
Spotkanie się skończyło. Polska przetrwała.
Mateusz Morawiecki spędził przy Nowogrodzkiej trzy godziny, po czym wyjechał samochodem, nie opuszczając szyby. Najwyraźniej nawet szyba odmówiła udziału w konferencji prasowej. Przełomu nie było. Było za to wszystko, co PiS potrafi wyprodukować zamiast przełomu: komunikat o konstruktywnych rozmowach, nadzwyczajne posiedzenie, ultimatum, lojalki, przecieki, wzajemne oskarżenia oraz Jacek Sasin doproszony do rozmowy dwóch ludzi, którzy mieli spotkać się w cztery oczy. Kiedy Sasin wchodzi do negocjacji, liczba stron konfliktu natychmiast rośnie o trzy.
Morawiecki przyniósł podobno dwadzieścia jeden propozycji kompromisu. Dwadzieścia jeden! To już nie kompromis, lecz karta dań w restauracji, w której Kaczyński zamówił tylko jedno: — Likwidację stowarzyszenia. Bez dodatków. Propozycje dotyczyły finansowania, uspokojenia sytuacji, odbudowy zaufania i zakończenia sporu. Kaczyński odpowiedział w swoim najbardziej elastycznym stylu: — Nie.
Można było przynieść dwadzieścia dwie propozycje, czterdzieści siedem opinii prawnych, zaświadczenie PKW, list od papieża i model stowarzyszenia wykonany z masła. Odpowiedź pozostałaby taka sama, ponieważ problemem nie są pieniądze, subwencja ani statut. Problem polega na tym, że Morawiecki zbudował sobie własne krzesło w pomieszczeniu, w którym wszystkie meble należą do Kaczyńskiego.
Prezes podobno uznał, że „Mateusz oszalał”. To fascynująca diagnoza pochodząca od człowieka, który zaprosił Sasina, aby pomógł mu uspokoić sytuację. To tak, jakby straż pożarna zabrała na akcję smoka, ponieważ dobrze zna się na ogniu. Sasin miał mówić za Kaczyńskiego to, czego Kaczyńskiemu nie wypadało. Jest więc politycznym tłumikiem prezesa. Kaczyński przykłada Sasina do ust, naciska spust i wszyscy udają, że huk przyszedł z zewnątrz.
„Sasin zamącił” — narzekają harcerze Morawieckiego. Sasin nie zamącił. Sasin został doproszony właśnie po to, żeby woda przestała nadawać się do picia.
Po jednej stronie siedzieli więc harcerze. Po drugiej maślarze. W środku Kaczyński oraz Piotr Milowański, nazywany cieniem prezesa. PiS osiągnął ostateczny etap rozwoju organizacyjnego: składa się już z drużyny młodzieżowej, wyrobów mlecznych i zjawisk optycznych.
Każda frakcja wyszła ze spotkania z własną rzeczywistością. Maślarze twierdzą, że Morawiecki strzela sobie politycznego samobója i skończy jak Ziobro. Harcerze twierdzą, że Kaczyński chce partii ciasnej, ale własnej. Bochenek ogłosił, że rozmowy były konstruktywne, chociaż niczego nie skonstruowano.
Müller zapewnił, że dobra wola pozostaje niezmienna, ale nie oznacza zgody na wszystko. To ostatnie jest odkryciem na miarę polskiej transformacji. Dobra wola w PiS polega obecnie na tym, że obie strony z ogromną życzliwością odmawiają sobie nawzajem prawa do istnienia.
Morawiecki zapowiada, że nie podpisze lojalki. Jego ludzie również mają jej nie podpisać, choć niektórzy boją się wyrzucenia z partii. Mamy zatem bunt zdecydowany, odważny i niezłomny, pod warunkiem że nie zaszkodzi miejscu na liście.
Do północy każdy bohater będzie sam na sam z kartką. Na korytarzu łatwo krzyczeć: „Nie podpiszemy!”. Trudniej, gdy człowiek siada przy biurku, wyciąga długopis i przypomina sobie kredyt, dietę poselską oraz fakt, że jego osobiste poparcie mieści się w granicach błędu statystycznego nawet we własnej rodzinie.
Po spotkaniu Kaczyński zwołał nadzwyczajne posiedzenie prezydium. To znaczy, że trzy godziny rozmowy nie wystarczyły, aby osiągnąć brak porozumienia i trzeba go teraz oficjalnie zatwierdzić.
Tymczasem Morawiecki nie odwołuje konferencji programowej połączonej z grillem. To właściwa forma dalszej walki. PiS rozstrzygnie swój największy kryzys ideowy przy kiełbasie. Morawiecki przedstawi program Polski ambitnej, Müller odbuduje zaufanie musztardą, a harcerze będą pilnować ognia, żeby Sasin nie został szefem logistyki rusztu.
Kaczyński chce partii bez stowarzyszenia. Morawiecki chce stowarzyszenia bez wychodzenia z partii. Obaj chcą jedności polegającej na kapitulacji drugiego, a my po trzech godzinach czekania otrzymaliśmy dokładnie to, co należało przewidzieć: biały dym nie pojawił się, czarnego także nie było, za to z Nowogrodzkiej wyszedł komunikat w kolorze urzędowej szarości.
Rozmowy były konstruktywne. Nic nie ustalono. Ultimatum obowiązuje. Dobra wola trwa. Partia się rozpada.

Dodaj komentarz