TRAKTAT, BOMBER I CESARZE Z INTERNETU

Warszawa

Polska obudziła się dziś rano w świecie, który coraz bardziej przypomina skrzyżowanie kabaretu politycznego z poczekalnią u psychiatry po ciężkim dyżurze. Człowiek robi kawę, otwiera wiadomości i już po kilku minutach ma wrażenie, że Europa stoi na krawędzi wielkiej historycznej zmiany, ale prowadzą ją ludzie wyglądający momentami jak bohaterowie farsy wystawianej w domu kultury pod Radomiem.

Najpierw Donald Tusk pojechał do Londynu i podpisał z Keirem Starmerem traktat o bezpieczeństwie. Całość pachniała historią, chłodnym brytyjskim pragmatyzmem i lekkim zapachem geopolitycznej paniki unoszącej się nad Europą niczym mgła nad Tamizą. W tle była baza Northolt, Dywizjon 303, wspomnienia wojny, coraz bardziej agresywna Rosja i coraz bardziej rozedrgana Ameryka zajęta własnym politycznym kabaretem.

I rzeczywiście, to była jedna z tych chwil, kiedy człowiek przez moment odzyskuje wiarę, że na kontynencie są jeszcze politycy rozumiejący, iż bezpieczeństwo nie polega wyłącznie na robieniu patriotycznych selfie pod flagą.

Tusk wyglądał przy Starmerze trochę jak zmęczony nauczyciel historii, który po latach szkolnego chaosu próbuje poskładać klasę złożoną z piromanów, klasowych błaznów i uczniów zakochanych w teoriach spiskowych z YouTube.

Starmer natomiast sprawiał wrażenie brytyjskiego księgowego imperium, który właśnie odkrył, że Europa znowu musi nauczyć się żyć bez amerykańskiej niańki.

Bo świat naprawdę się zmienia i dzieje się to szybciej, niż polityczni komentatorzy są w stanie wymyślać nowe metafory. Ameryka coraz bardziej przypomina bogatego wujka, który przez lata sponsorował całą rodzinę, rozdawał prezenty, stawiał obiady i pouczał wszystkich przy stole, ale teraz siedzi obrażony w kącie, popija whisky i mamrocze pod nosem, że wszyscy go wykorzystywali.

Trump tymczasem wygląda jak pomarańczowy prorok narodowego gniewu, który przez pomyłkę dostał dostęp do armii, internetu i kamer telewizyjnych jednocześnie. Prowadzi politykę międzynarodową tak, jakby komentował galę wrestlingu sponsorowaną przez producenta steków, suplementów diety i tabletek na potencję dla zmęczonych milionerów z Florydy.

Europa patrzy na niego z mieszaniną strachu i zażenowania, mniej więcej tak, jak pasażerowie autobusu patrzą na kierowcę, który właśnie oznajmił, że będzie prowadził intuicyjnie.

I właśnie dlatego traktat Tuska ze Starmerem jest ważny. Bo Europa zaczyna rozumieć coś bardzo brutalnego. Że kiedy Ameryka urządza sobie polityczny konkurs ego między Trumpem, Vance’em i kolejnymi internetowymi prorokami republikańskiego chaosu, stary kontynent musi sam nauczyć się trzymać parasol podczas burzy.

Oczywiście polska prawica patrzy na to wszystko z miną ludzi, którym właśnie zabrano ulubioną zabawkę i kazano czytać raporty geopolityczne zamiast patriotycznych memów. Karol Nawrocki nadal chodzi po Polsce z wyrazem twarzy człowieka przekonanego, że osobiście utrzymuje Atlantyk w odpowiedniej odległości od Warszawy, a od jego porannego nastroju zależy bezpieczeństwo Europy Środkowej. W jego oczach widać tę szczególną mieszaninę patosu, narodowej egzaltacji i muzealnego uniesienia, która sprawia, że nawet przecięcie wstęgi przy otwarciu ronda mogłoby wyglądać jak finał bitwy o cywilizację zachodnią. A wokół niego oczywiście cały chór patriotycznych tenorów, gotowych śpiewać hymny ku czci suwerenności przy każdym mikrofonie i każdej kamerze.

Czarnek grzmi o wielkości narodu tonem obrażonego katechety, któremu uczniowie ukradli dziennik. Morawiecki wygląda jak bankowiec próbujący sprzedać narodowi kredyt hipoteczny na mesjanizm. Przydacz mówi o dyplomacji z takim namaszczeniem, jakby właśnie odkrył Amerykę między jednym briefingiem a drugim espresso. I wszyscy oni nadal wierzą, że wystarczy odpowiednio długo mówić słowo „suwerenność”, aby geopolityka zaczęła działać jak zaklęcie z Harrego Pottera dla prawicy.

Tymczasem prawdziwy świat robi swoje i, co najgorsze dla politycznych romantyków, robi to po cichu, bez orkiestry dętej i patriotycznych rac. Brytyjska zbrojeniówka weszła do Polski szerzej niż część polityków PiS do telewizji Republika. Są kontrakty, fregaty, amunicja, technologie i wojskowa współpraca, która nie potrzebuje codziennych konferencji prasowych ani przemówień o honorze narodu. To nudna, konkretna robota ludzi w garniturach, którzy wolą liczyć pociski niż lajki w mediach społecznościowych. I może właśnie dlatego okazuje się skuteczna.

Ale dzisiejszy dzień nie byłby polskim dniem politycznym bez odrobiny groteski.

Bo oto służby zatrzymują młodych ludzi odpowiedzialnych za serię fałszywych alarmów bombowych. Jeden z nich okazał się wręcz celebrytą terroru telefonicznego, internetowym piromanem emocji i cyberrecydywistą z ambicjami na własny dokument w streamingu. Człowiek najwyraźniej uznał, że najlepszym hobby XXI wieku jest „testowanie służb”, czyli współczesna wersja rzucania petard pod nogi sąsiadów, tylko z większym zasięgiem i dostępem do Wi-Fi.

I tutaj człowiek zaczyna naprawdę rozumieć, że żyjemy w epoce kompletnego przebodźcowania cywilizacyjnego. Kiedyś młodzi ludzie marzyli o podróżach, muzyce i wielkiej miłości. Dziś część z nich marzy o tym, żeby zrobić alarm bombowy i zobaczyć własny nick na portalu internetowym.

To jest właśnie duch naszych czasów. Cyfrowa samotność połączona z potrzebą wywołania paniki większej niż własne życie.

A gdzieś nad tym wszystkim unosi się jeszcze Ryszard Petru, który według plotek ma wejść do rządu. I tutaj przyznam, że polska polityka osiągnęła poziom absurdu przypominający serial pisany przez sztuczną inteligencję po zażyciu środków halucynogennych.

Petru wraca do wielkiej gry niczym bohater starego sitcomu, którego scenarzyści kilka sezonów temu wyrzucili z serialu, ale później odkryli ku własnemu zdumieniu, że publiczność jednak tęskni za jego niezamierzoną komedią i ekonomicznym slapstickiem.

Wyobrażam sobie tę scenę.

Donald Tusk siedzi wieczorem przy biurku. Europa się zbroi. Rosja grozi. Trump obraża pół świata. NATO skrzypi jak stary tramwaj. I wtedy ktoś pyta:

– A może Petru?

A Tusk patrzy przez chwilę w okno z miną człowieka, który już naprawdę widział w polityce wszystko.

Najbardziej wzruszające jest jednak to, że zwykły człowiek nadal próbuje w tym wszystkim normalnie żyć. Ludzie jadą rano do pracy, stoją w korkach, słuchają radia i próbują jeszcze zachować resztki zdrowia psychicznego między jedną wiadomością a drugą. Kupują truskawki droższe niż biżuteria dla kochanki prezesa spółki skarbu państwa, płacą rachunki i oglądają wiadomości pełne traktatów, wojen, bomberów, Trumpa, Putina i kolejnych wielkich historycznych momentów, które z dnia na dzień zaczynają przypominać odcinki politycznego serialu pisanego przez ludzi uzależnionych od adrenaliny. A potem wracają do domu i zastanawiają się, czy wystarczy do pierwszego. I może właśnie dlatego współczesna polityka jest jednocześnie tak śmieszna i tak przygnębiająca.

Bo świat naprawdę stoi dziś na granicy nowej epoki, ale opowiadają nam o niej ludzie przypominający momentami bohaterów tragikomedii wystawianej w remizie strażackiej podczas festynu z okazji Dnia Kartofla.

A jednak mimo całego tego cyrku Europa powoli dojrzewa. Brytyjczycy i Polacy podpisują traktaty. Ukraińcy nadal walczą. Rosyjscy oligarchowie błagają Putina o lasery przeciw dronom niczym dzieci proszące Świętego Mikołaja o nową zabawkę do zabijania. Trump nadal sprzedaje światu własne ego w złotym opakowaniu.

A Polska trwa dalej, trochę zmęczona, trochę przestraszona i trochę rozbawiona własnym losem. Trwa jak pasażer nocnego autobusu, który już dawno zrozumiał, że kierowca jest wariatem, część pasażerów kłóci się o ojczyznę, ktoś z tyłu śpiewa hymn, ktoś inny straszy wojną, ale mimo wszystko wszyscy po cichu liczą, że uda się jednak dojechać do końca trasy bez katastrofy.


  1. Elzbieta Swiecicka

    Trafność i tylko trafność. 😌

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights