
Pod koniec tygodnia „Rzeczpospolita” postawiła pytanie niezwykle polskie: co Karol Nawrocki ulepi z tego ciasta?
Chodzi oczywiście o prawicę. Ciasta mamy dużo. Problem polega na tym, że połowa składników się nie znosi, druga połowa uważa się za tort, a Grzegorz Braun najchętniej sprawdziłby gaśnicą, czy piekarnik jest koszerny.
Karol Nawrocki po pierwszym roku prezydentury najwyraźniej uznał, że nie wystarczy mu rola głowy państwa. Chciałby być jeszcze cukiernikiem całej prawicy, patronem piekarzy, kierownikiem sali, właścicielem lokalu i zapewne człowiekiem, którego podobizna zostanie wykonana z marcepanu na środku tortu.
Na rocznicowe obchody przyszli politycy różnych prawicowych szczepów, w tym ludzie związani z Mateuszem Morawieckim. Nie było Brauna. To jednak nie znaczy, że prawicowy tort będzie można upiec bez niego. Sondaże już wcześniej pokazywały, że bez Konfederacji Korony Polskiej stworzenie przyszłej większości prawicowej może być bardzo trudne.
Czyli przepis wygląda następująco:
Bierzemy Jarosława Kaczyńskiego. Dodajemy Mateusza Morawieckiego. Wsypujemy Mentzena. Dokładamy Bosaka. Ostrożnie dodajemy Brauna. Mieszamy.
Nie pochylać twarzy nad miską. Potem wszystko ma spoić Karol Nawrocki. Człowiek, który po roku prezydentury ma sto procent baterii, zapewne uważa, że da się zmiksować nawet cement.
Problem w tym, że Mateusz Morawiecki na razie nie cieszy się nadmiernym zainteresowaniem konsumentów. W sondażu SW Research 54,8 procent badanych odpowiedziało, że nie chciałoby go w przyszłym rządzie. Chciałoby 21 procent. Najbardziej sceptyczni są między innymi ludzie po pięćdziesiątce oraz najlepiej zarabiający.
Mateusz znalazł się więc w położeniu niezwykle niewygodnym. Chce wrócić do kuchni, ale goście pytają, czy nie można jednak zamówić czegoś bez Mateusza.
Jest to bolesne dla polityka, który przez lata przyzwyczaił się, że wszystko można przedstawić na slajdzie jako sukces. Gdyby Morawiecki sam prezentował ten sondaż, zapewne zobaczylibyśmy wykres zatytułowany: „Prawie połowa Polaków nie wyklucza Mateusza Morawieckiego z przyszłego rządu”. Pod spodem strzałka w górę. Obowiązkowo zielona. Bo Mateusz nie przegrywa. Mateusz znajduje się w początkowej fazie przyszłego zwycięstwa.
Jeszcze zabawniejszy jest sondaż partyjny ARC Rynek i Opinia. KO ma w nim 26 procent, PiS 21, Konfederacja 8, Braun 6, Lewica 5, Rozwój Plus Morawieckiego 4. Ale najpotężniejszą siłą polityczną Polski okazuje się „nie wiem” — 25 procent.
Co czwarty Polak nie wie, na kogo zagłosować. I to jest, moim zdaniem, najbardziej racjonalna partia w kraju. Program prosty. Nie wiemy. Kandydat nieznany. Premier do ustalenia. Stosunek do Unii: zobaczymy. Podatki: trudno powiedzieć. NATO: raczej. Aborcja: nie teraz. Lider: każdy, byle chwilę pomilczał.
Partia „Nie Wiem” ma jeszcze jedną zasadniczą przewagę: jako jedyna dotrzymuje wszystkich obietnic.
W tym miejscu Karol Nawrocki ma jednak szansę historyczną. Może spróbować zgromadzić wszystkie prawicowe kawałki pod swoim patronatem.
Kaczyński przyniesie przepis. Morawiecki blender. Mentzen kasę fiskalną. Bosak regulamin. Braun benzynę. Czarnek wodę święconą. A Nawrocki stanie na środku i oznajmi, że tort jest głosem narodu.
Przy czym pewną trudność stanowi fakt, że każdy chce być wisienką. Nikt nie chce być mąką. Kaczyński nadal uważa się za właściciela receptury. Morawiecki za nowoczesną cukiernię franczyzową. Mentzen chce sprzedawać bez podatku. Braun uważa, że Sanepid jest elementem globalistycznego spisku. A Nawrocki chciałby wejść do historii jako człowiek, który ich wszystkich posadził przy jednym stole.
To nie będzie koalicja. To będzie wesele po rozwodzie, na którym obie rodziny dostały po jednej butelce wódki i wspólny mikrofon.
Żebyśmy jednak nie sądzili, że tylko polityka straciła kontakt z rzeczywistością, w Gliwicach sześćdziesięcioletni rolnik wjechał Ursusem na świeżo położony asfalt i zaczął go orać. Uszkodził około 200 metrów drogi, a miasto wstępnie oszacowało straty na około 400 tysięcy złotych. Rolnik twierdził, że droga należy do niego; dokumenty i geodeta wskazują, że należy do miasta.
Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Przez całe życie myślałem, że rolnik orze ziemię. Współczesna Polska pokazuje, że przy odpowiednim poziomie przekonania można orać również asfalt.
To wydarzenie ma zresztą ogromny potencjał polityczny. Człowiek był przekonany, że coś jest jego, więc to zaorał. Czy naprawdę tak daleko odbiegamy od bieżącej polityki? Jedni uważają państwo za swoje. Drudzy Trybunał. Trzeci media. Czwarty naród. Rolnik przynajmniej przyjechał Ursusem i uczciwie pokazał, co zamierza zrobić.
W polityce częściej najpierw słyszymy o reformie. Dopiero potem widzimy bruzdy.
Rząd tymczasem pracuje nad uszczelnieniem systemu fotoradarowego. Projekt przewiduje między innymi nowe rozwiązania wobec właścicieli samochodów, którzy nie odbierają korespondencji albo nie odpowiadają na wezwania, oraz stworzenie Centralnego Rejestru Naruszeń. To również krok cywilizacyjny. Państwo zrozumiało wreszcie polskiego kierowcę. Polski kierowca po otrzymaniu listu z fotoradaru od lat przechodził niezwykłą przemianę neurologiczną. Nie pamiętał, kto prowadził. Nie wiedział, gdzie był. Nie znał samochodu. Nie rozpoznawał żony. Czasem prawdopodobnie zapominał własnego imienia. Na zdjęciu siedział za kierownicą, miał swoje okulary, swój samochód i swój brzuch, ale administracji odpowiadał filozoficznie: „Trudno ustalić”.
Państwo powiedziało więc: dobrze, skoro nie wiecie, kto jechał, będziemy dokładniej pamiętać za was. Centralny Rejestr Naruszeń brzmi przy tym tak imponująco, że natychmiast zaproponowałbym rozszerzenie go na polityków. Przekroczenie prędkości — 10 punktów. Przekroczenie kompetencji — 15. Jazda pod prąd opinii publicznej — 8. Ucieczka z własnej partii bez kierunkowskazu — 12. Przejazd na czerwonym świetle Konstytucji — utrata prawa do prowadzenia państwa na trzy miesiące. Przy recydywie konfiskata mównicy.
Jest też dobra wiadomość dla dzieci. Komisja Kodyfikacyjna Prawa Rodzinnego proponuje, aby już dziesięciolatek musiał wyrazić zgodę na zmianę własnego nazwiska. Dziś taka zgoda jest wymagana od trzynastego roku życia. To bardzo rozsądne. Dziesięciolatek wie już przecież doskonale, jak się nazywa. Co więcej, w niektórych sprawach może wykazywać większą dojrzałość niż dorosły obywatel. Dziesięciolatek zapytany, czy chce zmienić nazwisko, prawdopodobnie odpowie: „Nie”.
Dorosły zapytany, czy chce zmienić cały system ustrojowy kraju, odpowie: „A kto będzie w telewizji?” Zastanawiam się tylko, czy tego rozwiązania nie należałoby rozszerzyć na partie polityczne. Każdy wyborca, który przez dziesięć lat głosował na PiS, powinien mieć prawo wyrazić zgodę, zanim jego ugrupowanie zmieni nazwę na „bardziej radykalne PiS”.
Wyborca Morawieckiego powinien być pytany, czy „Rozwój Plus” to rzeczywiście nowe nazwisko, czy tylko zmiana fryzury. Wyborcy Polski 2050 powinni mieć możliwość zachowania dotychczasowej nazwy przynajmniej do roku 2050, bo inaczej całe przedsięwzięcie nabiera znamion przedterminowego rozwiązania umowy.
Największy prezent soboty przyniosła jednak Coca-Cola. Firma znalazła się w ogniu krytyki, gdy użytkownicy zaczęli pokazywać, że internetowy system personalizacji puszek miał blokować niektóre hasła chrześcijańskie, takie jak „Kocham Jezusa”, podczas gdy część zwrotów odnoszących się do Szatana przechodziła dalej. Coca-Cola przyznała, że narzędzie miało problem techniczny i czasowo wyłączyła część funkcji.
Technologia osiągnęła więc etap, na którym automat sprzedający napoje musi rozstrzygać kwestie teologiczne. Święty Augustyn potrzebował kilkudziesięciu lat. Tomasz z Akwinu napisał „Summę teologiczną”.
Coca-Cola ma filtr treści. Najwyraźniej system uznał, że Szatan mieści się w regulaminie, a Jezus narusza warunki promocji.
Nie chciałbym przesadzać, ale podejrzewam, że gdyby sprawa wydarzyła się w Polsce, w ciągu sześciu godzin mielibyśmy konferencję Czarnka, interpelację parlamentarną, egzorcyzm puszki oraz pytanie Grzegorza Brauna, kto jest właścicielem Pepsi.
Koncern tłumaczy awarię problemem technicznym. I słusznie. Szatan od wieków korzysta z luk w systemie.
Na szczęście sztuczna inteligencja rozwija się równie uspokajająco. Geoffrey Hinton, jeden z pionierów AI i noblista, ostrzega, że coraz bardziej zaawansowane systemy mogą być trudniejsze do kontrolowania. W specjalnie zaprojektowanych testach autonomiczni agenci wykorzystywali luki, zdobywali dodatkowe uprawnienia, a część prób pokazała również zachowania manipulacyjne.
Czyli sztuczna inteligencja nauczyła się już trzech podstawowych cech polityka: obchodzi zabezpieczenia, poszerza kompetencje, a potem przekonuje człowieka, że robi to dla jego dobra.
Jeszcze chwila i AI założy własne stowarzyszenie Rozwój Plus. Nie jestem tylko pewien, czy zdoła wejść do Sejmu. Przy czterech procentach poparcia Morawieckiego konkurencja w centrum jest wyjątkowo silna.
Donald Trump natomiast zapewnia, że jego wyborcy nie są źli na niego, tylko na Republikanów. Problem polega na tym, że lipcowy sondaż AP-NORC dawał pozytywną ocenę jego prezydentury zaledwie 33 procentom Amerykanów. Trump odpowiada, że jego „prawdziwe” wyniki są znacznie lepsze.
Uwielbiam tę szkołę statystyki. Jeżeli sondaż jest dobry — przemówił naród. Jeżeli zły — ankieterzy źle zapytali naród. Jeżeli bardzo zły — naród wprawdzie tak odpowiedział, ale nie to miał na myśli. Trump wynalazł więc demokrację kwantową. Poparcie jednocześnie istnieje i nie istnieje, dopóki Donald nie otworzy pudełka.
Amerykańscy generałowie mają jednak bardziej przyziemne zmartwienia. Według informacji CNN najwyższy rangą amerykański wojskowy, generał Dan Caine, ma przekonywać otoczenie Trumpa, że USA powinny znaleźć drogę wyjścia z wojny z Iranem; zwraca też uwagę na ograniczenia nalotów i kurczące się zapasy części amunicji.
To interesujący moment w historii cywilizacji. Generał tłumaczy prezydentowi, że może nie należy dalej wojować. Prezydent tłumaczy generałom, że wie lepiej, a świat czeka na cenę baryłki.
Kiedyś to wojskowi marzyli o wojnie, a cywile ich powstrzymywali. Dziś generał musi czasem wejść do gabinetu cywila i powiedzieć: „Panie prezydencie, może dzisiaj bez bomby.”
Europa w tym czasie patrzy na gazomierz. Niemieckie magazyny gazu są wypełnione tylko w około 47 procentach, czyli na historycznie niskim poziomie dla tej pory roku, a średnia dla UE wynosi około 58 procent. Wojna z Iranem i sytuacja na rynku LNG utrudniają odbudowę zapasów przed zimą.
Sierpień. Trzydzieści stopni. Człowiek siedzi w krótkich spodniach. Europa już martwi się kaloryferem. To również jest dojrzałość.
Po siedemdziesiątce robi się podobnie. Latem człowiek nie myśli: „jak pięknie świeci słońce”. Myśli: „Ciekawe, jakie będą rachunki w styczniu”.
I właśnie dlatego z wielką sympatią przeczytałem, że na Węgrzech kandydatem na prezydenta został 73-letni Andras Baka, były prezes Sądu Najwyższego. Jego kandydaturę wystawiła rządząca Tisza Petera Magyara.
Siedemdziesiąt trzy lata! Na Węgrzech najwyraźniej odkryto, że człowiek po siedemdziesiątce nadal może odróżniać Konstytucję od instrukcji obsługi grilla.
To wiadomość dla mnie bardzo krzepiąca. Zwłaszcza że Baka jest prawnikiem i byłym prezesem Sądu Najwyższego. Czyli zna prawo. W naszym regionie jest to już kwalifikacja niemal ekstrawagancka.
Warszawa natomiast przygotowuje się do defilady wojskowej. W weekend zamknięto duże odcinki Wisłostrady, dwa mosty i kładkę na czas prób, w tym przelotu samolotów.
To piękne zakończenie tygodnia. Prawica próbuje się zjednoczyć. Morawiecki próbuje wejść do przyszłego rządu. Nawrocki próbuje zostać patronem całego obozu. Rolnik próbuje odzyskać drogę pługiem. Coca-Cola próbuje odróżnić Jezusa od Szatana. Sztuczna inteligencja próbuje wyjść poza swoje uprawnienia. Trump próbuje przekonać Amerykanów, że bardziej go popierają, niż sądzą. Niemcy próbują nie martwić się pustym magazynem gazu, a warszawiak próbuje przejechać na drugą stronę Wisły. Każdy ma swój projekt cywilizacyjny.
Najbardziej ciekawi mnie jednak ten pierwszy. Co Karol Nawrocki ulepi z prawicowego ciasta? Być może wielki tort. Być może zakalec. Być może coś przypominającego współczesną politykę: z zewnątrz dużo lukru, na górze flaga, w środku kilka warstw, które nie chcą się ze sobą połączyć, a na spodzie rachunek, którego nikt nie chce zapłacić.
Nawrocki ma jedną przewagę. Sto procent baterii. Tyle że w piekarniku ważniejszy jest termostat. Bo nawet najpiękniejszy tort, jeśli grzeje się go bez opamiętania, w końcu się przypala, a wtedy pozostaje już tylko Braun. On przynajmniej zawsze ma czym zgasić.

Dodaj komentarz