
Donald Trump znowu rozwiązał problem, którego nie było, za pomocą problemu znacznie większego.
Prezydent Stanów Zjednoczonych nałożył pięćdziesięcioprocentowe cła na wybrane towary z Kanady. Na liście znalazły się między innymi wino, cement i kije hokejowe. Zestaw wygląda przypadkowo, ale tylko komuś, kto nigdy nie organizował kanadyjskiego wesela w schronie przeciwatomowym.
Trump sięgnął przy tym po przepis z ustawy celnej z 1930 roku, praktycznie nieużywany od niemal stulecia. To charakterystyczne dla jego sposobu rządzenia. Kiedy świat ma problem współczesny, Trump otwiera szufladę oznaczoną „Wielki Kryzys” i sprawdza, czy nie zostało tam coś, czym można uderzyć sąsiada.
Biały Dom uzasadnił decyzję „dyskryminacją amerykańskich produktów”. Kanada podobno niewłaściwie traktowała amerykańskie samochody, alkohol i nabiał. Prezydent uznał więc, że w obronie amerykańskiego sera należy podrożyć Amerykanom kanadyjskie wino.
Logika jest bez zarzutu, zwłaszcza jeśli zarzutów nie dopuszcza się do głosu.
Trump od lat twierdzi, że cła płacą cudzoziemcy. To trochę tak, jakby właściciel restauracji zapewniał, że podwyżkę ceny obiadu ponosi kucharz. Amerykański importer zapłaci więcej, sklep doliczy koszt, klient wyjmie kartę, a Donald Trump wystąpi przed kamerami i ogłosi, że właśnie ukarał Kanadę.
Kanada zostanie ukarana tym, że Amerykanin drożej kupi kanadyjski cement. Dzięki temu dom w Michigan będzie kosztował więcej, ale przynajmniej powstanie z poczuciem narodowej godności.
Najbardziej patriotyczny będzie kij hokejowy. Po doliczeniu cła przeciętny Amerykanin może nim uderzyć nie tylko krążek, lecz również własny budżet domowy.
Na tym jednak nie koniec. Trump oświadczył ostatnio, że Kanada powinna zapłacić także za dym z pożarów lasów, który przedostaje się nad Stany Zjednoczone. Według prezydenta brudne powietrze jest wynikiem „umyślnego zaniedbania” kanadyjskich władz.
To przełomowa teoria stosunków międzynarodowych. Dotychczas państwa odpowiadały za wojska, towary i politykę zagraniczną. Trump wprowadza odpowiedzialność za wiatr.
Jeśli pomysł się przyjmie, Kanada powinna przygotować osobny budżet na pogodę. Faktura za dym. Dopłata za mróz. Opłata wyrównawcza za śnieg, który przekroczył granicę bez wizy. Podatek od kanadyjskich gęsi, które nielegalnie korzystają z amerykańskiej przestrzeni powietrznej i zostawiają po sobie komentarze na trawnikach.
Można też obciążyć Ottawę kosztami wodospadu Niagara. Woda spada przecież w sposób niezwykle agresywny, robi hałas, wytwarza mgłę i od lat wygląda jak demonstracja kanadyjskiej przewagi hydrologicznej.
Administracja zapewnia wprawdzie, że nowe cła nie mają związku z pożarami. To typowe dla współczesnego Białego Domu. Prezydent mówi jedno, urzędnik tłumaczy drugie, sekretarz prasowy zaprzecza trzeciemu, a giełda próbuje zgadnąć, które zdanie było polityką państwa, a które Donald Trump napisał podczas przerwy reklamowej.
Jeszcze w niedzielę Trump siedział obok premiera Kanady Marka Carneya podczas finału mistrzostw świata. W poniedziałek obłożył Kanadę cłami. To nowa dyplomacja sąsiedzka: najpierw wspólnie oglądamy mecz, potem doliczam pięćdziesiąt procent do pańskiego cementu.
Sam finał mundialu Trump potraktował oczywiście jako kolejną uroczystość ku czci Donalda Trumpa. Po zwycięstwie Hiszpanii wszedł na podium, uczestniczył w ceremonii wręczenia pucharu i został tam na czas świętowania piłkarzy. Stał wśród nich jak wujek, który przez pomyłkę wszedł do fotografii ślubnej, ale nie chce odejść, ponieważ uważa, że garnitur dobrze leży.
Hiszpanie chcieli podnieść puchar. Trump chciał być przy podnoszeniu. Piłkarze skakali, konfetti leciało, a prezydent trwał pośrodku z miną człowieka przekonanego, że mistrzostwo świata przyznano Hiszpanii głównie za znajomość z nim.
Publiczność wygwizdała Trumpa oraz prezesa FIFA Gianniego Infantino. Trump prawdopodobnie uznał, że to skandowanie jego nazwiska przez ludzi z wadą wymowy. Narcyzm jest doskonałym systemem redukcji hałasu: przepuszcza wyłącznie oklaski.
Prezydent mówił wcześniej, że turniej był „cztery razy większy niż jakakolwiek FIFA wcześniej”. Zdanie jest piękne, ponieważ sugeruje, że FIFA to jednostka objętości. Jeden mundial może mieć dwie FIFA, wielki mundial cztery, a mundial z Trumpem osiem FIFA i dodatkowy balkon dla rodziny prezydenta.
Donald Trump nie ogląda wydarzeń. On je przejmuje. Jeżeli pojawia się na weselu, zaczyna wyglądać jak pan młody. Jeżeli przychodzi na pogrzeb, jest największym żałobnikiem w historii. Jeżeli jedzie na mundial, po kwadransie piłkarze stają się statystami w programie „Donald Trump wręcza sobie cudzy puchar”.
Prawdopodobnie w jego przekonaniu Hiszpania wygrała dlatego, że stworzył odpowiednie warunki negocjacyjne. Argentyna przegrała, ponieważ była słaba w sprawie ceł. Sędzia prowadził mecz fatalnie, bo nie konsultował decyzji z Białym Domem. Piłka była okrągła dzięki deregulacji.
Nawet Gianni Infantino wyglądał przy Trumpie jak kamerdyner zatrudniony w luksusowym hotelu dla autokratów. FIFA od dawna potrafi rozpoznać człowieka, któremu należy podać puchar, komplement i własną godność na srebrnej tacy.
Trump zachowuje się podobnie w polityce zagranicznej, tyle że zamiast pucharu podnosi cenę ropy. Wojna z Iranem miała być szybka, skuteczna i zwycięska — czyli dokładnie taka jak wszystkie wojny opisywane przez polityków przed pierwszymi pogrzebami. Amerykańskie naloty trwają, Iran odpowiada, giną żołnierze, a cele operacji zmieniają się zależnie od tego, kto akurat stoi przy mikrofonie.
Trump zapewnia, że Iran został uderzony „bardzo mocno”. Jest to jedna z jego ulubionych jednostek strategicznych. Wojsko ma tony, kilometry, zasięgi, współrzędne i liczbę pocisków. Trump ma „bardzo mocno”, „naprawdę potężnie” oraz „jak nikt wcześniej”.
Prezydent zagroził także przejęciem kontroli nad cieśniną Ormuz i zaproponował dwudziestoprocentową opłatę na towary przewożone przez ten szlak. Donald Trump znalazł więc sposób, by połączyć wojnę morską z zarządzaniem parkingiem. To prawdopodobnie pierwsza wojna, w której głównodowodzący patrzy na cieśninę i widzi bramkę poboru opłat.
Problem polega na tym, że Amerykanie nie podzielają jego entuzjazmu. Według niedawnych badań około jednej trzeciej popiera wojnę, a zdecydowana większość uważa, że nie była warta rozpoczęcia. W innych sondażach tylko 37 procent badanych oceniało operacje militarne jako udane, a jeszcze mniej widziało sukces gospodarczy. Wojna, która miała demonstrować siłę Trumpa, coraz bardziej demonstruje siłę rachunku na stacji benzynowej. Nate Silver zebrał wyniki pokazujące wyraźną przewagę przeciwników wojny, a badanie opisane przez „Time” wskazywało na negatywną ocenę jej skutków strategicznych i gospodarczych.
Popularność prezydenta również spada. W badaniu AP-NORC jego działalność aprobowała mniej więcej jedna trzecia Amerykanów, a oceny gospodarki i polityki wobec Iranu były jeszcze gorsze. Sondaż YouGov pokazał, że 63 procent badanych źle ocenia sposób, w jaki Trump zarządza gospodarką. AP opisała wyraźne osłabienie jego ocen ekonomicznych, a YouGov zanotował rekordową dezaprobatę.
Trump oczywiście nie przegrywa w sondażach. To sondaże przegrywają z Trumpem. Jeżeli badanie daje mu dobry wynik, przemówił naród. Jeżeli zły — ankieterzy są skorumpowani, media kłamią, respondenci zostali źle policzeni, a pytanie zadano w godzinach, kiedy prawdziwi patrioci byli zajęci kupowaniem amerykańskiego cementu.
Niepowodzenie nigdy nie należy do Trumpa. To bardzo wygodna forma przywództwa. Za inflację odpowiada poprzednik. Za wojnę Iran. Za dym Kanada. Za buczenie publiczność. Za wysokie ceny importerzy. Za chaos doradcy. Za wypowiedzi Donalda Trumpa — złośliwe media, które je zacytowały.
Trump jest człowiekiem niewinnym nawet wobec własnych zdań. Chamstwo przedstawia jako szczerość. Nieuctwo jako zdrowy rozsądek. Narcyzm jako siłę przywództwa. Groźby jako negocjacje. Odwet jako sprawiedliwość. Podatek jako cło, a cło jako prezent dla obywatela, który ten obywatel sam sobie sfinansuje.
Klasyczny polityk próbuje przekonać ludzi, że ma rację. Trump próbuje przekonać rzeczywistość. Jeśli rzeczywistość odmawia współpracy, nakłada na nią sankcje.
Kanada odpowiada spokojniej. Mark Carney przypomniał, że to Waszyngton pierwszy naruszył umowę handlową, a działania odwetowe Ottawy były reakcją. Doug Ford, premier Ontario, zapowiedział odpowiedź „cło za cło, dolar za dolara”. Organizacje gospodarcze ostrzegają, że skutkiem będzie wzrost kosztów po obu stronach granicy. Reuters opisał skalę nowych taryf i ryzyko kolejnej wojny handlowej.
Możliwe więc, że Amerykanie zapłacą więcej za budowę domu, lampkę wina i kij, którym mogliby odreagować ceny domu oraz wina.
Trump nazwie to zwycięstwem. Później pojedzie na uroczystość otwarcia jakiegoś mostu, stanie na środku, zasłoni przecinającym wstęgę nożyczki i ogłosi, że most nigdy nie był tak mostowy. Jeśli konstrukcja powstała z kanadyjskiego cementu, podkreśli, że jest o pięćdziesiąt procent bardziej amerykańska.
Świat patrzy dziś na Stany Zjednoczone jak na sąsiada, który kupił miotacz ognia, zainstalował megafon i został przewodniczącym wspólnoty mieszkaniowej. Każdego ranka może ogłosić nową opłatę, obrazić administratora, rozpocząć konflikt z garażem i zorganizować galę na swoją cześć w windzie.
Jest w tym pewna konsekwencja. Trump chce kontrolować handel, cieśninę Ormuz, Kanadę, FIFA, pogodę, dym, ceny, kamery i moment podnoszenia pucharu. Nie potrafi jedynie kontrolować Donalda Trumpa. Dlatego czekamy na kolejne decyzje.
Cło na kanadyjski śnieg. Sankcje na argentyńskie faule. Dwudziestoprocentowa opłata od irańskiego horyzontu. Nakaz, by podczas następnego finału mistrzowie najpierw podnieśli Trumpa, a dopiero potem puchar.
Największym amerykańskim produktem eksportowym nie są już samochody, samoloty ani technologia. Jest nim chaos w pomarańczowym opakowaniu, reklamowany jako historyczny sukces.
I tylko jednego cła Trump nigdy nie wprowadzi. Cła na głupotę. Musiałby płacić je osobiście.

Dodaj komentarz