






Czyli Polska i świat w dniu, w którym wszyscy coś ratowali, ale głównie własny wizerunek
Dzisiejszy dzień był pięknym dowodem na to, że współczesny świat przypomina już nie tyle rzeczywistość polityczną, ile gigantyczny feed internetowy zarządzany przez człowieka po trzech kawach i jednym załamaniu nerwowym.
Oto bowiem rano dowiedzieliśmy się, że pierwszą ofiarą techno w Polsce nie został klubowicz po tabletkach z podejrzanym nadrukiem delfina, ale dyrektor Muzeum Pałacu w Wilanowie.
Tak. W kraju, w którym politycy potrafią przeżyć aferę wizową, Pegasusa, respiratory od handlarza bronią i znikające miliony ze spółek Skarbu Państwa, prawdziwą granicą nie do przekroczenia okazał się rave między krzakami.
Ministra kultury najwyraźniej uznała, że można jeszcze tolerować średniowieczne standardy debaty publicznej, ale techno przy pałacu Jana III Sobieskiego to już jednak barbarzyństwo. Dyrektor muzeum próbował się bronić. Mówił o „prowokacji artystycznej”. Cieszył się ze zniszczonego trawnika. Twierdził, że teraz będzie można go zrewitalizować. To już nie była obrona. To był TED Talk człowieka, który właśnie odkrył, że można stracić stanowisko przez ludzi tańczących do niemieckiego umcy-umcy.
Najpiękniejsze jest jednak to, że Polska natychmiast wróciła mentalnie do lat 90. Jeszcze chwila i „Alarm!” TVP zacznie emitować materiały o młodzieży słuchającej techno, która następnego dnia nie odróżnia Chopina od ekspresu do kawy. A przecież techno od lat próbowało się wybielić. Były festiwale sztuki. Były dyskusje o kulturze klubowej. Były eseje o wspólnocie i wolności. I wszystko to runęło przez jeden stratowany trawnik pod Wilanowem. Techno przegrało z kostką brukową.
W tym samym czasie świat również postanowił przypominać kabaret polityczny. Donald Trump pojechał do Pekinu, a Chiny spokojnie uznały, że czas gra na ich korzyść.
I trudno im się dziwić. Ameryka wygląda dziś momentami jak imperium, które jednocześnie chce być policjantem świata, influencerem demokracji i starszym panem krzyczącym na internet. Trump tymczasem podróżuje po świecie jak bogaty wujek, który przyjechał na wesele głównie po to, żeby wszystkim przypomnieć, że nadal ma własną firmę. Europa patrzy na to wszystko z miną księgowej odkrywającej, że dwóch najważniejszych klientów właśnie zaczęło rzucać w siebie kalkulatorami.
A skoro już o chaosie mowa — PiS urządził sobie kolejne burzliwe posiedzenie klubu. Jarosław Kaczyński podobno znowu mówił o jedności.
To niezwykłe. PiS nawołuje do jedności mniej więcej tak często, jak małżeństwa na skraju rozwodu mówią dzieciom, że „tatuś z mamusią tylko głośniej dyskutują”.
Morawiecki miał być blady. Czarnek miał krzyczeć. Elżbieta Witek miała moralizować. Czyli standardowy dzień w politycznym domu spokojnej starości imienia Nowogrodzkiej. Partia, która przez lata opowiadała o „silnym państwie”, dziś wygląda jak grupa ludzi próbujących jednocześnie przejąć stery Titanica i sprzedać pasażerom patriotyczne kubki.
W dodatku wszystko dzieje się w momencie, gdy gospodarka rośnie o 3,4 proc., czyli dokładnie tyle, żeby rząd mówił o sukcesie, ekonomiści o lekkim rozczarowaniu, a przeciętny obywatel nadal zastanawiał się, dlaczego pomidor kosztuje tyle co biżuteria.
Na świecie też było wesoło. Kuba błaga o paliwo. Łotewski rząd przewracają drony. Brytyjski minister zdrowia odchodzi, bo stracił zaufanie do premiera.
Współczesna polityka przypomina już momentami grupowy kryzys psychiczny transmitowany na żywo. Szczególnie piękna była wiadomość o tym, że były współpracownik Zełenskiego chodził po rady do wróżki. To zresztą cudownie symboliczne dla naszych czasów. Eksperci mają modele ekonomiczne. Analitycy mają algorytmy. Think tanki mają raporty. A politycy i tak ostatecznie pytają kobietę od kart tarota, czy Mars jest dziś w dobrym humorze. I być może właśnie dlatego świat wygląda tak, jak wygląda.
W Polsce tymczasem Rafał Trzaskowski ogłaszał Warszawę „otwartą”, uruchamiając transkrypcje małżeństw jednopłciowych. To piękny kontrast. W jednej części kraju politycy próbują dostosować państwo do XXI wieku. W drugiej Czarnek prawdopodobnie nadal uważa, że internet był błędem kulturowym.
A nad tym wszystkim unosi się duch sztucznej inteligencji. „Claude pokonał ChatGPT” — ogłaszają media.
Wspaniale! Ludzkość właśnie stoi wobec kryzysu demokracji, wojen, polaryzacji, kryzysu klimatycznego i technologicznego chaosu, ale najważniejsze pozostaje pytanie, który chatbot szybciej napisze maila do działu HR. To trochę tak, jakby podczas końca świata ludzie kłócili się, która marka tostera najlepiej przypieka chleb.
A jednak najbardziej wzruszające było dziś Cannes. Film o Samuelu Patym. Nauczycielu zamordowanym za pokazanie karykatur. W świecie pełnym politycznych wygłupów, ego celebrytów i medialnego hałasu nagle pojawiło się przypomnienie, że wolność słowa nadal kosztuje naprawdę dużo. I że pod całą tą groteską współczesności istnieją jeszcze rzeczy poważne.
Choć trzeba przyznać, że współczesny świat robi wszystko, żebyśmy o nich zapomnieli. Bo przecież dużo łatwiej ekscytować się techno w Wilanowie, wojną frakcji w PiS albo kolejnym panelem o AI niż zastanawiać się, dlaczego demokracje coraz bardziej przypominają reality show produkowane przez ludzi z ADHD.
Dzisiejszy dzień był więc idealnym streszczeniem naszych czasów. Politycy walczą o władzę. Technologia walczy o uwagę. Media walczą o kliknięcia. Społeczeństwa walczą ze sobą.
A gdzieś pośrodku stoi człowiek. Zmęczony. Przebodźcowany. Przewijający wiadomości szybciej, niż jest w stanie je zrozumieć. I tylko czasem patrzy na to wszystko z cichą refleksją:
— Może jednak ten rave w Wilanowie nie był największym problemem świata.
Chociaż oczywiście dla polskiej polityki był. W końcu u nas dużo łatwiej odwołać dyrektora za techno niż polityka za katastrofę.
I może właśnie to jest najcelniejsze podsumowanie dzisiejszego dnia. Czyli standardowy czwartek cywilizacji zachodniej.

Dodaj komentarz