ŚWIECZKA DLA KURONIA

Warszawa

W tym roku niemal nikt nie zauważył, że minęły kolejne lata od śmierci Jacka Kuronia. Ta rocznica niemal przepadła pod lawiną codziennych awantur, orderów wysyłanych kurierem, politycznych połajanek i internetowych bitew o wszystko. A przecież są ludzie, którzy zostawiają po sobie więcej niż nagłówki. Zostawiają ślady w cudzych biografiach.

Nie było wielkich debat telewizyjnych. Nie było politycznych deklaracji. Nie było patriotycznego wzmożenia, które w Polsce potrafi wybuchnąć z okazji najmniej spodziewanych rocznic. Były za to kolejne awantury, kolejne wojny plemienne, kolejne dni narodowego rzucania się sobie do gardeł. Innymi słowy – zwykły tydzień w III Rzeczypospolitej.

A ja pamiętałem.

Pamiętałem, bo ilekroć jadę na Powązki odwiedzić grób rodziców, zawsze zapalam świeczkę także Jackowi Kuroniowi. Nie dlatego, że był świętym. Nie dlatego, że miał rację we wszystkim. I już na pewno nie dlatego, że chciałbym żyć w świecie zbudowanym dokładnie według wszystkich jego pomysłów. Zapalam ją dlatego, że był jednym z tych ludzi, bez których moje życie wyglądałoby inaczej.

Coraz rzadziej spotyka się ludzi, którzy naprawdę wpływają na bieg cudzych losów.

Polityków mamy dziś bez liku. Codziennie wyrastają nowi. Jedni krzyczą o narodzie, drudzy o demokracji, trzeci o wartościach, czwarty o zdradzie. Są jak sezonowe grzyby po deszczu. Pojawiają się, rosną, zajmują miejsce, a po kilku latach człowiek nie pamięta już nawet ich nazwisk.

Kuroń należał do innego gatunku.

Był człowiekiem, który nie tylko mówił o świecie. On próbował go zmieniać. Czasem mądrze. Czasem głupio. Czasem skutecznie. Czasem katastrofalnie. Ale zawsze na serio.

To chyba pierwsza rzecz, która dziś najbardziej rzuca się w oczy. W epoce polityki będącej połączeniem marketingu, telewizyjnego castingu i wojny memów, Kuroń wydaje się przybyszem z innej planety. Należał do pokolenia ludzi gotowych płacić za swoje poglądy własnym życiem, wolnością, zdrowiem i rodziną.

Dziś polityk ryzykuje utratę stanowiska. Wtedy ryzykowało się więzienie.

Kiedy miał czternaście lat, uwierzył w komunizm. Nie był wyjątkiem. Polska leżała w gruzach, świat właśnie wyszedł z piekła wojny, a komunizm obiecywał koniec biedy, nierówności i wyzysku. Dla chłopaka wychowanego w lewicowej rodzinie była to obietnica kusząca.

I tutaj zaczyna się pierwsza rzecz, której wielu jego przeciwników nigdy mu nie wybaczyło.

Kuroń był komunistą. Tak. Był.

Tylko że historia nie jest szkolnym dziennikiem, w którym można człowiekowi wystawić jedną ocenę i zamknąć temat.

Bo ten sam Kuroń, który uwierzył w komunizm, później poświęcił znaczną część życia na walkę z jego realnym wcieleniem. Zrozumiał coś, czego wielu fanatykom nigdy nie udaje się zrozumieć: że można pomylić się uczciwie.

Najpierw były lata harcerskie i słynne środowisko „walterowców”. Kuroń wierzył, że młodych ludzi można wychować nie przez ślepe posłuszeństwo, lecz przez odpowiedzialność i samodzielność. Na obozach nad jeziorami i w lasach uczył nie tylko rozpalania ognisk, ale także myślenia. Wokół niego wyrosło pokolenie ludzi, które później odegra ogromną rolę w historii Polski. Wśród wychowanków i współpracowników znaleźli się między innymi Adam Michnik, Jan Lityński, Seweryn Blumsztajn czy Antoni Macierewicz. Dziś trudno wyobrazić sobie bardziej osobliwe towarzystwo przy jednym stole, ale właśnie taka była siła Kuronia – potrafił łączyć ludzi zanim nauczyli się wzajemnie nienawidzić.

Potem przyszło zderzenie z rzeczywistością PRL. W 1964 roku razem z Karolem Modzelewskim napisał słynny „List otwarty do Partii”. Był to dokument, który rozbierał system komunistyczny na części jak mechanik rozkładający zepsuty silnik. Autorzy zarzucali partyjnej elicie stworzenie nowej uprzywilejowanej klasy rządzącej i odebranie robotnikom realnego wpływu na państwo. Za ten tekst nie otrzymali nagrody literackiej. Otrzymali więzienie.

Mało kto pamięta dziś, jak wielką odwagę wymagało powiedzenie w latach sześćdziesiątych, że partia kłamie, że system jest opresyjny i że robotnicy, w imieniu których rzekomo rządzi, nie mają nic do powiedzenia. Za takie poglądy nie dostawało się zaproszeń do programów publicystycznych. Dostawało się wyroki.

W marcu 1968 roku znów siedział już za kratami. Władza uznała, że łatwiej zamknąć Kuronia, niż pozwolić mu rozmawiać ze studentami. Nie pomogło. Protesty wybuchły i tak. Potem przyszły kolejne aresztowania, kolejne procesy, kolejne lata obserwacji przez bezpiekę. Kuroń stawał się symbolem oporu wobec systemu, który kiedyś sam chciał naprawiać.

Prawdziwe znaczenie zyskał jednak po czerwcu 1976 roku. Kiedy robotnicy z Radomia i Ursusa zostali pobici, wyrzuceni z pracy i skazani za protest przeciw podwyżkom cen, Kuroń współtworzył Komitet Obrony Robotników. Dziś brzmi to niemal zwyczajnie, ale wtedy było czymś rewolucyjnym. Inteligenci zaczęli publicznie pomagać robotnikom. Zbierali pieniądze dla rodzin represjonowanych, organizowali pomoc prawną, dokumentowali przemoc władzy. Mieszkanie Kuronia przy ulicy Mickiewicza na Żoliborzu stało się jednym z najważniejszych adresów w Polsce. Nieformalnym centrum wolnej informacji. Telefon dzwonił tam niemal bez przerwy.

Kuroń siedział w więzieniach więcej razy, niż niejeden współczesny patriota był na wyborach. Nie piszę tego złośliwie. To zwykła statystyka, a jednak najbardziej fascynuje mnie nie opozycjonista Kuroń, nie legenda KOR-u ani bohater Solidarności. Najbardziej fascynuje mnie człowiek. Ten, który całe życie próbował wychowywać innych.

Kiedy w sierpniu 1980 roku wybuchł strajk w Stoczni Gdańskiej, nie stał na bramie z megafonem. Ale był jednym z tych ludzi, którzy przez lata przygotowywali grunt pod Solidarność. Doradzał strajkującym, apelował o rozwagę, przekonywał, że nie wolno myśleć wyłącznie o własnym zakładzie pracy. W ogromnym stopniu dzięki takim ludziom lokalny bunt zamienił się w największy ruch społeczny w historii powojennej Europy.

Był w nim jakiś niezwykły pedagogiczny upór. Wierzył, że człowieka można nauczyć odpowiedzialności, solidarności, samodzielności. Wierzył, że społeczeństwo nie jest stadem klientów ani wyborców, ale wspólnotą ludzi, którzy powinni umieć coś zrobić razem.

Brzmi dziś niemal egzotycznie. W epoce, gdy polityka sprowadza się często do pytania „co dostanę?”, Kuroń nieustannie pytał: „co możemy zrobić wspólnie?”. Może właśnie dlatego tak bardzo odstaje od współczesności.

Nie był politykiem od zarządzania emocjami. Był politykiem od organizowania ludzi. To wielka różnica. Oczywiście popełniał błędy. Ogromne.

Był momentami naiwny. Wierzył w ludzi bardziej, niż ludzie na to zasługiwali.

Po 1989 roku został ministrem pracy w rządzie Tadeusza Mazowieckiego i nagle musiał zmierzyć się z rzeczywistością wolnego rynku. To wtedy Polska poznała „zupę Kuronia”. Sam nie znosił tego określenia, bo nie chodziło mu o rozdawnictwo ani dobroczynność. Chodziło o ratowanie ludzi wyrzucanych na margines przez brutalną transformację. Organizował fundację SOS, wspierał bezrobotnych, próbował budować lokalne inicjatywy społeczne. Coraz mocniej widział jednak także ciemną stronę przemian. Rosnące nierówności, biedę i wykluczenie traktował niemal jak osobistą porażkę własnego pokolenia.

Paradoks polega na tym, że jednym z pierwszych, którzy zaczęli o tym głośno mówić, był właśnie on. Wolna Polska była spełnieniem jego marzeń, ale szybko zaczęła go boleć. Patrzył na kraj, który odzyskał wolność, a jednocześnie zostawiał część obywateli na poboczu. Patrzył na transformację, która dla jednych była awansem cywilizacyjnym, a dla innych katastrofą życiową. Nie miał już wtedy tej siły co kiedyś. Choroba odbierała mu energię. Ale nie odbierała mu niezgody na krzywdę. To właśnie ten słynny „bakcyl niezgody na zło”, o którym pisał jeszcze jako młody człowiek.

Myślę czasem, że to była jego najważniejsza cecha. Nie inteligencja. Nie odwaga. Nie charyzma. Niezgoda. Niezgoda na to, że słabszy ma zostać sam. Niezgoda na obojętność. Niezgoda na wygodne odwracanie wzroku.

Dziś takich ludzi spotyka się coraz rzadziej. Za to coraz częściej spotyka się ludzi, którzy mają gotową opinię na każdy temat i żadnej gotowości, by cokolwiek poświęcić dla innych.

Dlatego kiedy odwiedzam rodziców na cmentarzu, zawsze skręcam jeszcze kawałek dalej. Stawiam świeczkę Kuroniowi. Nie dlatego, że był bez skazy. Przeciwnie. Właśnie dlatego, że był człowiekiem z krwi i kości. Człowiekiem pełnym pomyłek, uporu, pasji, naiwności, odwagi i sprzeczności. Jednym z tych ludzi, którzy pozostawiają po sobie coś znacznie cenniejszego od pomników. Pozostawiają zobowiązanie, żeby nie być obojętnym.

Ilekroć patrzę dziś na Polskę, mam wrażenie, że właśnie tego najbardziej nam brakuje. Nie nowych bohaterów. Nie nowych partii. Nie nowych sztandarów, tylko odrobiny tej kuroniowej niezgody na zło.

Dlatego pamiętam i dlatego świeczka pali się co roku.


  1. Zbigniew Kędzierski

    Wielcy powinni zostać w naszej pamięci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights