
Wieczór był wietrzny, lepki i zmęczony jak urzędnik po całym dniu przekładania papierów z jednego segregatora do drugiego. Nad Warszawą wisiało ciężkie powietrze, a telewizory znowu świeciły w mieszkaniach tym charakterystycznym błękitem współczesnego absurdu. Człowiek robił sobie herbatę, próbował jeszcze wierzyć w rozsądek świata i wtedy nagle z ekranu wyszedł Jacek Sasin.
Nie wszedł. Wyszedł. Jak duch źle rozliczonej faktury. Jak wspomnienie po wyborach kopertowych, które kosztowały tyle, ile małe państwo wydaje na edukację albo duże na hodowlę alpak.
I zaczął mówić o suwerenności.
To jest właśnie piękno polskiej polityki. Człowiek odpowiedzialny za najbardziej spektakularne przepalenie pieniędzy publicznych od czasu, gdy średniowieczny książę próbował ogrzać zamek paląc meblami, dziś poucza naród o odpowiedzialności państwowej.
Sasin wygląda momentami jak człowiek, którego historia przypadkiem posadziła przy stole dla dorosłych i teraz wszyscy udają, że nic się nie stało. A on siedzi. Marszczy czoło. Mówi o konstytucji. O gospodarce. O bezpieczeństwie. I jeszcze robi minę surowego księgowego cywilizacji.
Tymczasem za każdym razem, gdy Jacek Sasin mówi o pieniądzach publicznych, w Ministerstwie Finansów powinien automatycznie uruchamiać się alarm przeciwpożarowy.
Bo przecież ten człowiek już raz urządził Polsce operację logistyczną, przy której „Miś” Barei wygląda jak dokument BBC o profesjonalnym zarządzaniu. Wybory kopertowe były czymś więcej niż kompromitacją. To był narodowy performance o tym, co się dzieje, gdy polityczna pycha spotyka urzędniczy chaos i brak elementarnego wstydu.
Miliony wydane. Koperty wydrukowane. Pakiety przygotowane. Poczta postawiona na baczność. A wybory ostatecznie odbyły się mniej więcej tak samo jak kolonizacja Marsa przez PSL.
Ale w PiS porażka nigdy nie jest porażką. Porażka jest zawsze patriotycznym sukcesem, który chwilowo znalazł się w trudnym położeniu.
Sasin zresztą od lat przypomina bohatera kreskówki, który biegnie po urwisku, macha rękami w powietrzu i jeszcze przez chwilę nie zauważa, że pod stopami nie ma już ziemi. I właśnie wtedy zaczyna najgłośniej opowiadać o odpowiedzialności.
Teraz padło na program SAFE. Unijne pieniądze na bezpieczeństwo, zbrojenia i rozwój przemysłu obronnego według Sasina okazały się oczywiście zamachem na suwerenność. Bo w politycznym świecie PiS wszystko jest zamachem na suwerenność. Wiatrak. Rower. ETS. Bruksela. Grecka oliwa. Prawdopodobnie nawet hummus jest podejrzany.
Najzabawniejsze jest jednak to, że ci sami ludzie przez osiem lat opowiadali o wielkiej, silnej Polsce, a skończyło się jak zwykle. Premier Morawiecki przywoził z Brukseli kolejne „historyczne sukcesy”, które po tygodniu okazywały się czymś między nieporozumieniem a instrukcją obsługi ekspresu do kawy. Kaczyński straszył Niemcami z częstotliwością alarmu przeciwlotniczego. Czarnek walczył z edukacją jak średniowieczny inkwizytor z teleskopem. A Sasin krążył po tym wszystkim niczym patron chaosu administracyjnego.
To naprawdę niezwykły talent. Nie każdy potrafi wydać tyle pieniędzy i jednocześnie wyglądać, jakby nadal był ofiarą całej sytuacji. Sasin ma tę umiejętność. Patrzy na kamerę z miną człowieka, któremu właśnie niesłusznie zarzucono zbrodnię polegającą na podpaleniu cyrku podczas przedstawienia.
I jeszcze mówi o gospodarce.
To szczególnie wzruszające. PiS przez lata pompował inflację jak wujek pompujący materac nad Bałtykiem przed sztormem. Rozdawano pieniądze z rozmachem marynarza na trzydniowej przepustce. Telewizja publiczna zamieniła się w propagandowy kabaret dla ludzi o wyjątkowo silnych nerwach. Spółki skarbu państwa wyglądały jak rodzinny grill połączony z castingiem dla kuzynów i znajomych królika.
A dziś ci sami ludzie siedzą w studiach telewizyjnych i opowiadają o odpowiedzialności ekonomicznej. To trochę tak, jakby pirat drogowy prowadził kurs bezpiecznej jazdy.
Sasin mówi również o suwerenności. To słowo w ustach PiS działa mniej więcej jak gaśnica w rękach Brauna — człowiek od razu przeczuwa, że za chwilę wydarzy się coś głupiego.
Bo czym właściwie według nich jest suwerenność? Najczęściej oznacza ona możliwość robienia bałaganu bez pytań i konsekwencji. Suwerenna ma być telewizja, która codziennie produkuje propagandę grubszą niż smalec na weselu. Suwerenne mają być spółki obsadzane rodziną i kolegami. Suwerenne mają być decyzje podejmowane o drugiej w nocy przy kawie i politycznej panice.
Natomiast współpraca z Unią Europejską nagle staje się utratą niepodległości. To fascynujące. Politycy, którzy przez lata robili wszystko, by Polskę skłócić z połową kontynentu, dziś opowiadają o obronie narodowego interesu z powagą strażaka siedzącego na kanistrze benzyny.
Donald Tusk tymczasem robi rzecz dla PiS absolutnie nieznośną. On po prostu działa. Bez wielkich rekonstrukcji moralnych wszechświata. Bez konferencji o cywilizacji śmierci. Bez patriotycznego disco polo puszczanego w tle. Podpisuje umowy. Załatwia środki. Buduje relacje. A to dla ludzi pokroju Sasina jest polityczną herezją, bo oni najlepiej czuli się w atmosferze wiecznego oblężenia i awantury.
PiS przez lata funkcjonował jak człowiek, który sam podpala mieszkanie, a potem bohatersko krzyczy, że czuje dym. I trzeba przyznać, robili to konsekwentnie.
Najbardziej komiczne jest jednak coś innego. Jacek Sasin naprawdę brzmi dziś jak zgorzkniały wujek na imieninach, który po trzecim kotlecie opowiada rodzinie, że „kiedyś to była Polska”, po czym myli pilot od telewizora z telefonem. W jego opowieściach wszystko jest katastrofą. Europa upada. Gospodarka kona. Suwerenność kona. Prawdopodobnie nawet schabowy jest dziś zagrożony przez Brukselę.
A przecież prawda jest dużo prostsza. Świat się zmienia. Europa się zbroi. Rosja Putina nadal pozostaje bandyckim państwem z atomowym kompleksem niższości. Polska potrzebuje współpracy, nowoczesnej armii i pieniędzy. Nie kolejnych romantycznych tyrad ludzi, którzy każde spotkanie z rzeczywistością przeżywają jak osobistą zdradę.
Sasin jednak nadal walczy. Z Brukselą. Z ekonomią. Z matematyką. Czasami mam wrażenie, że przede wszystkim z własnym życiorysem.
I jest w tym coś symbolicznego. Bo PiS po przegranej przypomina dziś orkiestrę na Titanicu. Muzyka jeszcze gra. Politycy jeszcze przemawiają. Kaczyński jeszcze marszczy brwi. Czarnek jeszcze walczy z rozumem. Braun jeszcze gdzieś biega z gaśnicą historii. A Sasin stoi na pokładzie i tłumaczy pasażerom, że problemem nie jest góra lodowa, tylko przepisy Unii Europejskiej dotyczące bezpieczeństwa żeglugi.
To jest piękna katastrofa. Naprawdę. Taka bardzo polska. Z konferencją prasową, patriotycznym hasłem i fakturą wystawioną obywatelom.

Dodaj komentarz