TRZY PROCENT DLA NAUKI, CZYLI JAK POLSKA CHCE BYĆ MOCARSTWEM, ALE ZA PENSJĘ MAGAZYNIERA

Warszawa

27 maja pójdę pod Sejm razem z ludźmi nauki. Już sam ten obraz ma w sobie coś jednocześnie komicznego i smutnego. W kraju, który uwielbia opowiadać o swoim rozwoju, ambicjach i nowoczesności, naukowcy znowu muszą wychodzić na ulicę i przypominać państwu, że bez wiedzy nie da się budować przyszłości.

To trochę tak, jakby strażacy protestowali o wodę, lekarze o bandaże, a piloci o paliwo do samolotów.

Polska bardzo lubi dziś mówić o sukcesie. I trzeba uczciwie przyznać, że ten sukces naprawdę istnieje. Jeszcze dwadzieścia lat temu większość kraju marzyła głównie o tym, żeby dogonić Zachód i mieć autostrady, które nie kończą się nagle w polu kapusty. Dzisiaj jesteśmy dwudziestą gospodarką świata. W Warszawie wyrastają szklane biurowce, polskie firmy inwestują za granicą, a klasa średnia narzeka już nie na brak paszportu, tylko na ceny apartamentów w Barcelonie.

Polska awansowała cywilizacyjnie szybciej, niż sami Polacy zdążyli się do tego przyzwyczaić.

I właśnie dlatego cała historia z nauką robi się tak absurdalna. Bo państwo, które marzy o nowoczesności, sztucznej inteligencji, atomie, technologiach i innowacjach, płaci młodym naukowcom pensje przypominające bardziej kieszonkowe niż wynagrodzenie ludzi budujących przyszłość kraju. Doktor fizyki potrafi dziś zarabiać mniej więcej tyle, ile człowiek pracujący na nocnej zmianie przy rozładunku ciężarówek w centrum logistycznym. I proszę mnie źle nie zrozumieć — każda uczciwa praca zasługuje na szacunek. Problem polega na czymś innym. Państwo zachowuje się tak, jakby wiedza była sympatycznym dodatkiem do rzeczywistości, a nie jej fundamentem.

Politycy uwielbiają występować na tle laboratoriów, robotów i nowoczesnych ekranów. Wtedy wszyscy wyglądają jak europejscy technokraci przyszłości. Donald Tusk mówi o kreatywności i innowacjach. Ministrowie opowiadają o konkurencyjności gospodarki. Padają wielkie słowa o rozwoju i nowoczesnym państwie, a potem przychodzi moment wpisywania pieniędzy do budżetu. I nagle entuzjazm znika.

Polska wydaje na badania i rozwój około 1,4 procent PKB. Średnia unijna przekracza 2 procent. Korea Południowa inwestuje ponad 5 procent PKB i dzięki temu produkuje technologie, które później kupuje cały świat.

My natomiast od lat próbujemy budować nowoczesne państwo metodą narodowego kombinowania. Chcielibyśmy mieć innowacyjną gospodarkę, światowe uczelnie, własne technologie i specjalistów najwyższej klasy, ale najlepiej za pieniądze, za które w Europie Zachodniej trudno wynająć pokój z widokiem na śmietnik.

Polska nauka mimo wszystkiego nadal sobie radzi. Polscy badacze publikują świetne prace. Zdobywają granty. Prowadzą badania cenione za granicą. Uczą studentów i budują międzynarodowe projekty. Często robią to bardziej dzięki uporowi i poczuciu misji niż dzięki państwu. To trochę jak obserwowanie człowieka, który przebiega maraton w starych trampkach i z gorączką, podczas gdy widownia zastanawia się, czy na pewno zasługuje na porządne buty.

Najbardziej lubię jednak ten charakterystyczny argument ludzi, którzy zawsze wszystko wiedzą najlepiej po przeczytaniu trzech komentarzy w internecie i jednego mema o humanistach. Najpierw — mówią — trzeba naukę zreformować, a dopiero potem dawać pieniądze. To bardzo polski sposób myślenia. Trochę jakby ktoś powiedział strażakom: „Najpierw proszę ugasić pożar gołymi rękami, a później zastanowimy się nad zakupem wozu strażackiego”.

Oczywiście polska nauka ma problemy. Biurokracja bywa absurdalna. Niektóre uczelnie przypominają administracyjne labirynty zaprojektowane przez człowieka, który szczerze nienawidzi życia i formularzy. Młodzi naukowcy żyją od umowy do umowy jak bohaterowie smutnego serialu o prekariacie. Ale żadne reformy nie zadziałają bez pieniędzy. Cudów po prostu nie ma. Nie stworzy się nowoczesnego państwa za pomocą patriotycznych przemówień, powerpointów ministra i konferencji prasowych z robotem stojącym obok mównicy.

I właśnie dlatego ten protest jest ważny. Bo nie chodzi wyłącznie o środowisko akademickie. Chodzi o przyszłość Polski. O to, czy za dwadzieścia lat będziemy państwem tworzącym technologie, leki, rozwiązania energetyczne i nowoczesne systemy bezpieczeństwa, czy raczej dużym magazynem Europy z tanią siłą roboczą i politykami opowiadającymi o dawnych sukcesach.

Świat właśnie przyspiesza. Sztuczna inteligencja zmienia gospodarkę szybciej, niż większość polityków zdąży nauczyć się obsługi własnej poczty elektronicznej. Trwa technologiczny wyścig między USA, Chinami i Europą. Rosja prowadzi wojny informacyjne. Zmienia się energetyka, medycyna, przemysł i komunikacja. A Polska nadal momentami zachowuje się tak, jakby największym problemem państwa było to, że jakiś poseł obraził kogoś w telewizji.

W tym wszystkim jest jednak także coś budującego. Coraz więcej ludzi zaczyna rozumieć, że bez inwestycji w wiedzę Polska po prostu utkwi w pułapce średniego rozwoju. Będziemy krajem całkiem bogatym, całkiem wygodnym i całkiem przeciętnym. Takim europejskim średniakiem z ambicjami mocarstwa i laboratoriami finansowanymi jak osiedlowe warzywniaki.

Dlatego pod Sejmem spotkają się ludzie bardzo różni. Profesorowie, doktoranci, studenci, technicy laboratoryjni, pracownicy uczelni. Ludzie, którzy często mogliby po prostu wyjechać. I wielu z nich pewnie w końcu wyjedzie, bo świat nie ma problemu z przyciąganiem zdolnych ludzi. To Polska ma problem z ich zatrzymaniem.

Najbardziej gorzkie jest jednak coś jeszcze. Politycy naprawdę lubią naukę. Ale głównie wtedy, gdy można zrobić sobie zdjęcie obok rakiety, robota albo mikroskopu. Wtedy wszyscy wyglądają nowocześnie. Wtedy każdy chce być wizjonerem, ale kiedy przychodzi moment podejmowania realnych decyzji budżetowych, nagle okazuje się, że łatwiej wydać miliardy na polityczne widowiska niż potraktować naukę jak strategiczną inwestycję.

I właśnie dlatego trzeba czasem wyjść na ulicę. Żeby przypomnieć państwu coś bardzo prostego.

Nowoczesność nie bierze się z przemówień. Nowoczesność bierze się z wiedzy. A wiedza kosztuje. Nawet Einstein nie zrobiłby naukowej rewolucji za pensję początkującego kasjera i z laboratorium przypominającym magazyn po remoncie.

Polska naprawdę ma potencjał. Ma zdolnych ludzi, ambitnych studentów, rozwijającą się gospodarkę i coraz większe aspiracje. Brakuje już właściwie tylko jednego. Odwagi, żeby potraktować naukę nie jak koszt, ale jak inwestycję, czyli dokładnie tak, jak robią wszystkie państwa, które naprawdę chcą być nowoczesne. Reszta to już tylko polityczny folklor i kolejne prezentacje o innowacyjnej przyszłości wyświetlane na projektorach kupionych dzięki grantom z Unii Europejskiej.


  1. KRZYSZOF BIELEJEWSKI

    Prekariat to grupa ludzi żyjących i pracujących w permanentnej niepewności. Sama nazwa powstała z połączenia słów „precarious” (niepewny) i „proletariat”.

    To nie jest klasyczna biedota ani dawnic robotnicy z fabryk, których opisywał Marks. Prekariat może mieć dyplom uczelni, znać trzy języki, robić prezentacje w PowerPoincie i pić latte na owsianym mleku, a jednocześnie nie wiedzieć, czy za trzy miesiące będzie miał z czego zapłacić czynsz.

    Typowe cechy prekariatu:

    umowy śmieciowe,
    praca projektowa lub „od zlecenia do zlecenia”,
    brak stabilności zatrudnienia,
    brak zabezpieczeń socjalnych,
    ciągła konieczność „sprzedawania siebie”,
    życie w stanie wiecznego „jeszcze tylko ten miesiąc”.

    Do prekariatu zalicza się dziś często:

    kurierów i kierowców aplikacji,
    freelancerów,
    część branży kreatywnej,
    młodych akademików,
    pracowników call center,
    wielu ludzi w IT i mediach,
    osoby pracujące „na B2B”, choć faktycznie jak etatowcy.

    Paradoks polega na tym, że prekariat bywa jednocześnie dobrze wykształcony i bardzo niestabilny ekonomicznie. Człowiek ma konto na LinkedIn, certyfikat Agile, zdjęcie w marynarce i abonament na Spotify, ale kredytu hipotecznego bank już mu nie da, bo „dochody nieregularne”.

    Pojęcie spopularyzował m.in. Guy Standing, który uważał, że prekariat staje się nową klasą społeczną XXI wieku — sfrustrowaną, zmęczoną i podatną na polityczny gniew.

    W praktyce prekariat to trochę świat, w którym:
    „Masz wolność wyboru, możesz być kim chcesz… pod warunkiem, że sam opłacisz ZUS, dentystę, psychologa, laptop i własne wypalenie zawodowe.”

    To jedna z najbardziej charakterystycznych cech współczesnego kapitalizmu: stabilność została zastąpiona „elastycznością”. Ładnie brzmi na konferencji HR. Znacznie gorzej o drugiej w nocy, gdy kończy się kontrakt.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights