TAK JEST, CZYLI DZIWNY STAN RZECZY

Warszawa

Wtorek przyniósł wiadomość smutną. Zmarł Andrzej Morozowski — dziennikarz, który przez lata prowadził rozmowy polityczne bez potrzeby udowadniania, że jest ważniejszy od rozmówcy. Miał 69 lat, z TVN24 był związany od początku istnienia stacji, prowadził między innymi program „Tak jest”.

Odszedł człowiek, dla którego fakt nie był plasteliną, pytanie nie było obelgą, a wywiad nie polegał na czterdziestominutowym przerywaniu samemu sobie. Potrafił rozmawiać z politykami bez krzyku, piany i miny człowieka, który właśnie odkrył zdradę ojczyzny w przecinku.

Będzie go brakowało szczególnie teraz, gdy polska polityka przechodzi ze stanu ciekłego w gazowy. Rozmówcy nie odpowiadają już na pytania. Rozpylają stanowiska. Po programie trzeba wietrzyć studio.

Morozowski z pewnością zainteresowałby się wtorkową diagnozą Jarosława Kaczyńskiego, według którego Mateusz Morawiecki znajduje się „w jakimś dziwnym stanie”. Prezes PiS zasugerował również, że były premier atakuje własną partię, unika odpowiedzialności za decyzje swojego rządu i wprowadza w błąd ludzi liczących na przyszłe wspólne listy.

Morawiecki rzeczywiście znajduje się w stanie osobliwym. Jest to stan skupienia po odparowaniu lojalności.

Jeszcze niedawno był najwierniejszym premierem prezesa, choć prezes wymieniał mu ministrów, wyznaczał kierunek, regulował temperaturę w gabinecie i zapewne ustalał, które slajdy wolno pokazywać po obiedzie. Dziś Mateusz odkrywa, że trudne decyzje podejmowali inni, a on jedynie przechodził korytarzem z prezentacją o elektromobilności.

Polski Ład uchwalił się sam. Prawo aborcyjne zaostrzyło się wskutek samoistnego ruchu tektonicznego Trybunału. Telewizja publiczna bez niczyjej pomocy zamieniła się w zakład przemysłowego przetwarzania obelg. Morawiecki zaś przez sześć lat przypadkiem pełnił urząd premiera, podobnie jak pasażer przypadkiem prowadzi autobus, siedząc za kierownicą i zmieniając biegi.

Kaczyński nie znajdował się od ćwierć wieku w sytuacji, w której prawica przestaje mieścić się w jego kieszeni. Nic dziwnego, że reaguje nerwowo. Człowiek przez lata hoduje partię, podlewa ją konfliktem, nawozi wrogami narodu, przycina umiarkowanych, aż w końcu przychodzi bankier i zabiera czterdziestu posłów, senatora oraz grill.

Prezes przypomina dziś właściciela restauracji, który odkrył, że szef kuchni otworzył lokal naprzeciwko, skopiował menu, przejął kelnerów i reklamuje się jako ta sama kuchnia, tylko bez starego zapachu z zaplecza.

Morawiecki nie zerwał z PiS. On jedynie wyniósł z niego część wyposażenia i teraz twierdzi, że urządza centrum.

W ramach odzyskiwania inicjatywy partia Kaczyńskiego zapowiedziała, że jeśli Senat odrzuci prezydencki pomysł referendum klimatycznego, PiS złoży projekt ustawy wyprowadzającej Polskę z systemu ETS.

Pomysł unieważnienia europejskiego systemu polską ustawą jest przepiękny w swojej dziecięcej prostocie. Wkrótce można się spodziewać ustawy o wystąpieniu z grawitacji, projektu uchylającego listopad oraz rozporządzenia, zgodnie z którym wiatr zachodni będzie zobowiązany do wcześniejszego zgłoszenia przekroczenia granicy.

Przemysław Czarnek mógłby dodatkowo zaproponować, by dwutlenek węgla został uznany za gaz patriotyczny i odtąd nie mógł opuszczać polskiego komina bez zgody wojewody oraz opinii Instytutu Pamięci Narodowej.

PiS chce bowiem czystych lasów, taniego prądu, silnego przemysłu i niskich emisji, ale bez nieprzyjemnej konieczności ponoszenia kosztów, dokonywania zmian i ograniczania czegokolwiek.

Jest to ekologizm tradycyjny: las ma być zielony, elektrownia czarna, rachunek cudzy, a klimat powinien wykazać więcej zrozumienia dla polskiej specyfiki.

Karol Nawrocki również przeżył wtorek w stanie podwyższonej godności. Po krytyce ułaskawienia Piotra „Starucha” Staruchowicza rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz oznajmił: „Wara od prerogatyw prezydenta”.

„Wara” jest świeżym i obiecującym terminem polskiego prawa konstytucyjnego.

Dotychczas prawnicy posługiwali się pojęciami kontroli społecznej, odpowiedzialności politycznej, kompetencji organów oraz debaty publicznej. Pałac Prezydencki uprościł system do poziomu tabliczki zawieszonej na wiejskiej bramie.

Prezydencka prerogatywa stała się podwórkiem. Przy wejściu siedzi rzecznik. Na płocie stoi „Staruch”. Demokracja może się przyglądać, ale z odpowiedniej odległości, ponieważ gospodarz wypuścił konstytucję bez kagańca.

Nikt rozsądny nie kwestionuje, że prezydent miał prawo skorzystać z prawa łaski. Miał. Obywatele mają jednak równie oczywiste prawo oceniać sposób, w jaki z niego korzysta. Na tym właśnie polega demokracja, dopóki Kancelaria Prezydenta nie ustali, że kończy się ona trzy metry przed Pałacem, a krytyka głowy państwa wymaga kasku, ochraniacza na zęby i znajomości zasad ustawki.

Nawrocki uznał czyn „Starucha” za incydentalny. Incydentalne było stanie na płocie. Incydentalny był telefon do programu z udziałem przyszłego dobrodzieja. Incydentalne było wszczęcie procedury przez samego prezydenta. Incydentalne było darowanie zakazu oraz zatarcie skazania.

Wszystkie te drobne incydenty razem tworzą jedynie trwały, ustabilizowany i dobrze nagłośniony tryb koleżeński.

Piotr Pytel, który przesiedział dwadzieścia dwa lata za zbrodnię, której według polskich ustaleń nie popełnił, otrzymał wolność z pięcioletnim dozorem kuratora. „Staruch” odzyskał stadion bez okresu próby i bez konieczności udowadniania, że odróżnia krzesełko od ogrodzenia.

Niewinnego należy obserwować. Swojemu należy oddać mikrofon.

Pałac nazywa to autonomicznym wykonywaniem prerogatywy. Z dalszej odległości wygląda to jak selekcja przed klubem, w którym na wejściu liczą się znajomości, obuwie i właściwy szalik.

Tymczasem nad Bałtykiem polskie samoloty ponownie przechwytywały rosyjskie maszyny — dwa myśliwce Su-30 oraz samolot rozpoznawczy Ił-20. Rosjanie testują reakcje NATO z cierpliwością człowieka, który codziennie naciska klamkę sąsiada, a po schwytaniu tłumaczy, że tylko sprawdzał jakość zamka.

Polskie lotnictwo zadziałało prawidłowo. Maszyny rozpoznano, przechwycono i odprowadzono.

Szkoda, że podobnej pary dyżurnej nie można poderwać nad Nowogrodzką. Jeden myśliwiec pilnowałby Kaczyńskiego, drugi Morawieckiego, a system radarowy próbowałby ustalić, który z nich naprawdę opuścił przestrzeń PiS, a który jedynie wykonuje manewr taktyczny przed wspólnym lądowaniem.

Rosjanie badają naszą obronę, podczas gdy Szwedzi przygotowują społeczeństwo na możliwość sabotażu, wojny hybrydowej, operacji sił specjalnych oraz ataków rojów dronów ukrytych w kontenerach portowych.

Szwecja, dawniej kojarzona z pokojem, socjaldemokracją, klopsikami i kluczem imbusowym, coraz bardziej przypomina instrukcję składania schronu.

Elementy należy połączyć zgodnie z rysunkiem. Obronę przeciwlotniczą dokręcić mocno, lecz bez użycia siły. Pozostałych śrub nie wyrzucać, ponieważ mogą być potrzebne podczas rosyjskiego sabotażu infrastruktury krytycznej.

Na Bliskim Wschodzie sytuacja była jeszcze spokojniejsza, czyli region znajdował się „na granicy katastrofy”. Konflikt Stanów Zjednoczonych, Izraela i Iranu rozlewa się na Irak, Jordanię, Liban, Jemen i państwa Zatoki. Eksperci mówią o strategicznym pacie, który może trwać długo, ponieważ żadna ze stron nie wie, jak wygrać, lecz wszystkie doskonale wiedzą, jak nie przestać strzelać.

Rozstrzygnięcie podobno może nadejść we wrześniu. Na Bliskim Wschodzie wszystko może rozstrzygnąć się we wrześniu, chyba że już rozstrzygnęło się w sierpniu, o czym dowiemy się w październiku z analizy wyjaśniającej, dlaczego właściwie nic się nie rozstrzygnęło.

Donald Trump wstrzymał atak, Iran zachował czerwone linie, Izrael czeka na okazję, Arabia Saudyjska obserwuje Huti, a reszta świata śledzi cenę baryłki.

Pokój stał się instrumentem finansowym. Jest notowany codziennie, podlega spekulacji i najczęściej traci wartość przed zamknięciem giełdy.

Jedynym uczestnikiem wtorku, który zachował całkowitą szczerość, był wulkan Fuego w Gwatemali. Nie opublikował wpisu w mediach społecznościowych. Nie obwinił poprzednika. Nie powołał rady konsultacyjnej. Nie skierował erupcji do Trybunału Konstytucyjnego. Po prostu wybuchł, wyrzucił popiół, uruchomił przepływy piroklastyczne i zmusił mieszkańców okolicznych miejscowości do ewakuacji.

Wulkan jest dziś bardziej wiarygodny od polityka. Kiedy zapowiada gorącą sytuację, rzeczywiście płynie lawa. Nie trzeba czekać na konferencję rzecznika ani sprawdzać, czy erupcja była wyrwana z kontekstu.

Tak minął wtorek. Odszedł Andrzej Morozowski — dziennikarz, który wiedział, że najważniejsze jest pytanie, a nie mina osoby, która je zadaje. Kaczyński zdiagnozował Morawieckiego. Morawiecki diagnozuje PiS. PiS wypisuje Polsce zwolnienie z ETS. Pałac Prezydencki wypisuje obywatelom „wara”. Rosjanie sprawdzają Bałtyk. Szwedzi składają obronę narodową według instrukcji. Bliski Wschód czeka na wrzesień. Fuego wybucha bez konsultacji społecznych.

Morozowski zapytałby zapewne, czy politycy naprawdę zdają sobie sprawę z tego, co mówią.

Po całym wtorku najuczciwszą odpowiedzią pozostaje tytuł jego programu.

Tak jest.

Niestety.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights