TAŚMY, ROSJANIE I 200 MILIONÓW DOLARÓW, CZYLI POLSKA W WERSJI SZPIEGOWSKIEJ

Warszawa

Są artykuły, które się czyta, i są takie, przy których człowiek co kilka akapitów sprawdza, czy przypadkiem nie przeszedł z Onetu na Netflix. Ten należy zdecydowanie do drugiej kategorii.

Całość warto przeczytać tutaj: „Jak prywatny detektyw handlował taśmami polityków. Od Jana Kulczyka chciał ogromnej kwoty” – Onet

Punktem wyjścia jest stara afera podsłuchowa, ta od kelnerów, restauracji „Sowa i Przyjaciele”, polityków mówiących rzeczy, których politycy zwykle nie mówią wtedy, kiedy mikrofon leży na stole oficjalnie. Afera, która w 2014 roku zatrzęsła polską polityką i pomogła zmienić jej bieg. Tyle znamy. Teraz Sebastian Białach z Onetu zagląda pod dywan, a tam — jak to w Polsce — okazuje się, że pod dywanem jest jeszcze piwnica, pod piwnicą tunel, a w tunelu ktoś właśnie negocjuje z Rosjanami.

Głównym bohaterem tej opowieści jest Krzysztof S., prywatny detektyw z Lublina, człowiek otoczony aurą taką, że rozmówcy dziennikarza na dźwięk nazwiska zaczynają przypominać bohaterów sycylijskiego filmu: jedni nie chcą mówić, inni radzą zostawić temat, jeszcze inni zaznaczają, że to „niebezpieczny człowiek”. Sam zainteresowany twierdzi oczywiście, że wiele opowieści na jego temat to legendy.
I tutaj zaczyna się handel.

Nie pietruszką. Nie samochodami. Taśmami z politykami i miliarderami.

Według zeznań przywołanych przez Onet w grę miało wchodzić kilkadziesiąt nagrań. Padają nazwiska Jana Kulczyka, Zygmunta Solorza, Radosława Sikorskiego, Elżbiety Bieńkowskiej, Pawła Wojtunika, Sławomira Nowaka, Lecha Wałęsy i wielu innych. Nad wszystkim zaś unosi się jak duch Hamleta legenda nagrania Donalda Tuska, którego nikt publicznie nie słyszał, ale które od lat podobno gdzieś jest, było albo mogło być.

Najbardziej zachwycają mnie ceny. Według jednego z zeznań za nagrania dotyczące Jana Kulczyka Krzysztof S. miał rzucić kwotę 200 milionów dolarów. Dwieście milionów. Za taśmy. Przy takich stawkach człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego polska polityka jest droga.

Ja dotychczas sądziłem naiwnie, że kompromitujące nagranie kosztuje tyle, co dyktafon, karta pamięci i obiad u Sowy. Tymczasem okazuje się, że funkcjonował tu niemal rynek dóbr luksusowych. Rolex, jacht, willa na Lazurowym Wybrzeżu, rozmowa polskiego miliardera przy carpaccio.

Jeszcze ciekawiej robi się, kiedy na scenę wchodzą Rosjanie. Według zeznań części świadków miało być planowane spotkanie w Wiedniu z rosyjskimi zainteresowanymi zakupem nagrań, a jeden z rozmówców Onetu twierdzi wręcz, że takich wiedeńskich spotkań było więcej i że Rosjanie odsłuchiwali tam taśmy. Krzysztof S. temu zaprzecza i nazywa wiedeński wątek wymysłem. Czyli mamy wszystko, czego wymaga porządna historia szpiegowska: Wiedeń, Rosjan, setki milionów, nośniki danych oraz dwóch ludzi opowiadających o tym samym wydarzeniu rzeczy wzajemnie wykluczające się.
John le Carré miał łatwiej. On mógł wszystko wymyślić. Tu trzeba było prowadzić śledztwo.

Jest jeszcze tajemniczy Norbert P., człowiek mający rozległe kontakty rosyjskie, który otrzymywał próbki nagrań na kartach pamięci, część przekazał CBA, a potem po prostu zniknął. Onet pisze, że dziś nie wiadomo, gdzie jest, ani nawet czy żyje.

I w tym miejscu polska afera polityczna ostatecznie przechodzi w literaturę. Bo jeśli w jednym tekście mamy prywatnego detektywa, byłych funkcjonariuszy służb, kelnerów, miliarderów, rosyjskie kontakty, Wiedeń, tajemnicze karty SD, oprogramowanie szpiegujące, człowieka, który znika bez śladu, oraz pendrive wyrzucony przez okno na trawnik, to nie jest już zwykła afera.

To jest „Rękopis znaleziony w Saragossie” dla Centralnego Biura Śledczego.

Najważniejsze jednak, żeby nie zgubić się w sensacyjności. Część opisanych zdarzeń wynika z zeznań świadków, część została potwierdzona w postępowaniach sądowych, część pozostaje sporna, a sam Krzysztof S. zaprzecza, żeby sprzedawał taśmy Rosjanom czy posiadał nagrania Tuska. W pierwszej instancji został natomiast skazany w sprawie udostępniania nagrań; sąd uznał za wiarygodne kluczowe zeznania dotyczące prób ich sprzedaży. Od wyroku złożono apelacje.

I właśnie dlatego warto przeczytać cały tekst, a nie tylko nagłówki. Bo najciekawsze pytanie nie brzmi nawet: kto kogo nagrywał?

Brzmi: kto właściwie miał wszystkie nagrania, kto próbował je kupić, kto ich słuchał i gdzie są te, których nigdy nie poznaliśmy?

Afera podsłuchowa miała być kiedyś historią kilku kelnerów i biznesmena. Po dwunastu latach coraz bardziej przypomina szafę, z której co jakiś czas wypada następny trup, teczka albo karta SD.

I najbardziej niepokojące jest to, że po lekturze tekstu Onetu człowiek nie ma poczucia, iż właśnie poznał rozwiązanie zagadki. Przeciwnie. Ma wrażenie, że dopiero przeczytał pierwszy rozdział. To naprawdę jeden z tych materiałów, które warto przeczytać do końca — nie tylko dla sensacji, ale dlatego, że pokazuje, jak wiele pytań wokół afery taśmowej nadal pozostaje bez odpowiedzi.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights