
Ręce opadają. Spodnie również, choć przy obecnym stanie państwa lepiej przytrzymywać portfel.
Wtorek przyniósł Polakom kolejną garść wiadomości z kraju, w którym instytucje publiczne coraz częściej przypominają gabinet osobliwości prowadzony przez ludzi przekonanych, że Konstytucja jest świętą księgą, o ile można z niej wyrywać kartki potrzebne na dzisiejszą konferencję prasową.
Trybunał Konstytucyjny uratował Polskę przed zagranicznym aktem małżeństwa.
Prezydent zaprzysiągł jednego sędziego Trybunału, choć czterech innych nadal stoi pod Pałacem w deszczu, trzymając dokumenty i zastanawiając się, czy nie powinni przebrać się za nominację ambasadorską.
Daniel Obajtek usłyszał dwa zarzuty i wyszedł z prokuratury dumny, jakby właśnie odebrał medal za zasługi dla reglamentacji prasy.
Mateusz Morawiecki wprowadza więcej ,demokracji do własnego sto.warzyszen.ia, z którego właśnie wychodzą ludzie..wać, że wieloletnie nawoływanie do agresji może czasem doprowadzić do agresji.
Polska polityka przypomina człowieka, który podpala firankę, a potem zwołuje konferencję w sprawie niepokojącego wzrostu temperatury w salonie.
TRYBUNAŁ KONSTYTUCYJNY POKONAŁ FORMULARZ
Najważniejszą wiadomością dnia jest zwycięstwo Trybunału Konstytucyjnego nad rubryką.
Transkrypcja zagranicznych aktów małżeństw jednopłciowych jest niezgodna z Konstytucją — ogłosił trzyosobowy skład: Bogdan Święczkowski, Stanisław Piotrowicz i Wojciech Sych.
Był to skład tak zaskakujący, że wynik można było wydrukować jeszcze przed rozprawą, oprawić i zostawić w portierni.
Trzech mężów stanu zasiadło naprzeciw potężnego przeciwnika: formularza urzędu stanu cywilnego. Formularz posiadał rubryki pozwalające wpisać jako małżonków dwie kobiety albo dwóch mężczyzn. Państwo polskie znalazło się więc w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Jeszcze chwila, a urzędnik przepisałby dane z zagranicznego dokumentu do polskiego rejestru.
Potem drugi urzędnik mógłby ten wpis zobaczyć.
Następnie obywatel otrzymałby odpis.
A stąd już prosta droga do upadku cywilizacji, zdziczenia obyczajów, zmiany osi Ziemi oraz sytuacji, w której dwóch mężczyzn odbierze przesyłkę poleconą jako rodzina.
Trybunał nie zajmuje się już ochroną Konstytucji. Chroni Konstytucję przed rzeczywistością.
Transkrypcja nie jest ślubem. Urzędnik nie staje za biurkiem w todze, nie wypowiada formuły, nie rzuca ryżem i nie organizuje wesela w sali konferencyjnej ministerstwa.
Transkrypcja polega na wpisaniu do polskiego rejestru informacji, że określony dokument istnieje i został legalnie sporządzony za granicą.
Dwóch ludzi zawarło małżeństwo w Berlinie. Polska nie musi twierdzić, że wydarzenie jej się podoba. Nie musi wysyłać orkiestry, ministra rodziny ani delegacji kół gospodyń wiejskich. Powinna jedynie przyjąć do wiadomości, że dokument istnieje.
Trybunał uznał jednak, że rzeczywistość zagraniczna po przekroczeniu polskiej granicy traci ważność, jeśli nie odpowiada aktualnym potrzebom politycznym Marcina Warchoła.
To ciekawa doktryna prawna.
Według niej człowiek może mieć małżonka w Berlinie, Paryżu, Madrycie i Amsterdamie, lecz po przekroczeniu Odry małżonek znika. Nie umiera, nie rozwodzi się, nie zostaje porwany. Po prostu zostaje zatrzymany przez polską metafizykę administracyjną.
Na granicy celnik powinien pytać:
— Alkohol?
— Nie.
— Papierosy?
— Nie.
— Mąż?
— Tak.
— Proszę zostawić w Niemczech.
Polska stworzyła pierwszy na świecie system prawny, w którym małżeństwo może zniknąć bez rozwodu, za to przy pomocy niewłaściwej rubryki.
Sprawę do Trybunału skierowała grupa posłów PiS reprezentowana przez Marcina Warchoła. Postępowanie ruszyło w tempie, którego polski obywatel nie zna z żadnego urzędu.
Wniosek wpłynął na początku czerwca, a wyrok zapadł już pod koniec lipca.
Polskie sądownictwo potrafi więc działać szybko. Trzeba jedynie spełnić drobny warunek: sprawa powinna dotyczyć czegoś, co denerwuje prawicę bardziej niż przewlekłość postępowań, kolejki do lekarzy i ceny mieszkań razem wzięte.
Obywatel czeka latami na proces o spadek, alimenty, odszkodowanie albo błąd urzędnika. Para jednopłciowa nie musi czekać długo. Państwo wyjątkowo sprawnie poinformuje ją, że nie istnieje.
Trybunał działa jak luksusowa restauracja dla uprzedzeń: zamówienie polityczne wchodzi bez kolejki.
Wyrok odczytał Stanisław Piotrowicz. To również piękny symbol.
Piotrowicz, były prokurator z czasów PRL, później gorliwy polityczny obrońca pisowskich zmian w sądownictwie, dziś występuje jako strażnik konstytucyjnego porządku.
Jego życiorys pokazuje, że ustrój może się zmienić, partia może się zmienić, godło może się zmienić, ale człowiek zawsze znajdzie odpowiednią pieczątkę.
Piotrowicz nie tyle przeszedł z prokuratury PRL do Trybunału Konstytucyjnego, ile udowodnił, że w Polsce każda droga kariery może prowadzić do moralizowania innym.
Człowiek, który potrafił odnaleźć się w aparacie państwa ludowego, później w demokratycznym parlamencie, następnie w machinie podporządkowywania sądów i wreszcie w Trybunale, jest dziś specjalistą od trwałości instytucji małżeństwa.
Trudno o większy autorytet w dziedzinie stałości. Piotrowicz był wierny wszystkim epokom, pod warunkiem że każda aktualna epoka zapewniała mu krzesło.
Nie jest sędziowskim lwem. Jest politycznym kotem, który zawsze spada na cztery łapy, nawet jeśli po drodze przewróci całą szafę z praworządnością.
Teraz oznajmił obywatelom, że przepisanie ich aktu małżeństwa zagraża Konstytucji.
Konstytucja według Piotrowicza jest niezwykle delikatna. Przetrwała partyjne czystki, nocne ustawy, niepublikowanie wyroków, dublerów, konflikty z europejskimi sądami i polityczne przejmowanie instytucji. Mogłaby jednak nie przeżyć dwóch nazwisk wpisanych obok siebie.
Trybunał w obecnej postaci sam jest przedmiotem fundamentalnego sporu o legalność, niezależność i zdolność do wykonywania konstytucyjnych zadań. Nie przeszkadza mu to wydawać rozstrzygnięć o tym, kto istnieje jako małżeństwo.
To jakby człowiek stojący na krześle z trzema złamanymi nogami oceniał stabilność cudzej szafy.
Bogdan Święczkowski, Stanisław Piotrowicz i Wojciech Sych uratowali więc ojczyznę. Nie przed korupcją. Nie przed chaosem legislacyjnym. Nie przed politycznym podporządkowaniem prokuratury. Nie przed przemocą. Nie przed samowolą władzy. Przed formularzem!
Jeszcze nigdy tak niewielu nie obroniło tak wielu przed tak małą rubryką.
PREZYDENT ZAPRZYSIĄGŁ SĘDZIEGO, KTÓREGO AKURAT ZOBACZYŁ
Tego samego dnia prezydent Karol Nawrocki przyjął ślubowanie od Sławomira Patyry, wybranego przez Sejm na sędziego Trybunału Konstytucyjnego.
Patyra napisał do prezydenta dwa pisma. Za pierwszym razem poprosił o termin. Za drugim przypomniał, że nadal istnieje.
Metoda zadziałała. Prezydent dostrzegł profesora, zaprosił go do Pałacu i odebrał ślubowanie.
Czworga innych sędziów wybranych przez Sejm — Krystiana Markiewicza, Macieja Taborowskiego, Marcina Dziurdy i Anny Korwin-Piotrowskiej — prezydencki wzrok nadal nie obejmuje.
Być może stoją pod złym kątem. Być może Pałac posiada ograniczoną liczbę pikseli. Być może Konstytucja nakazuje głowie państwa przyjmować ślubowania metodą „ene, due, rabe”.
Prezydent RP nie odmawia przyjęcia ślubowania. On prowadzi selektywną gospodarkę sędziowską.
Dwoje sędziów wybranych wcześniej zaprzysiągł. Czworga nie zaprzysiągł. Patyrę zaprzysiągł. Wszystko to podobno wynika z troski o prawidłową procedurę.
Polska procedura konstytucyjna przypomina obecnie wejście do klubu nocnego. Sejm może wybrać człowieka, człowiek może posiadać kwalifikacje i dokumenty, ale przy drzwiach stoi prezydent z listą i mówi:
— Pan wejdzie.
— Pani nie.
— Pan tak.
— Państwo czworo proszę poczekać, mamy spór kompetencyjny.
Czworo sędziów złożyło ślubowanie w Sejmie, ponieważ prezydent nie chciał ich przyjąć. Pałac uznał to za „szopkę” i skierował do Trybunału wniosek dotyczący sporu kompetencyjnego.
Sprawę wybranych sędziów ma więc rozstrzygnąć Trybunał, którego obsadzenie zależy od tego, których wybranych sędziów prezydent postanowił wcześniej zauważyć.
To nie jest już trójpodział władzy. To gra planszowa, w której prezydent trzyma pionki, Trybunał ustala zasady, a Konstytucja została użyta jako podkładka pod stół.
Patyra zapowiedział, że jego rola będzie trudna i niewdzięczna.
To prawda. Wchodzenie dziś do Trybunału Konstytucyjnego przypomina objęcie stanowiska kapitana na statku, którego załoga od kilku lat kłóci się o to, czy statek nadal jest statkiem, czy już tylko doskonale opłacaną dekoracją portową.
Nowy sędzia może próbować odbudowywać powagę instytucji. Najpierw będzie jednak musiał ją odnaleźć. Ostatnio widziano ją mniej więcej w okolicach nieopublikowanych wyroków, ale od tamtej pory ślad zaginął.
OBAJTEK JEST DUMNY Z ZARZUTÓW
Daniel Obajtek usłyszał dwa zarzuty. Pierwszy dotyczy podejrzenia złożenia fałszywych zeznań przed sądem w sprawie znajomości z dziennikarzem Piotrem Nisztorem. Drugi wiąże się z wycofaniem w 2023 roku jednego z numerów tygodnika „Nie” ze wszystkich punktów sprzedaży Orlenu.
O winie Obajtka może zdecydować sąd. Sam zainteresowany odmówił składania wyjaśnień, nie przyznał się do zarzutów, po czym oznajmił, że jest z nich dumny.
To nowy etap polskiej kultury prawnej. Dawniej człowiek po usłyszeniu zarzutów mówił, że jest niewinny. Później twierdził, że zarzuty są polityczne. Następnie zapowiadał, że oczyści swoje imię. Obajtek udoskonalił procedurę i jest dumny.
Jeszcze chwila, a prokuratura będzie dołączać do postanowienia o przedstawieniu zarzutów bukiet kwiatów i formularz zgłoszeniowy do orderu.
Obajtek przyznał, że polecił usunąć numer „Nie”, ponieważ uważał okładkę za obrażającą uczucia religijne. Jednocześnie twierdził, że nie była to cenzura, ponieważ właściciel biznesu ma prawo zdecydować, co sprzedaje.
„Właściciel biznesowy” brzmi bardzo elegancko.
Problem polega na tym, że Orlen nie był kioskiem Daniela Obajtka odziedziczonym po dziadku razem z lodówką na oranżadę. Był państwowym koncernem kontrolującym ogromną sieć stacji paliw, posiadającym także wydawnictwa prasowe i wykonującym funkcje znacznie wykraczające poza sprzedaż hot dogów.
Obajtek zachowywał się jednak jak właściciel całego kraju na zmianie popołudniowej. Gazeta mu się nie podobała — znikała. Dziennikarz potrzebował pomocy — pojawiała się rozmowa o pracy dla rodziny. Polityk potrzebował wsparcia — koncern odkrywał patriotyczne możliwości marketingowe.
Orlen pod Obajtkiem nie był przedsiębiorstwem państwowym. Był przedłużaczem prezesa, tylko z większą liczbą gniazdek.
Były prezes zapewnia, że usunięcie tygodnika nie było cenzurą. Była to jedynie centralna decyzja prezesa wielkiego państwowego koncernu, w wyniku której nieprzychylna publikacja zniknęła z tysięcy punktów sprzedaży.
Rzeczywiście, zupełnie co innego. Jeżeli człowiek zabiera gazetę jednemu czytelnikowi, jest złodziejem. Jeżeli zabiera ją tysiącom czytelników, jest właścicielem biznesowym. Jeżeli robi to w obronie uczuć religijnych, może być jeszcze z siebie dumny.
Cenzura w Polsce nie umarła. Otworzyła punkt franczyzowy na stacji paliw.
Obajtek powiedział również, że postąpiłby tak samo, gdyby obrażono uczucia religijne wyznawców innej religii.
To wzruszające. Człowiek, który zarządzał rafineriami, stacjami, prasą regionalną i fragmentem narodowej wyobraźni, był najwyraźniej także międzywyznaniowym kustoszem świętości.
Tankował samochody, sprzedawał kawę, przerabiał ropę i pilnował, żeby Allah, Budda, Jahwe, Śiwa oraz Jan Paweł II mieli właściwie wyeksponowaną prasę.
W sprawie kontaktów z Nisztorem Obajtek twierdzi, że zarzut nie ma uzasadnienia. Prokuratura podejrzewa natomiast, że jego zeznania mogły być sprzeczne z treścią ujawnionych nagrań, na których rozmawiano między innymi o zatrudnieniu członków rodziny dziennikarza.
Obajtek miał podczas rozmowy zapewniać, że można się kimś „zaopiekować”, a nawet kogoś zwolnić, żeby zrobić miejsce.
Trzeba przyznać, że państwo PiS bardzo poważnie traktowało politykę rodzinną. Jedni dostawali 500 plus. Inni dostawali posadę plus. Najbardziej potrzebujący otrzymywali członka rodziny w spółce Skarbu Państwa plus. Program był powszechny, tylko nie dla wszystkich.
Daniel Obajtek wyszedł z prokuratury z miną człowieka, który właśnie dokonał bohaterskiego czynu. Trudno powiedzieć, co uważa za większe osiągnięcie: wycofanie gazety czy to, że przez kilka lat nikt nie potrafił go skutecznie o to zapytać. W każdym razie zarzuty nie są dla niego ciężarem. Są odznaką. Polska prawica weszła w etap, w którym postępowanie prokuratorskie zastępuje życiorys opozycyjny.
Im więcej zarzutów, tym większy bohater. Immunitet staje się pancerzem. Przesłuchanie — represją. Akt oskarżenia — świadectwem patriotyzmu, a wyrok, jeśli kiedyś zapadnie, zostanie zapewne uznany za nominację do grona męczenników.
W tej logice człowiek niewinny jest politycznie podejrzany. Najwyraźniej za mało zrobił dla ojczyzny.
MORAWIECKI WPROWADZA DEMOKRACJĘ, A LUDZIE WPROWADZAJĄ SIĘ Z POWROTEM DO PiS
Daniel Obajtek zdążył również opuścić stowarzyszenie Mateusza Morawieckiego. Wcześniej zrobił to Grzegorz Lorek.
Morawiecki został zapytany, czy jest mu przykro. Odpowiedział, że w polityce słowa „jest mi przykro” i „nie jest mi przykro” nie są właściwą oceną emocji człowieka.
Jest to zdanie idealne. Nie mówi niczego, ale zajmuje wystarczająco dużo miejsca, żeby dziennikarz nie zdążył powtórzyć pytania.
Morawiecki nie odpowiada na pytania. On przeprowadza je przez dział compliance, aż tracą wolę życia.
Były premier nie wybiera się na posiedzenie Komitetu Politycznego PiS, ponieważ ma inne spotkanie. O godzinie dwudziestej zbierze się Rozwój Plus, żeby kolektywnie przedyskutować przyszłość.
Morawiecki zapowiedział, że chce wprowadzić więcej demokracji do życia partyjnego. Najwyraźniej po latach funkcjonowania w PiS dowiedział się, że demokracja istnieje, i postanowił zamówić jedną sztukę do nowego biura.
Oby tylko sprawdził instrukcję. Demokracja jest urządzeniem kłopotliwym. Ludzie mogą głosować inaczej, niż życzy sobie lider. Mogą zadawać pytania. Mogą nawet odejść do innej partii, co niektórzy członkowie Rozwoju Plus zaczęli ćwiczyć jeszcze przed oficjalnym otwarciem.
Nowa partia Morawieckiego rozwija się tak szybko, że część działaczy zdążyła już z niej wystąpić, zanim powstała.
To światowy rekord organizacyjny.
WE WROCŁAWIU KOŃCZY SIĘ DOWCIP
We Wrocławiu trzech mężczyzn zaatakowało młodą parę z Ukrainy. Pobita została dwudziestoletnia kobieta i jej dwudziestojednoletni partner. Policja zatrzymała dwóch podejrzanych; ustalanie odpowiedzialności i dokładnego motywu należy do śledczych oraz sądu.
Tutaj humor się kończy.
Kopanie leżącego człowieka po głowie nie jest patriotyzmem, męskością, sportem ani obroną narodowej godności. Jest bandytyzmem.
Uderzenie kobiety nie staje się mniej podłe dlatego, że napastnik zna trzy hasła o Wołyniu, obejrzał kilkanaście filmów w internecie i potrafi wskazać Ukrainę na mapie własnych uprzedzeń.
Dowcip należy skierować przeciw ludziom, którzy przez lata hodowali tę przemoc w języku politycznym, a teraz robią miny zdumionych ogrodników, ponieważ z posianej nienawiści nie wyrosły begonie.
Donald Tusk wezwał prezydenta Nawrockiego, żeby przestał milczeć. Przypomniał jego pochwały dla „ustawek” jako rzekomo szlachetnej, męskiej walki. Zwrócił się również do Jarosława Kaczyńskiego, który mówił o organizowaniu obywatelskich patroli czy grup tam, gdzie nie ufa policji.
Można oczywiście dyskutować, ile odpowiedzialności ponosi konkretny polityk za konkretną pięść. Nie można jednak udawać, że słowa nic nie znaczą.
Jeżeli przez wiele miesięcy przedstawia się Ukraińców jako zbiorowe zagrożenie, pasożytów, banderowców, konkurencję i piątą kolumnę, w końcu znajdzie się ktoś z pięścią większą od mózgu, kto uzna, że właśnie otrzymał społeczne pozwolenie.
Polityk rzuca hasło. Internet dorabia nienawiść. Uliczny osiłek dostarcza wykonanie. Potem wszyscy pytają, skąd wzięła się przemoc.
Podejrzany o udział w pobiciu miał występować w walkach na gołe pięści. Organizacja GROMDA potępiła atak i zapowiedziała zerwanie z nim współpracy.
Dobrze. Sport walki polega na tym, że obie strony wiedzą, kiedy zaczyna się pojedynek, zgadzają się na jego zasady i mają sędziego. Trzech mężczyzn atakujących parę na ulicy nie uprawia sportu. Uprawia tchórzostwo zespołowe. Mężczyzna, który potrzebuje dwóch kolegów, żeby pobić kobietę i kopać leżącego, nie jest wojownikiem. Jest deficytem charakteru w koszulce.
Największym mięśniem ulicznego patrioty bywa ten, którym wypiera odpowiedzialność.
Prezydent powinien zabrać głos — jasno, bez mrugania do najbardziej radykalnego elektoratu, bez „ale”, bez opowieści o prowokacji, kontekście i symetryzmie.
Kaczyński również.
Braun, Bąkiewicz, kamrackie gwiazdy internetu i pozostali hurtownicy narodowej furii powinni zobaczyć, jak wygląda końcowy produkt ich retoryki. Nie ma na nim husarii, krzyża ani biało-czerwonej flagi. Jest zakrwawiona młoda kobieta i kopany człowiek.
Tak wygląda patriotyzm po przejściu przez mózg bandyty.
POLSKA OCALIŁA KONSTYTUCJĘ, ALE ZGUBIŁA PRZYZWOITOŚĆ
Tak minęło południe w Rzeczypospolitej.
Trybunał Konstytucyjny uznał, że największym zagrożeniem dla państwa jest urzędowe potwierdzenie, iż dwoje ludzi zawarło legalne małżeństwo za granicą. Stanisław Piotrowicz obronił Konstytucję przed formularzem. Bogdan Święczkowski przewodniczył. Marcin Warchoł mógł odetchnąć.
Żadna polska rodzina nie została uratowana, ale przynajmniej cudza rodzina dostała problem administracyjny.
Prezydent Nawrocki zaprzysiągł jednego sędziego TK, zachowując konstytucyjne prawo do niezauważania pozostałych.
Daniel Obajtek usłyszał zarzuty i był z nich dumny, ponieważ w jego świecie odpowiedzialność jest prześladowaniem, cenzura decyzją handlową, a państwowy koncern prywatnym kioskiem ideologicznym prezesa.
Morawiecki zapowiedział więcej demokracji w stowarzyszeniu, które kurczy się przed pierwszym demokratycznym zebraniem.
We Wrocławiu pobito młodych Ukraińców, a politycy nagle zauważyli, że nienawiść używana jako paliwo wyborcze ma także spaliny.
Najbardziej przerażające jest to, że wszystkie instytucje twierdzą, iż właśnie wykonują swoje obowiązki.
Trybunał chroni Konstytucję. Prezydent pilnuje procedury. Obajtek broni uczuć religijnych. Morawiecki rozwija demokrację. Radykałowie bronią Polski.
Każdy czegoś broni. Tylko obywatel coraz częściej musi bronić się przed obrońcami.
Polska przypomina dziś dom, w którym samozwańczy strażnicy stoją pod każdymi drzwiami. Jeden sprawdza, z kim śpisz. Drugi decyduje, który sędzia może wejść. Trzeci wybiera, jaką gazetę wolno kupić. Czwarty kontroluje akcent. Piąty kopie, kiedy odpowiedź mu się nie podoba.
Nad wszystkim wisi Konstytucja — zmęczona, zakurzona i używana głównie jako rekwizyt podczas konferencji.
Trybunał uratował ją dziś przed dwoma mężczyznami wpisanymi w formularzu.
Przed prokuratorem z partyjnym życiorysem nie zdołał. Przed selektywnym prezydentem również. Przed prezesem państwowej spółki decydującym, którą gazetę może przeczytać obywatel — nawet nie próbował. Przed politykami zmieniającymi frustrację w nienawiść — milczy.
Być może dlatego, że Konstytucja według obecnego Trybunału jest jak ekskluzywny lokal na Nowogrodzkiej. Obowiązuje lista gości. Piotrowicz stoi przy wejściu. Święczkowski pilnuje sali. Warchoł składa skargi na niewłaściwie dobrane pary. Prezydent wpuszcza tylko wybranych. Obajtek decyduje, co można czytać przy stoliku, a obywatel stoi na zewnątrz bez spodni i zastanawia się, dlaczego w państwie prawa znowu kazano mu zostawić prawo w szatni.
Ręce opadają. Spodnie też. Na szczęście godność nadal można przytrzymywać samemu, bo państwo jest obecnie zajęte obroną rubryk.

Dodaj komentarz