, ile wynosi udział mięsa w niektórych parówkach, choć producent nadal z dumą nazywa je mięsnymi.

Polski biznes od lat tłumaczył, że nie ma nic przeciwko kobietom. Po prostu jakoś się nie składało.

Kandydaci na członków zarządu pojawiali się z naturalnego naboru. Jeden znał prezesa ze studiów, drugi pracował kiedyś z jego szwagrem, trzeci był wybitnym specjalistą od uczestniczenia w tych samych konferencjach. Proces był całkowicie przejrzysty, pod warunkiem że nikt nie próbował przez niego patrzeć.

Kobiety tymczasem kończyły studia, robiły doktoraty, zarządzały zespołami, znały języki, podnosiły kwalifikacje, uczestniczyły w kursach przywództwa i cierpliwie czekały, aż panowie uznają je za wystarczająco doświadczone.

Panowie stawali się doświadczeni automatycznie. Wystarczyło, że odpowiednio długo siedzieli na fotelu.

Kobiety stanowią 58 procent studentów i aż 70 procent słuchaczy studiów podyplomowych. Na szczytach największych firm jest ich jednak mniej niż jedna piąta.

Oznacza to, że polski system edukacji działa jak bardzo kosztowna hodowla talentów, które następnie przechowujemy w magazynie, ponieważ na wystawie stoją już koledzy prezesa.

Przeciwnicy regulacji ostrzegają, że kwoty mogą obniżyć poziom kompetencji.

To niezwykle wzruszająca troska, szczególnie ze strony środowiska, które przez trzydzieści lat nie dostrzegało zagrożenia dla kompetencji, kiedy do rad nadzorczych trafiali byli politycy, znajomi ministrów, działacze partyjni, zaufani prezesi klubów sportowych i ludzie, których główną kwalifikacją było posiadanie numeru telefonu do właściwego człowieka.

Kompetencje są bowiem święte. Zaczynamy się o nie martwić dokładnie w chwili, gdy stanowisko może dostać ktoś inny.

Kiedy do zarządu wchodzi mężczyzna polecony przez przewodniczącego, jest to sukcesja menedżerska. Kiedy ma wejść kobieta z doświadczeniem, jest to niebezpieczny eksperyment społeczny.

Mężczyzna z przeciętnym życiorysem ma potencjał. Kobieta z trzema dyplomami musi jeszcze udowodnić, że nie jest kwotą. W polskiej korporacji mężczyzna awansuje, ponieważ rokuje. Kobieta — kiedy już od dawna wykonuje obowiązki osoby, na której stanowisko właśnie awansował mężczyzna.

Ustawa nie nakazuje zatrudniania przypadkowych kobiet złapanych pod biurowcem. Nie będzie tak, że do rady banku wejdzie pani, która pomyliła drzwi, przyszła odczytać licznik i została dyrektorką finansową, bo brakowało dwóch procent.

Spółki mają ustalić jasne kryteria, przejrzyste procedury i dokumentować decyzje.

To właśnie ten fragment może okazać się dla polskiego biznesu najbardziej rewolucyjny. Nie kobiety. Dokumentowanie decyzji.

Dotychczas wiele nominacji można było wyjaśnić jednym zdaniem: — Znam go.

Teraz trzeba będzie odpowiedzieć na pytania: skąd, dlaczego, jakie ma kwalifikacje i czy naprawdę potrzebujemy czwartego wiceprezesa do spraw koordynacji koordynacji.

Polityka równowagi płci zmusi spółki do przyjęcia zasad wyboru członków władz. Firmy będą musiały wykazać, że kandydatki są realnie brane pod uwagę, a proces nominacyjny nie polega na telefonie wykonanym w sobotę z pola golfowego.

W korporacjach zaczęto więc szukać kobiet na poziomie zwanym „C minus 1”. Brzmi to jak temperatura w pomieszczeniu, w którym zarząd trzyma potencjalne następczynie. C minus 1 oznacza osoby stojące tuż pod najwyższym szczeblem zarządzania. Są blisko zarządu, znają firmę, podejmują ważne decyzje, odpowiadają za wyniki, lecz nadal nie uczestniczą w podziale premii, ponieważ istnieje obawa, że mogłyby ją wydać nieracjonalnie, na przykład na kredyt mieszkaniowy albo dzieci.

Teraz część z nich trafi wyżej.

W wielu firmach rozpocznie się okres nerwowego studiowania schematów organizacyjnych.

— A ta dyrektorka od eksportu?

— Zwiększyła sprzedaż o trzydzieści procent.

— Nieźle. A czy gra w golfa?

— Nie.

— Szkoda. Kompetentna, ale trudna integracyjnie.

Firmy zapewniają, że odpowiednich kandydatek nie brakuje. Oczywiście, że nie brakuje. Brakowało jedynie okazji, by panowie je zauważyli zza własnych odbić w szybach sali konferencyjnej.

Nowe przepisy nie stworzą kobiet liderek. One już istnieją. Zarządzają przedsiębiorstwami, kierują finansami, produkcją, technologią i zespołami. Ustawa może jedynie utrudnić udawanie, że wszystkie odpowiednie kandydatki akurat wyszły po kawę.

W prawicowych środowiskach rozpoczął się zapewne dramat duchowy. Prezydent, który miał bronić tradycyjnego porządku, podpisał ustawę wprowadzającą kobiety do zarządów. Dziś 33 procent rady nadzorczej. Jutro kobieta sama wybierze samochód. Pojutrze przeczyta umowę kredytową przed podpisaniem, a potem cywilizacja upadnie, ponieważ na posiedzeniu zarządu ktoś zapyta, dlaczego firma kupiła jacht dla prezesa, skoro produkuje łożyska.

Przeciwnicy regulacji mówią o ingerencji w swobodę gospodarczą. Swoboda gospodarcza w polskim wydaniu polega najwyraźniej na tym, że właściciel powinien mieć nieskrępowane prawo zatrudnienia człowieka, którego zna, nawet jeśli nie zna człowieka, którego zatrudnia.

Nie ulega wątpliwości, że regulacja jest ingerencją. Państwo mówi firmom, jak mają kształtować organy. Unia wchodzi do sali zarządu, przesuwa krzesła i pyta, dlaczego wszystkie są zajęte przez panów o imieniu Piotr.

Ale czasami regulacja pojawia się dlatego, że trzy dekady dobrych chęci dały wynik czternastu procent.

Przez lata firmy przyjmowały miękkie zalecenia. Miały zwiększać różnorodność dobrowolnie, stopniowo, naturalnie i bez presji.

Naturalnie nic się nie wydarzyło.

Miękkie zalecenia w polskim biznesie mają skuteczność prośby skierowanej do kota, aby nie wchodził na stół. Kot wysłuchuje, mruga i siada na serze.

Dlatego pojawiły się przepisy twarde. Przedsiębiorcy nie powinni się jednak bać. Kobiety nie przyjdą do zarządów po to, aby odebrać mężczyznom wszystkie stanowiska. Tylko jedną trzecią. Pozostałe dwie trzecie nadal będzie można obsadzać całkowicie tradycyjnie: kolegą, kolegą kolegi oraz ekspertem, którego nikt nie zna, ale polecił go minister.

Być może większa konkurencja ograniczy także zarobki najwyższej kadry kierowniczej. Jest to prawdopodobnie najbardziej rewolucyjny i najbardziej przerażający element całej ustawy.

Panowie byli gotowi zaakceptować kobiety. Nie byli przygotowani, że kobiety mogą obniżyć cenę pana. Dotychczas top menedżer mógł powiedzieć:

— Tyle kosztują moje wyjątkowe kompetencje.

Teraz ktoś odpowie:

— Mamy równie kompetentną kandydatkę za mniej, ponieważ przez dwadzieścia lat rynek płacił jej mniej.

Tak oto dyskryminacja może wrócić do biznesu w charakterze rabatu hurtowego.

Prezydent podpisał ustawę, a następnie skierował ją do Trybunału, który działa dziś w tempie starannego dojrzewania sera pleśniowego. Oznacza to, że ustawa będzie obowiązywać, spółki zaczną ją wdrażać, kobiety wejdą do władz, a Trybunał być może kiedyś zbada sprawę, gdy połowa nowych członkiń rad będzie już pobierała emeryturę.

Nawrocki zachował więc wszystkie polityczne korzyści.

Kobietom może powiedzieć:

— Podpisałem.

Konserwatystom:

— Zaskarżyłem.

Przedsiębiorcom:

— Rozumiem obawy.

Unii:

— Wdrażam.

Trybunałowi:

— Kiedy będziecie mieli chwilę.

To nie decyzja. To bufet dyplomatyczny. Każdy bierze coś dla siebie i nikt nie pyta, kto zapłacił za salę.

W ten sposób rozpoczął się nowy tydzień. Prezydent został feministą, choć zachował paragon i rozważa zwrot. Zarządy zaczęły poszukiwać kobiet, które od lat pracują piętro niżej. Rady nadzorcze odkryły, że różnorodność nie oznacza czterech mężczyzn z czterech różnych banków. A polski biznes otrzymał wiadomość, że szklany sufit trzeba będzie wreszcie rozebrać.

Największy problem polega na tym, że nie wiadomo, kto się tym zajmie. Firma remontowa ma zarząd złożony z samych mężczyzn, ale podobno właśnie szuka kandydatki.

Poniedziałkową kawę można więc wypić spokojnie. Rewolucja zacznie się dopiero wtedy, gdy pierwsza nowa członkini zarządu poprosi o pokazanie faktur.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights