
Gdy miliarder wyłącza wojnę jak router – czyli Musk i jego etyczne przeciążenie
W teorii Elon Musk to geniusz: wynalazca, wizjoner, chłopiec, który chciał polecieć na Marsa, a w międzyczasie kupił Twittera i postanowił z niego zrobić piaskownicę. W praktyce okazał się kimś, kto w trakcie wojny stwierdził: „ej, chyba jednak za dużo tej odpowiedzialności” – i wyłączył internet dla armii ukraińskiej, bo nie chciał „eskalować konfliktu”.
Reuters donosi, że nie chodziło tylko o Krym, o czym wiedzieliśmy już z biografii pióra Waltera Isaacsona, ale także o zasięg Starlinków w rejonie Chersonia i Berysławia. Ukraińcy, w środku walk, zostali bez łączności. Taki wojenny flight mode. Musk tłumaczył się „neutralnością firmy” i brakiem zgody na wciąganie prywatnego biznesu w działania militarne. Tylko że to tak, jakby strażak odmówił gaszenia pożaru, bo nie chce wchodzić w politykę ognia.
W tle tej decyzji pobrzmiewały ponoć rozmowy z Rosjanami, a nawet z samym Władimirem Putinem, który miał ostrzec Muska przed globalną katastrofą nuklearną. Pytanie: czy rozmowa z dyktatorem i spełnianie jego życzeń to jeszcze „neutralność”? A może to nowoczesna definicja kolaboracji, tylko że z firmowym logo i kodem dostępu?
Donald Trump przestaje się mizdrzyć do Putina (czyli niespodzianka, która nie powinna dziwić)
Nieoczekiwanie, choć z typową dla siebie teatralnością, Donald Trump zmienił front. Ten sam Trump, który przez lata był z Putinem w relacji pełnej uroczych westchnień i geopolitycznych przysług, nagle postanowił rzucić lodowate spojrzenie w stronę Kremla. Publicznie zaczął grozić sankcjami, a w kierunku Ukrainy rzucił obietnicą broni. Ale, uwaga: tylko jeśli Europa zapłaci. To coś jak „rzucam ci pierścionek, ale rachunek za ślub idzie do sąsiadów”.
W pakiecie z tą nową asertywnością Trump wygnał Elona Muska z grona swoich doradców. Czy to dlatego, że miliarder okazał się zbyt prorosyjski, czy po prostu dlatego, że przestał być użyteczny? W świecie Trumpa te dwie rzeczy są często tożsame.
Ale nie oszukujmy się – to nie jest dowód na moralną przemianę. To czysta kalkulacja. Dziś opłaca się wyglądać jak obrońca Zachodu. Jutro może się opłacać coś innego. Trump politykę traktuje jak giełdę memów – coś, co wystarczy odpowiednio opakować i sprzedać na wiecu.
Europa nie dostała fabryk czipów, ale może zawsze zbierać dane z porzeczek
W cieniu wielkich chłopców z wielkimi zabawkami, Europa jak zwykle próbuje robić dobre miny do złych wiadomości. Intel ogłosił, że nowe fabryki półprzewodników powstaną w Wietnamie i Malezji, a nie – jak planowano – w Polsce czy Niemczech. Czyli: znowu nie ten kontynent. A Polska, która przez moment już szykowała nożyczki do przecięcia wstęgi, została z pustym katalogiem inwestycyjnym i bardzo eleganckim folderem PowerPoint „Dlaczego my jesteśmy najlepsi”.
Nie oszukujmy się – Malezja i Wietnam są dziś konkurencyjne, stabilne i bardziej otwarte na nowoczesny biznes niż niektóre kraje UE. Nie mają tylu problemów z biurokracją, nie muszą balansować między regulacjami a katastrofą klimatyczną, a ich politycy nie zachowują się jak bohaterowie Mody na sukces z domieszką Ucha prezesa.
Więc tak – Polska nie będzie montować przyszłości. Ale za to, jak donosi rząd, wygrywamy z Japonią gospodarczo. Tylko że chwilę potem… przegrywamy z Wietnamem. Gospodarcza sinusoida w wersji disco polo.
Japonia: Kraina uprzejmego znudzenia – turyści, wycieczki i problem z fanami sushi
I skoro już przy Japonii jesteśmy – boom na Kraj Kwitnącej Wiśni trwa. Japonistyka na Uniwersytecie Warszawskim bije rekordy popularności. Kolejki do lotów do Tokio dłuższe niż do gastrobusów na Open’erze. Ale sama Japonia… niekoniecznie się z tego cieszy.
Państwo otwarte, ale społeczeństwo zmęczone. Turyści przywożą nie tylko pieniądze, ale i zamieszanie, hałas, śmieci – czyli wszystko to, czego japońska estetyka nie przewidziała. Reportaże z Tokio opisują tę dychotomię wprost: rząd chce więcej odwiedzających, a mieszkańcy chcieliby, żeby już sobie poszli.
Czy Japonia to wciąż technologiczne mocarstwo? Czy może już tylko nostalgiczny skansen, w którym gejsza siedzi pod neonem z napisem Wi-Fi only for locals? Teksty z „Plusa Minusa” zadają pytania, których nikt nie chciał usłyszeć. A może po prostu lepiej by było, gdyby Japonia zrobiła to, co potrafi najlepiej – postawiła maszynę z biletami turystycznymi limitowanymi do 3 sztuk dziennie.
Putin inwestuje w wieczność – czyli dyktator, który nie potrafi odejść
Zastanawialiście się, co robi Władimir Putin, kiedy nie atakuje sąsiadów, nie udziela wywiadów propagandzie i nie mruży oczu teatralnie przed kamerą? Inwestuje w nieśmiertelność.
Poważnie. Z tekstu Marcina Łuniewskiego wynika, że Rosja sypie miliardy w badania nad długowiecznością. Bo Putin chce żyć – i rządzić – wiecznie. Wierzy, że dożyje 110 lat w dobrym zdrowiu, bo najwyraźniej nikt mu nie powiedział, że nieśmiertelność to nie funkcja polityczna.
To nawet nie jest groteska. To jest horror science fiction, w którym starzejący się autokrata, upojony swoją własną potęgą, chce pokonać biologiczny zegar. W tle mamy badania genetyczne, transfuzje, może jakieś szamańskie rytuały z Syberii. To już nie polityka. To Marvel: Rosja, Faza IV.
A w Polsce? KRRiT przed Trybunałem, Ziobro ścigany, alimenty znikają. Klasyczny piątek
Z kronik krajowych – Sejm zagłosował za postawieniem Macieja Świrskiego z KRRiT przed Trybunałem Stanu. To pierwszy taki przypadek od wieków, czyli od czasów, gdy politycy jeszcze czytali książki. Zbigniew Ziobro ma zostać doprowadzony siłą przed komisję ds. Pegasusa. Alimentacyjne tablice zniknęły z ministerialnych stron, bo najwyraźniej były zbyt logiczne i przydatne.
Donald Tusk w międzyczasie postawił ultimatum swoim ministrom: ogarniecie się do jutra, albo “następnego dnia się pożegnamy”. To nie polityka. To już dramat psychologiczny z elementami telenoweli.
EPILOG: PIĄTEK JEST STANEM UMYSŁU
Tak wyglądał ostatni piątek lipca: miliarder decyduje, kto może prowadzić wojnę, były prezydent USA staje się tymczasowym głosem rozsądku, dyktator inwestuje w wieczność, Europa przegrywa z Azją, a Japonia ma dość naszej miłości.
Wszystko to wydarzyło się naprawdę. I wszystko to trzeba jakoś przeżyć.
Można się śmiać. Można płakać.
Ja proponuję jedno i drugie. I duży kubek kawy.

Dodaj komentarz