TRZY RADY DLA ZBYSZKA, CZYLI POŻEGNANIE W PAŁACU KRZYWEGO LUSTRA

Warszawa

Są w życiu publicznym takie chwile, podczas których człowiek przestaje się zastanawiać, czy państwo działa jeszcze poważnie, a zaczyna podejrzewać, że Polska została przejęta przez grupę aktorów objazdowego teatru absurdu. Patrzy człowiek na konferencję prasową w Sądzie Najwyższym, słucha tych wszystkich podniosłych słów o niezależności, odpowiedzialności i szacunku dla prawa, po czym nagle odkrywa, że całość przypomina bardziej pożegnanie kierowniczki sanatorium w Ciechocinku niż wydarzenie dotyczące jednej z najważniejszych instytucji państwa.

Małgorzata Manowska odchodziła ze stanowiska Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego jak kierowniczkia sanatorium, która właśnie kończy ostatni turnus dla zmęczonych aparatczyków państwa i postanowiła zostawić po sobie kilka złotych myśli wyhaftowanych mentalnie na makatce. Stała obok Zbigniewa Kapińskiego z tą charakterystyczną miną ludzi przekonanych, że uczestniczą w historycznej chwili dla Rzeczypospolitej, choć  dla patrzących z boku całość przypominała raczej walne zebranie spółdzielni mieszkaniowej „Temida” po awarii kanalizacji.

I wtedy padły te historyczne słowa: „Zbyszku, mam dla ciebie trzy rady”.

Kiedy to usłyszałem, przez chwilę byłem przekonany, że za moment rozpocznie się konkurs recytatorski sponsorowany przez Koło Gospodyń Praworządnych. Zabrakło tylko herbaty w szklankach i talerzyka z wafelkami.

Pierwsza rada była o szanowaniu prawa i stosowaniu go tak, jak zostało napisane.

To zawsze brzmi szczególnie wzruszająco w ustach ludzi, wokół których od lat toczy się spór o to, czy przypadkiem nie wyginali prawa jak aluminiowego widelca podczas majówki z politycznym cateringiem PiS. Człowiek słucha tych pouczeń o szacunku dla prawa i ma wrażenie, że właśnie właściciel nielegalnej bimbrowni wygłasza wykład o trzeźwości narodu.

Druga rada dotyczyła szanowania ludzi, nawet tych najmniejszych, bo jak człowiek przewróci się na korytarzu, to podniesie go pracownik.

I tutaj przyznam, że przez chwilę zobaczyłem oczami wyobraźni cały Sąd Najwyższy jako wielki dom opieki dla zmęczonych państwem elit. Długie korytarze. Sędziowie przesuwający się powoli w półmroku instytucjonalnego zmęczenia. Gdzieś z oddali dobiega stukot pieczątek i szelest tog przypominający odgłos starych zasłon w urzędzie gminy.

A potem przyszła rada trzecia: nie czytać komentarzy. Bo hejterzy są mali i wybrakowani emocjonalnie.

To był moment prawdziwie literacki. Człowiek siedzi przed ekranem i nagle słyszy, że osoba stojąca przez lata na czele Sądu Najwyższego tłumaczy następcy, jak przetrwać internet niczym celebrytka po aferze z kremem odmładzającym,  albo influencerka reklamująca herbatkę na oczyszczanie duszy oraz jelit. Brakowało już tylko kodu rabatowego na konstytucję i konkursu dla najbardziej emocjonalnie wybrakowanego hejtera miesiąca.

Obok niej stoi Zbigniew Kapiński. Nowy Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego. Człowiek, którego wybór wygląda jak efekt rodzinnej awantury podczas świąt u prawicy.

Bo oto Karol Nawrocki postanowił zrobić coś, czego Jarosław Kaczyński wyraźnie sobie nie życzył. Kaczyński grzmiał wcześniej, że nie wyobraża sobie takiego wyboru. Cenckiewicz dramatyzował z intensywnością człowieka, któremu właśnie odebrano dostęp do archiwów IPN, ostatni egzemplarz teczki z Wałęsą oraz prenumeratę teorii spiskowych na następne pół roku. W jego głosie było tyle tragedii, jakby Nawrocki właśnie oddał Sąd Najwyższy masonom, cyklistom i producentom niemieckich rowerów elektrycznych.

A jednak Nawrocki zrobił swoje. I tutaj zaczyna się najzabawniejsza część całego przedstawienia.

Przez lata PiS budował przecież legendę wodza absolutnego. Jarosław Kaczyński miał być politycznym półbogiem prawicy. Człowiekiem, którego słowo działało jak rozkaz z góry Synaj. Tymczasem nagle okazuje się, że Karol Nawrocki zaczyna delikatnie wypychać prezesa z centrum sceny. To musi boleć.

Wyobrażam sobie Nowogrodzką tamtego wieczoru. Cisza ciężka jak stary dywan. Ktoś nerwowo miesza herbatę. Ktoś inny patrzy w telefon z miną człowieka, który właśnie odkrył, że młodszy kolega zaczyna urządzać własne imperium.

Bo Nawrocki nie chce już być tylko patriotycznym długopisem nowej generacji. On chce zostać przywódcą.

Problem polega na tym, że wygląda momentami jak ochroniarz muzeum narodowej martyrologii, który nagle odkrył smak politycznej samodzielności i uznał, że teraz sam będzie dyrygował orkiestrą patriotycznego zadęcia. Widać już wyraźnie, że Nawrocki przestał marzyć o roli wiernego adiutanta. On chce zostać naczelnym rekonstruktorem prawicy, cesarzem IPN-owskiej wyobraźni i patronem wszystkich obrażonych na III RP.

Kapiński tymczasem zapewniał wszystkich, że będzie bronił niezależności Sądu Najwyższego przed politykami.

I tutaj człowiek naprawdę nie wie już, czy się śmiać, czy otwierać okno i krzyczeć w stronę księżyca. Bo polska polityka od dawna przypomina teatr, w którym wszyscy grają role odwrotne do rzeczywistości.

Politycy mówiący o niezależności instytucji wyglądają jak właściciele cyrku opowiadający o ochronie zwierząt. Ludzie odpowiedzialni za demolowanie autorytetu sądów przemawiają tonem strażników konstytucyjnej świętości, choć jeszcze chwilę wcześniej traktowali prawo jak wycieraczkę przed partyjnym gabinetem. A widz siedzi przed telewizorem i coraz częściej przypomina pacjenta sanatorium, który już nawet nie pyta, jakie leki dostaje, bo zrozumiał, że ordynatorzy sami dawno pomylili tabletki.

Najbardziej groteskowe jest jednak to, że cała ta scena była śmiertelnie poważna. Wszyscy mówili z namaszczeniem. Wszyscy mieli miny ludzi uczestniczących w historycznej chwili dla państwa polskiego. Tymczasem z boku wyglądało to trochę jak połączenie akademii ku czci praworządności z pożegnaniem kierownika domu kultury odchodzącego na emeryturę.

A przecież mówimy o Sądzie Najwyższym. Instytucji, która powinna budzić respekt. Powinna pachnieć spokojem prawa, powagą państwa i chłodnym profesjonalizmem.

Tymczasem coraz częściej przypomina serial polityczny produkowany przez ludzi przekonanych, że patos zastępuje autorytet, a nadęta mina może pełnić funkcję konstytucji. W tym świecie wystarczy mówić wolniej, groźniej i z odpowiednią liczbą patriotycznych pauz, aby część widowni uwierzyła, że oto przemawia sam duch państwa polskiego.

I może właśnie to jest dziś najbardziej przygnębiające. Nie sam Kapiński. Nie sama Manowska. Nawet nie Nawrocki próbujący symbolicznie odgryźć kawałek prawicy Kaczyńskiemu.

Najbardziej smutne jest to, że państwo polskie zaczęło mówić językiem taniego spektaklu. Wszystko jest wielkie. Wszystko jest historyczne. Wszystko jest dramatyczne. Każda nominacja wygląda jak bitwa o los cywilizacji zachodniej.

A zwykły człowiek siedzi wieczorem przy stole, patrzy na rachunki, ceny masła i wiadomości z Ukrainy, po czym ogląda konferencję prasową Sądu Najwyższego przypominającą zebranie wspólnoty mieszkaniowej po awarii windy.

I wtedy zaczyna rozumieć najstraszniejszą rzecz. Że w Polsce nawet upadek powagi państwa odbywa się z zadęciem, patosem i bardzo długim przemówieniem.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights