
Niedziela — dzień, w którym zwykli śmiertelnicy odpoczywają, a Donald Trump planuje kolejne aneksje. Po Wenezueli przyszła kolej na Kolumbię, Meksyk, Kubę, a nawet… Grenlandię. Ktoś tu chyba nie zaliczył kursu z prawa międzynarodowego, za to opanował do perfekcji doktrynę: „co moje — to moje, a co cudze — to potencjalnie moje”.
Zacznijmy od Wenezueli. Nicolás Maduro już w amerykańskich rękach, jego następczyni Delcy Rodríguez „współpracuje” z USA — choć z tonu Trumpa wynika, że jeśli tylko się zawaha, czeka ją los „gorszy niż Maduro”. O demokracji nikt już nawet nie udaje, że pamięta. Wenezuela ma być „odbudowana”, czyli… oddana w zarząd amerykańskim koncernom naftowym. Ropa to przecież waluta nowego mesjanizmu USA. Kraj w ruinie? Doskonale. Na gruzach szybciej stawia się bazy.
Ale to tylko początek. Kolumbia? Zdaniem Trumpa jej prezydent produkuje kokainę. Meksyk? „Rządzony przez kartele”. Kuba? „Gotowa do upadku”. Wszystkie te państwa brzmią w jego ustach jak zakurzone działki z ogłoszenia: „do wzięcia od zaraz”. A cała ta imperialna galopada opakowana jest w język zbawienia: „pomoc”, „stabilizacja”, „odbudowa”. Jak zawsze, kiedy nadciąga amerykańska kawaleria z beczką benzyny i flagą wolności.
Wisienką na tym geopolitycznym torcie absurdu pozostaje Grenlandia. Trump nie odpuszcza. Twierdzi, że USA „naprawdę potrzebują” tej lodowej wyspy — oficjalnie dla bezpieczeństwa, nieoficjalnie dla pokazania Europie, kto tu rozdaje arktyczne karty. Powołał nawet specjalnego wysłannika ds. „włączenia Grenlandii do USA”, a żona jednego z doradców zamieściła grafikę z mapą Grenlandii w barwach USA, podpisaną z rozbrajającą szczerością: „wkrótce”.
Dania odpowiedziała tak, jak wypada członkowi NATO i państwu z godnością. Premierka Mette Frederiksen jasno zadeklarowała: „nie jesteśmy na sprzedaż”. Unia Europejska wsparła Kopenhagę, wzywając USA do zaprzestania gróżb wobec suwerennego sojusznika. Trump, jak zwykle, wszystko to zbył żartem o „psich zaprzęgach”, a potem dodał, że Unia tak naprawdę chce, by USA wzięły Grenlandię pod swoje skrzydła. Kompletny surrealizm, który mógłby rozbawić, gdyby nie był realnym planem działania.
A co to oznacza dla Polski?
Z jednej strony, można wzdychać z podziwem nad precyzją amerykańskiej operacji specjalnej w Caracas. Z drugiej — trzeba wyciągnąć wnioski. Trump patrzy na sojuszników nie jak na partnerów, ale jak na narzędzia. Zasadę lojalności zastępuje logika przydatności. Jeśli więc dziś Wenezuela, jutro Kolumbia, a pojutrze Grenlandia, to kto nam zagwarantuje, że Polska nie stanie się „punktem strategicznym” do obrony przed chińskim dronem widzianym na radarze w Bieszczadach?
W świecie, gdzie ropa i wpływy liczą się bardziej niż traktaty, każdy słaby gracz staje się podatny na „ratunek” pod lufą. A Polska — ze swoją granicą z Rosją, przesmykiem suwalskim i wielkim apetytem na amerykański protektorat — balansuje na cienkiej linie pomiędzy bezpieczeństwem a byciem strategicznym zakładnikiem.
Trump traktuje świat jak planszę do Monopoly, na której porusza się instynktem gracza z syndromem boga. Europa — i Polska — powinny przestać się ekscytować spektakularnymi rajdami komandosów, a zacząć zadawać fundamentalne pytania: ile kosztuje przyjaźń z imperium? I czy jesteśmy gotowi zapłacić za nią suwerennością, kiedy rachunek przyjdzie bez ostrzeżenia?
Na koniec — ostrzeżenie w tonacji tragikomicznej. Patrząc na to, z jaką swobodą Trump rozdziela kontynenty, nie zdziwię się, jeśli któregoś dnia spojrzy na mapę Podkarpacia i rzuci: „tu też bym chciał ranczo”.

Dodaj komentarz