
Europa postanowiła się usamodzielnić. Wiadomość ta zaniepokoiła Donalda Trumpa, który od lat żądał, żeby Europa się usamodzielniła.
Na tym właśnie polega jego polityczny geniusz. Trump potrafi być jednocześnie za czymś, przeciwko temu i obrażony, że ktoś potraktował go poważnie. Przypomina ojca, który przez dwadzieścia lat krzyczy do syna: „Zacznij wreszcie żyć na własny rachunek!”, a kiedy syn znajduje pracę, wpada w furię, bo zatrudnił się u konkurencji.
Europa ma więc być silna, samodzielna i uzbrojona po zęby. Jest tylko jeden warunek: broń powinna kupować w Ameryce, części w Ameryce, oprogramowanie w Ameryce, serwis w Ameryce, a najlepiej również naboje, instruktorów i baterie do pilota.
Niepodległość tak, ale na amerykańskim systemie operacyjnym.
Trump nie jest zwykłym prezydentem. Jest komiwojażerem z bronią atomową. W jednej ręce trzyma parasol NATO, drugą sprawdza zdolność kredytową klienta. Najpierw grozi, że parasol zabierze, potem żąda dopłaty za rączkę, a na końcu przypomina, że samodzielne otwieranie powoduje utratę gwarancji.
Biały Dom z dumą ogłasza, że Trump zmusił Europę do zwiększenia wydatków obronnych. Przy okazji europejskie pieniądze szerokim strumieniem płyną do amerykańskich producentów Patriotów, Stingerów, samolotów, bomb i dronów. Europa ma brać odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo, najlepiej przelewem na konto Lockheed Martina.
Trumpowskie dzielenie ciężarów jest niezwykle sprawiedliwe: ciężar jest europejski, a dzielenie amerykańskie.
Przez lata Trump opowiadał, że Europejczycy leżą pod amerykańskim parasolem, popijają prosecco i czekają, aż chłopcy z Teksasu ochronią ich przed rosyjskimi czołgami. Europa w końcu wstała z leżaka i oznajmiła:
— Dobrze. Zbudujemy własny przemysł obronny.
— Jak to własny? — zdumiał się Trump.
Europa wyjaśniła, że skoro ma płacić więcej, chciałaby część pieniędzy wydawać u siebie: na własne fabryki, rakiety, satelity, samoloty i miejsca pracy.
Trump spojrzał na nią jak rzeźnik na klienta, który właśnie przeszedł na własne warzywa.
— Mieliście być samodzielni — zdawał się mówić. — Ale nie bezczelni.
Waszyngton chce bowiem, żeby Europa mniej zależała od Ameryki, lecz nadal zależała od amerykańskich producentów. To szczególny model małżeństwa: żona ma być niezależna finansowo, pod warunkiem że pensję przelewa mężowi.
Europa tkwi więc w związku toksycznym, tylko zamiast wspólnego kredytu hipotecznego ma F-35.
To samolot znakomity, niewidzialny dla radarów i doskonale widzialny dla księgowych. Kupując go, nabywa się nie tylko maszynę, lecz także dożywotnią więź z amerykańskim oprogramowaniem, częściami, serwisem i zgodami eksportowymi. F-35 to iPhone ze skrzydłami i rakietami. Europejczyk płaci fortunę za telefon, ale ładowarkę zachowuje Pentagon.
Z Patriotami jest jeszcze weselej, o ile ktoś potrafi się śmiać podczas alarmu przeciwlotniczego.
Ósmego lipca, na szczycie NATO w Ankarze, Trump obiecał Ukrainie licencję na produkcję pocisków Patriot. Po spotkaniu w Białym Domu 28 lipca Zełenski nadal był przekonany, że umowa obowiązuje. Dwa dni później Trump oznajmił, że właściwie „nie jest pewien”, ponieważ Ameryka musi uważać, komu przekazuje tak wyjątkową technologię.
Trumpowska obietnica wytrzymała więc około trzech tygodni. Dłużej niż jogurt po otwarciu, ale krócej niż przeciętny paragon za czajnik.
Ukraina usłyszała najpierw:
— Tak, możecie produkować.
Potem:
— Oczywiście, że możecie.
A następnie:
— Kto wam powiedział, że możecie?
To nie jest polityka zagraniczna. To reklamacja składana u człowieka, który jest równocześnie sprzedawcą, kierownikiem sklepu, rzecznikiem konsumentów i klientem miesiąca.
Trump tłumaczy, że trzeba uważać, komu daje się licencję. Rozumowanie jest żelazne. Ukraina, której miasta są ostrzeliwane rosyjskimi rakietami, musi przejść kontrolę wiarygodności. Rosja może natomiast produkować pociski bez licencji, zgody, formularza i opinii komisji etycznej.
Agresor wchodzi bez kolejki. Ofiara musi przynieść dwa zdjęcia, zaświadczenie o niekaralności i potwierdzenie, że rzeczywiście zamierza przeżyć.
Zełenski mówi, że pocisków potrzebuje „na wczoraj”. Ukraińskie zapasy się kurczą, a uruchomienie własnej produkcji potrwałoby latami. Trump tymczasem analizuje, czy wczorajsze „tak” nadal jest dzisiejszym „tak”, czy już może jutrzejszym „być może”.
Prezydent USA oznajmił również, że nie zabiega o pociski, lecz o pokój. To zdanie ma wzniosłość chirurga, który mówi:
— Nie zabiegam o skalpel. Zabiegam o zdrowie pacjenta.
Albo strażaka stojącego przed płonącym blokiem:
— Nie chodzi nam o wodę. Chodzi o zakończenie pożaru.
Trump chce pokoju. Problem w tym, że pokój bez obrony może się okazać rzeczywiście bardzo spokojny, szczególnie kiedy wszyscy zainteresowani już nie żyją.
Patriot stał się więc instrumentem pedagogicznym. Uczy Ukrainę cierpliwości, Europę pokory, a Putina, że warto poczekać na następną zmianę zdania w Białym Domu.
Europa próbuje wyrwać się z tej zależności. Zapowiada setki miliardów euro na obronność, wspólne zakupy i rozwój własnego przemysłu. Oczywiście Unia nawet do wojny przygotowuje się po europejsku: najpierw powołuje grupę roboczą, która ustali, jakiego koloru powinien być segregator z planem produkcji amunicji.
Nie należy jednak szydzić zbyt łatwo. Kontynent naprawdę pozostaje zależny od Stanów Zjednoczonych w rozpoznaniu satelitarnym, tankowaniu samolotów, transporcie, łączności i systemach dowodzenia. Europa ma żołnierzy, okręty, czołgi i samoloty, ale układ nerwowy wynajmuje od Amerykanów.
Może maszerować, salutować i defilować pod Łukiem Triumfalnym, lecz gdy trzeba odnaleźć cel, połączyć dane i skierować rakietę, odzywa się znajomy głos:
— Dzień dobry, tu amerykańska pomoc techniczna. Państwa bezpieczeństwo jest dla nas bardzo ważne. Prosimy nie odkładać słuchawki.
Europa może więc skonstruować własną, nowoczesną rakietę, która po starcie zapyta:
— A dokąd właściwie lecimy?
Przez trzydzieści lat kontynent oszczędzał na obronie i wierzył, że historia przeszła na emeryturę. Francuzi chcieli francuskiego samolotu, Niemcy niemieckiej fabryki, Włosi włoskiego kontraktu, a wszyscy wspólnego europejskiego sukcesu, pod warunkiem że zostanie wyprodukowany w ich okręgu wyborczym.
Rosja w tym czasie produkowała pociski, czołgi i telewizyjne kłamstwa.
Te ostatnie sprzedawały się szczególnie dobrze wśród amerykańskiej prawicy. Wystarczał mikrofon, groźna mina i zdanie „media wam tego nie powiedzą”, żeby każda bzdura natychmiast dostawała mundur generalski.
Laura Loomer, znana producentka teorii spiskowych ruchu MAGA, pojechała jednak do Ukrainy, trafiła podczas alarmu do schronu i odkryła, że rosyjskie rakiety naprawdę spadają. Oświadczyła później, że dała się nabrać propagandzie.
Cudowne są drogi poznania. Jedni potrzebują dokumentów, świadków i książek. Inni muszą usłyszeć eksplozję nad hotelem, aby dopuścić możliwość, że wojna nie jest podcastem.
W amerykańskiej prawicy trwa dziś wielkie przebudzenie moralne, przypominające wyprzedaż sezonową. Wczorajsze przekonania wynosi się na zaplecze, nowe ustawia na wystawie, a sprzedawcy zapewniają, że zawsze właśnie takie mieli.
Kiedy Putin wyglądał na silnego, influencerzy MAGA podziwiali Putina. Kiedy Ukraina zaczęła skutecznie atakować rosyjskie zaplecze, poczuli nagły przypływ sympatii do wolności. Nie jest to sumienie. To chorągiewka meteorologiczna z kontem na platformie X.
Trump działa podobnie, tylko z dostępem do kodów nuklearnych.
Jeszcze niedawno traktował Zełenskiego jak petenta, który przyszedł bez odpowiednio głębokiego ukłonu. Teraz przyjął go cieplej, obiecał licencję na Patrioty, a po dwóch dniach zaczął się zastanawiać, czy należy pozwolić Ukrainie tak skutecznie się bronić.
Trump szanuje bowiem dwa rodzaje ludzi: tych, którzy wygrywają, oraz tych, którzy mówią mu, że to on wygrał bardziej.
Jego polityka zagraniczna nie jest doktryną. To casting do programu rozrywkowego. Putin był silnym zawodnikiem, Zełenski wydawał się słaby, a Europa była bogata, więc należało wystawić jej rachunek. Kiedy sytuacja zaczęła się zmieniać, Trump przesunął pionki, nadal przekonany, że wynalazł planszę.
Największy paradoks polega na tym, że to właśnie on najmocniej pobudził Europę do myślenia o samodzielności. Zagroził osłabieniem NATO, zażądał większych wydatków, po czym oburzył się, gdy Europejczycy postanowili produkować własną broń.
To podpalacz skarżący się na rozwój branży gaśniczej.
Europa nie uniezależni się od USA jutro ani zapewne w tej dekadzie. Nie zastąpi szybko amerykańskich satelitów, Patriotów, F-35 i systemów dowodzenia. Nie można przez trzydzieści lat rozmontowywać fabryki, a potem w poniedziałek zarządzić suwerenności do piątku.
Zrozumiała jednak, że sojusz nie musi oznaczać zależności.
Dobry sojusznik pomaga stanąć na własnych nogach. Trump chce, żeby Europa stała sama, lecz wyłącznie w butach kupionych w jego sklepie, na podeszwach objętych amerykańską licencją i z ostrzeżeniem, że nieautoryzowany marsz unieważnia gwarancję.
Donald Trump nie chce Europy słabej, bo słaba Europa może być kosztowna. Nie chce także Europy silnej, bo silna mogłaby przestać być klientem. Marzy mu się Europa idealna: przestraszona, wypłacalna i grzecznie stojąca przy kasie.
Europa powinna mu więc podziękować. Żaden europejski polityk nie zrobił tyle dla idei strategicznej samodzielności, co ten pomarańczowy handlarz niepewnością.
A kiedy kontynent zbuduje własny dach, radar i fabrykę rakiet, Trump stanie przed kamerami, rozłoży ręce i ogłosi, że od początku właśnie o to mu chodziło.
Po czym wystawi fakturę za deszcz. Z terminem płatności do wczoraj.

Dodaj komentarz