
Jest w Polsce pewien niezwykły budynek. Ogromny. Z tysiącami pokoi, setkami korytarzy i milionami mieszkańców, którzy codziennie przez niego przechodzą. Od trzydziestu lat wszyscy wiedzą, że przecieka dach, fundamenty pękają, instalacja elektryczna pamięta czasy kaset magnetofonowych, a kanalizacja od dawna prowadzi własną politykę zagraniczną. Mimo to przy każdej zmianie gospodarza odbywa się ten sam rytuał. Przed wejściem ustawia się mównica, rozstawia kamery, rozwija baner z napisem „Wielka reforma”, po czym nowy administrator z uśmiechem oznajmia, że od jutra wymienione zostaną klamki, pomalowane ściany i zakupione nowe doniczki.
Publiczność bije brawo, telewizje pokazują konferencję, a dach dalej przecieka.
Tak właśnie wygląda polska ochrona zdrowia.
Od kilku tygodni żyjemy kolejną odsłoną narodowego serialu pod tytułem „Teraz już naprawdę naprawimy system”. Usłyszeliśmy o limitach wynagrodzeń kontraktowych, większej jawności umów, elektronicznych kolejkach, e-rejestracji, walce z kolejkami dla VIP-ów i kilku innych rozwiązaniach, które same w sobie trudno uznać za złe. Przeciwnie. Większość z nich powinna funkcjonować od wielu lat.
Tylko że wszystkie razem przypominają sytuację, w której straż pożarna przyjeżdża do płonącego wieżowca i z ogromnym profesjonalizmem… wymienia tabliczki z numerami mieszkań.
Bo problem polskiej ochrony zdrowia nigdy nie zaczynał się od wysokości kontraktów lekarzy. Tak samo jak problem lotnictwa nie zaczyna się od ceny kawy na lotnisku. To są skutki, a nie przyczyny.
Przyczyna jest znacznie mniej widowiskowa, dlatego od lat nikomu nie chce się o niej mówić. Polska nie ma zaprojektowanego systemu ochrony zdrowia. Ma zbiór instytucji, przepisów, wyjątków od wyjątków, rozporządzeń i historycznych kompromisów, które przez trzy dekady narastały jak kamień kotłowy w starej instalacji. Każdy minister dokładał własną rurkę, zawór albo obejście. Nikt nie zatrzymał całej maszyny, żeby sprawdzić, czy w ogóle wiadomo, jak powinna działać.
Najbardziej zdumiewające jest to, że żyjemy w epoce sztucznej inteligencji. Potrafimy cyfrowo projektować fabryki, symulować ruch lotniczy nad Europą, przewidywać awarie elektrowni i analizować miliardy operacji finansowych w czasie rzeczywistym. Tymczasem państwo nadal nie stworzyło kompletnej mapy procesów leczenia pacjenta – od pierwszej wizyty u lekarza rodzinnego aż do rehabilitacji. Nie istnieje cyfrowy model całego systemu, który pozwalałby sprawdzić, gdzie naprawdę powstają zatory, gdzie marnowane są pieniądze i dlaczego pacjent częściej podróżuje między okienkami niż między oddziałami.
Nie dlatego, że to niemożliwe. Dlatego, że wymagałoby prawdziwego zarządzania zamiast nieustannego gaszenia pożarów. W Polsce od lat mylimy zarządzanie z administrowaniem. Administrator pilnuje, żeby świat się nie zawalił do jutra. Menedżer zastanawia się, dlaczego w ogóle grozi mu zawalenie.
U nas od trzydziestu lat króluje pierwsza szkoła. Co kilka miesięcy wybucha nowy pożar. Raz brakuje lekarzy. Raz pielęgniarek. Innym razem pieniędzy. Potem karetek. Później miejsc na SOR-ach. Następnie okazuje się, że pacjent czeka dwa lata na operację, ale za to system działa „stabilnie”. Trudno się dziwić. Titanic również przez pewien czas płynął bardzo stabilnie.
Największym sukcesem polskiej administracji zdrowotnej jest bowiem umiejętność przyzwyczajania obywateli do rzeczy, których w normalnym kraju nikt nie uznałby za normalne.
Przywykliśmy do tego, że zapisanie się do specjalisty przypomina polowanie na bilety na koncert światowej gwiazdy. Przywykliśmy, że skierowanie jest dopiero biletem wstępu do następnej kolejki. Przywykliśmy do tego, że lekarz kończy dyżur w jednym szpitalu tylko po to, żeby rozpocząć go w drugim, a potem jeszcze w trzecim. Przywykliśmy do tego stopnia, że gdy ktoś proponuje rozwiązanie naprawdę systemowe, patrzymy na niego z nieufnością, jakby właśnie zaproponował teleportację pacjentów między oddziałami.
A przecież nie potrzeba cudów.
Potrzeba czegoś znacznie mniej widowiskowego i dlatego znacznie trudniejszego. Trzeba wreszcie usiąść przy jednym stole z kartką papieru, albo raczej z ogromnym ekranem pełnym danych, i odpowiedzieć na pytanie, które powinno paść trzydzieści lat temu: jak właściwie ma działać polska ochrona zdrowia?
Nie pojedynczy szpital. Nie pojedynczy oddział. Nie pojedynczy kontrakt. Całość.
Każdy proces. Każda decyzja. Każda ścieżka pacjenta. Każdy przepływ informacji. Każda złotówka. Każda minuta pracy personelu.
Dopóki tego nie zrobimy, będziemy przypominać majstra, który z dumą pokazuje nowo zamontowaną klamkę, nie zauważając, że dom od dawna stoi na osuwisku.
Najbardziej ironiczne jest jednak to, że technologia wyprzedziła już politykę o całe lata. Dzisiaj sztuczna inteligencja potrafi analizować miliony zależności, przewidywać skutki zmian organizacyjnych i wskazywać miejsca, w których system traci czas, ludzi i pieniądze. Można zbudować cyfrowy model całej ochrony zdrowia i sprawdzić, co stanie się po zamknięciu oddziału, zmianie finansowania czy przesunięciu personelu, zanim wyda się choćby jedną złotówkę.
Tyle że komputer nie wygłasza konferencji prasowych. Nie przecina wstęg. Nie obiecuje „historycznych reform”. Po prostu pokazuje liczby. A liczby bywają bezlitosne. Zwłaszcza dla tych, którzy od lat wolą zarządzać kryzysem niż go rozwiązać.
I może właśnie dlatego największą chorobą polskiej ochrony zdrowia nie jest ani brak pieniędzy, ani brak lekarzy, ani nawet brak łóżek. Największą chorobą jest brak odwagi, by wreszcie przestać leczyć objawy i zająć się przyczyną.
Czasami wyobrażam sobie, że kiedyś powstanie w Polsce Muzeum Wiecznych Reform Ochrony Zdrowia.
Już w pierwszej sali zwiedzających powita ściana pełna konferencji prasowych. Będą tam ministrowie z ostatnich trzydziestu lat. Każdy z poważną miną, każdy z identycznym sloganem o „przełomowych zmianach”, każdy stojący przed nowoczesną prezentacją multimedialną. Jedni będą pokazywać wykresy, drudzy kolorowe strzałki, trzeci cyfrowe platformy, czwarty aplikacje, piąty kolejki elektroniczne. Zabraknie tylko jednego eksponatu.
Prawdziwej reformy.
W następnej sali stanie długa kolejka pacjentów. To będzie jedyna ekspozycja interaktywna. Każdy zwiedzający będzie mógł do niej dołączyć i przez kilka godzin poczuć autentyczny klimat polskiej ochrony zdrowia. Dla pełnego realizmu od czasu do czasu ktoś podejdzie do okienka i usłyszy: „proszę zadzwonić za trzy miesiące”, „terminów już nie ma”, albo moje ulubione: „system chwilowo nie działa”.
Na końcu muzeum znajdzie się sklep z pamiątkami. Będzie można kupić segregator z napisem „Program naprawczy”, kubek z hasłem „Kompleksowa reforma”, notes „Strategia do 2040 roku” oraz magnes na lodówkę przedstawiający nożyczki przecinające kolejną uroczyście rozwijaną wstęgę.
Tylko jednej rzeczy nie będzie można kupić – nadziei, bo ta od lat jest towarem reglamentowanym.
A przecież nie potrzebujemy kolejnej konferencji prasowej. Nie potrzebujemy następnego pakietu kosmetycznych poprawek ani kolejnego pudrowania systemu, który od dawna domaga się przebudowy od fundamentów. Potrzebujemy państwa, które najpierw zrozumie, jak działa największy organizm w Polsce, a dopiero później zacznie go leczyć.
W medycynie obowiązuje stara zasada: dobra diagnoza jest połową sukcesu. Polska ochrona zdrowia od trzydziestu lat słyszy jednak zupełnie inną receptę. „Proszę przyjść po wyborach.”

Dodaj komentarz