
Polityczna meteorologia przewiduje: burze z grzmotami nad partią Polska 2050, a lokalnie możliwe całkowite zanikanie. Gdyby istniał synoptyk od prognoz politycznych, właśnie ogłaszałby stan alarmowy. Bo Polska 2050 stanęła nad przepaścią i – jakby w zgodzie z narodowym temperamentem – zaczęła energicznie kopać ziemię pod swoimi nogami.
Złośliwi mogliby powiedzieć, że to nie wybory wewnętrzne, tylko polityczne karaoke: kto bardziej nieudolnie zaśpiewa piosenkę o tożsamości, ten zostanie liderem. W finale konkursu dwie solistki: Paulina Hennig-Kloska – łagodna, prokoalicyjna, jakby polityczny paracetamol – i Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz – twarda, ambitna, z tendencją do taranowania ścian zamiast szukania drzwi.
WYBÓR MIĘDZY ZŁYM A GORSZYM
Nie łudźmy się: bez względu na to, kto wygra te wewnętrzne wybory, partia Szymona Hołowni nie przetrwa w obecnym kształcie. Wariant Hennig-Kloski to scenariusz pt. „Nowoczesna 2.0” – czyli rozpuszczenie się w Koalicji Obywatelskiej jak kostka cukru w gorzkiej kawie Donalda Tuska. To będzie polityczny związek z rozsądku, bez namiętności, ale dający szansę na przetrwanie niektórym posłom. Niewielu.
Z kolei wybór Pełczyńskiej-Nałęcz to droga „na śmierć i chwałę”. Próba odróżnienia się od KO, flirtowania z niezadowolonymi i rozgrywania liberalnej karty na własną rękę. Problem w tym, że nie ma już ani przestrzeni, ani cierpliwości dla kolejnej opowieści o nowym centrum. Polska 2050 była nowa w 2020 roku. Teraz jest zaledwie niepotrzebna.

SZYMON – CZYLI PROJEKT STRACONY
Szymon Hołownia miał być politycznym unicornem – świeżym, inteligentnym, cywilizowanym. Ale z jednorożców w polskiej polityce najczęściej robi się pasztet. Zabrakło mu jednej rzeczy, której nie uczą w TVN-ie: odporności na upadki. Wycofanie się z walki o szefostwo partii, niezrozumiałe ruchy z Adamem Bielanem i Jarosławem Kaczyńskim, a na koniec – smutna rezygnacja z energii. Marszałek-sezonowy.
Z partii opartej na jego ambicji zrobiono wehikuł złamanych oczekiwań. Posłowie mówią wprost: „To już nie ta Polska 2050, za którą wchodziliśmy do Sejmu”. Pytanie, czy kiedykolwiek taka była. Może to od początku był polityczny performance, który nie przetrwał konfrontacji z realiami.
KOLEJNA ŚMIERĆ „TRZECIEJ DROGI”
To, co dzieje się dziś z Polską 2050, wpisuje się w piękną, choć dramatyczną tradycję. Ryszard Petru, Paweł Kukiz, Janusz Palikot – każdy z nich obiecywał coś nowego, świeżego, centrowego. Wszyscy zniknęli z hukiem, zostawiając po sobie tylko memy i wyrzuty sumienia.
Polacy marzą o trzeciej sile, ale kiedy ona się pojawia, przypominają sobie, że wolą jednak dobrze znanych chuliganów z PiS-u albo poukładanych graczy z PO. A „nowi” albo kończą w objęciach Tuska, albo w ramionach zapomnienia.
PARTIA BEZ POTRZEBY
Dziś Polska 2050 ma problem strategiczny: nikt nie wie, po co właściwie ta partia istnieje. Nie może pójść ani w lewo (bo tam Lewica), ani w prawo (bo tam PiS i Konfederacja), nie może zbytnio się różnić od KO, a jednocześnie nie może być jej kalką. To jakby próbować wymyślić nową wersję budyniu waniliowego. Tyle że wszyscy już jedzą czekoladowy.
Czy wyborcy mają głód centrowego, rozsądnego liberalizmu z nutą chrześcijańskości? Może tak. Ale nie w wydaniu ludzi, którzy sami nie wiedzą, czy są opozycją wobec KO, czy tylko jej słabszym odbiciem.
EPILOG
Zaraz po wyborach lidera – niezależnie kto wygra – partia zacznie się sypać. Już dziś mówi się o posłach dogadanych z KO, PSL, a nawet Lewicą. Pojawią się niezależne koła, indywidualne transfery i dramatyczne oświadczenia o „zdradzonych ideałach”. Wszystko to już było.
Donald Tusk nie musi nic robić. Po prostu stoi z otwartymi ramionami, a Polska 2050 – jak każdy rozczarowany kochanek – i tak wróci, pokornie prosząc o miejsce na liście.
I tak kończy się historia kolejnej „trzeciej drogi”, która miała być zbawieniem, a okazała się ślepą uliczką. Może teraz wyborcy będą pamiętać, że zanim się zaufa magikowi z ekranu, warto sprawdzić, czy potrafi coś więcej niż tylko znikać.
Ciąg dalszy? A po co. Tam już nic nie ma.

Dodaj komentarz