
Gdyby kosmici postanowili dziś odwiedzić Ziemię i z czysto naukowej ciekawości zapytać, kto właściwie zarządza tą planetą, odpowiedź mogłaby wpędzić ich w głęboką depresję, albo przynajmniej skłonić do natychmiastowego odwrotu w stronę Andromedy.
Otóż świat roku 2026 znajduje się pod opieką grupy starszych panów, którzy dysponują arsenałami nuklearnymi, największymi gospodarkami świata, milionami żołnierzy oraz kontami w mediach społecznościowych. Szczególnie ten ostatni element budzi niepokój. Kiedyś władcy budowali piramidy, zdobywali kontynenty albo przynajmniej wydawali sensowne rozkazy. Dziś potrafią, o trzeciej nad ranem, napisać w internecie, że cywilizacja skończy się przed śniadaniem, a następnego dnia zapowiedzieć pokój, przyjaźń i wspólne zdjęcia przy grillu.
Największym złudzeniem ostatnich lat było przekonanie, że głównym bohaterem światowej historii jest Donald Trump. To trochę tak, jakby pasażerowie tonącego statku przez cały rejs dyskutowali wyłącznie o kapitanie, nie zauważając, że pod pokładem od dawna płynie woda. Tymczasem prawdziwa historia dzieje się gdzie indziej. Podczas gdy zachodni świat od rana do wieczora analizuje kolejne wypowiedzi amerykańskiego prezydenta, Chiny wykonują swój ulubiony numer. Nie krzyczą. Nie grożą. Nie organizują emocjonalnych konferencji prasowych. Po prostu rosną.
Jest w tym coś głęboko chińskiego i jednocześnie okrutnie skutecznego. Pekin przypomina ucznia, który siedzi cicho w ostatniej ławce, podczas gdy cała klasa obserwuje klasowego błazna. Błazen rzuca papierkami, wdaje się w bójki, przewraca krzesła i skupia na sobie uwagę nauczycieli. Tymczasem ten cichy uczeń rozwiązuje zadania, zdaje kolejne egzaminy i po latach okazuje się właścicielem szkoły.
Trump chciał uczynić Amerykę wielką. W praktyce coraz częściej sprawia wrażenie człowieka, który próbuje naprawić zegarek młotkiem. Owszem, wszyscy widzą energię, determinację i rozmach, ale coraz mniej osób jest przekonanych, że po zakończeniu naprawy zegarek będzie nadal wskazywał godzinę.
Niezwykłe jest to, że żyjemy w epoce, w której słowa przestały znaczyć to, co kiedyś. Dawniej groźba wojny była wydarzeniem. Dziś jest wpisem. Dawniej kryzys dyplomatyczny wymagał miesięcy przygotowań. Dziś wystarczy telefon, tweet albo humor przywódcy po nieudanym śniadaniu.
Powstał nowy model polityki, który przypomina trochę internetowy komentarz pod artykułem o pogodzie. Dużo emocji, mało odpowiedzialności i absolutna pewność siebie niezależnie od poziomu wiedzy.
Europa patrzy na to wszystko z wyrazem twarzy urzędnika, który odkrył, że formularz przygotowany przez niego przez ostatnie piętnaście lat nagle przestał obowiązywać. Kontynent, który przez dekady był przekonany, że historia dobiegła końca, musi dziś przyjąć do wiadomości, że historia wróciła, jest pijana, hałaśliwa i właśnie wyważa drzwi.
Przez lata Europa żyła w luksusowym przekonaniu, że najważniejsze problemy zostały rozwiązane. Wojny miały należeć do podręczników. Granice do muzeów. Armie do parad wojskowych. Politycy zajmowali się więc segregacją odpadów, normami dla plastikowych zakrętek oraz debatami o tym, czy ogórek powinien być wystarczająco prosty, by nie urazić unijnej estetyki.
Potem przyszedł Putin. Potem przyszedł Trump. Potem przyszła sztuczna inteligencja, a potem wszyscy jednocześnie odkryli, że świat nie przeczytał europejskich instrukcji obsługi.
Europa może wygrać właśnie dzięki swoim wadom. Historia ma bowiem wyjątkowo paskudne poczucie humoru. Wielokrotnie okazywało się, że przewagę zdobywał nie ten, kto był największy, ale ten, kto najlepiej wykorzystywał własne ograniczenia.
Rosja miała być niezwyciężona. Tymczasem od ponad czterech lat toczy wojnę z państwem, które według wielu ekspertów miało nie przetrwać kilku tygodni. Ukraina nie wygrywa dlatego, że była silniejsza. Wygrała wiele bitew dlatego, że była bardziej pomysłowa.
To bardzo nieprzyjemna wiadomość dla wszystkich wielbicieli prostych recept. Okazuje się bowiem, że w XXI wieku czołg za sto milionów dolarów może zostać zniszczony przez drona kosztującego tyle co używany samochód klasy średniej. To trochę tak, jakby rycerza w pełnej zbroi pokonał rozwścieczony kurier z hulajnogą elektryczną.
Dlatego świat staje się coraz bardziej nieprzewidywalny. Dawniej mocarstwo było mocarstwem, ponieważ mogło narzucić swoją wolę słabszym. Dziś mocarstwo często przypomina kulturystę, który wszedł na pole minowe. Nadal wygląda imponująco, ale każdy krok wymaga znacznie większej ostrożności, niż chciałby przyznać.
Być może właśnie dlatego żyjemy w czasach tak dziwacznych. Silni coraz częściej nie potrafią wygrać. Słabi coraz częściej nie chcą przegrać. Wojny nie kończą się zwycięstwami, lecz zmęczeniem. Sojusze nie opierają się na przyjaźni, lecz na kalkulacji. A politycy coraz bardziej przypominają ludzi, którzy biegną bardzo szybko, nie mając pewności, dokąd właściwie prowadzi droga.
Patrzę na świat i odnoszę czasem wrażenie, że cała ludzkość siedzi dziś w nowoczesnym samolocie lecącym przez burzę. W kokpicie trwa gorąca dyskusja. Jeden pilot chce skręcić w lewo. Drugi w prawo. Trzeci twierdzi, że żadnej burzy nie ma. Czwarty prowadzi transmisję na żywo. Piąty pisze książkę o swoim przywództwie. A pasażerowie, chcąc zachować resztki zdrowia psychicznego, coraz częściej zakładają słuchawki i udają, że nic się nie dzieje.
Tymczasem przyszłość już się dzieje i wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażaliśmy. Nie będzie świata amerykańskiego. Nie będzie świata chińskiego. Nie będzie świata europejskiego. Będzie świat ludzi próbujących odnaleźć się w chaosie, którego nikt nie zaplanował i którego nikt do końca nie rozumie.
To może brzmieć pesymistycznie, ale historia ma jeszcze jedną cechę. Uwielbia kompromitować ekspertów. Dlatego, być może, za dziesięć lat okaże się, że wszystkie nasze lęki były śmieszne, wszystkie prognozy błędne, a największą siłą nie były rakiety, sztuczna inteligencja ani biliony dolarów.
Być może największą siłą okaże się zdolność zachowania zdrowego rozsądku w świecie, który każdego ranka robi wszystko, żeby go człowiekowi odebrać, a to, niestety, jest dziś dobro rzadsze niż lit, ropa i polityk, który potrafi przyznać się do błędu.

Dodaj komentarz