
Zajrzałem ponownie do „Studia Opinii” (www.studioopinii.pl) i z przyjemnością stwierdzam, że sytuacja rozwija się pomyślnie. Portal, który przez lata zajmował się demokracją, państwem prawa, Rosją, Kościołem, historią, edukacją i innymi drobiazgami, znalazł wreszcie zagadnienie naprawdę fundamentalne: jak należy komentować felietony Bielejewskiego, żeby Studio Opinii nie upadło.
Sprawa osiągnęła już poziom instytucjonalny. Zbigniew Szczypiński opublikował osobny apel, w którym uznał, że spory wywołane tym, „co i jak pisze pan Bielejewski”, dawno przekroczyły punkt krytyczny, zaproponował, żeby nie komentować moich tekstów ani moich komentarzy, a decyzję o dalszym postępowaniu pozostawił redaktorowi. Jest to rozwiązanie niezwykle oryginalne jak na portal noszący nazwę „Studio Opinii”: w celu poprawienia jakości wymiany opinii proponuje się nie wymieniać opinii z jednym z uczestników.
Nie wiem, czy należy to już nazywać bojkotem, ekskomuniką, kwarantanną czy po prostu higieną intelektualną. W każdym razie jestem wzruszony. Człowiek przez większość życia stara się napisać coś, co zostanie zauważone, a kiedy wreszcie mu się uda, powstaje komitet społeczny, żeby tego nie zauważać.
Jeszcze piękniejsze jest uzasadnienie. Wszystko odbywa się oczywiście w obronie powagi. To słowo powraca w tej dyskusji jak kadzidło podczas rezurekcji. Studio ma być poważne, spór ma być poważny, argument ma być poważny, polemika ma być poważna, autor powinien być poważny, a najlepiej również czytelnik powinien siedzieć przed monitorem wyprostowany, zapięty pod szyję i przed kliknięciem „wyślij komentarz” przez chwilę pomyśleć o Stefanie Bratkowskim.
Powaga jest bowiem substancją niezwykle delikatną. Jeden dowcip o WD-40 i może się rozlać.
Pan Sławek poświęcił mojemu komentarzowi osobny tekst zatytułowany „Miało być inaczej, a nic się nie zmieniło!”, w którym wyjaśnił, że ironia, groteska i metafory nie stanowią argumentów, a satyryczna polemika z tekstem profesora Konsztowicza jest właściwie jego „unieważnieniem”. Największym problemem mojego komentarza ma być wręcz jego „funkcja społeczna”, ponieważ podobno ustawia autora w roli ekscentryka i naraża na śmieszność tych, którzy potraktują go serio.
Przyznam, że szczególnie zachwyciła mnie funkcja społeczna dowcipu.
Człowiek sądził dotąd naiwnie, że kiedy czyta tekst, w którym jedna przyczyna okazuje się odpowiedzialna kolejno za centralizm, edukację, naukę, gospodarkę, innowacyjność, selekcję elit i prawdopodobnie pogodę w długi weekend, wolno mu zauważyć, że autor zbudował sobie intelektualny kombajn wieloczynnościowy. Tymczasem nie. Należy najpierw sporządzić tabelę zmiennych, dobrać próbę kontrolną, wykonać analizę porównawczą państw OECD i dopiero po uzyskaniu recenzji dwóch niezależnych ekspertów wolno delikatnie zasugerować, że kombajn może mieć za szeroki heder.
Felieton według tej szkoły powinien więc być czymś w rodzaju rozprawy habilitacyjnej, tylko krótszej i bez poczucia humoru.
I tutaj właśnie dochodzimy do najbardziej zabawnego nieporozumienia. Pan Sławek chce, żeby felieton polemiczny odpowiadał „punkt po punkcie”, wykazywał, przedstawiał dane przeciwne, budował alternatywę, rozpatrywał wszystkie możliwe warianty i broń Boże nie ośmieszał konstrukcji, którą krytykuje. To jest całkiem dobry opis recenzji naukowej. Tyle że ja nie składam artykułu do „European Journal of Administrative Federalism and Advanced JOW Studies”. Piszę felieton.
Felieton ma tę przykrą właściwość, że czasami śmieje się z argumentu.
Nie dlatego, że argumentu nie ma, lecz właśnie dlatego, że jest i czasem prezentuje się zabawnie.
Kiedy człowiek mówi, że jedną śrubką wyreguluje silnik, skrzynię biegów, klimatyzację i małżeństwo kierowcy, można oczywiście odpowiedzieć mu czterdziestoma siedmioma stronami dokumentacji technicznej. Można również powiedzieć, że odkrył śrubkę o niezwykle szerokich kompetencjach. Drugie zdanie nie przestaje być argumentem tylko dlatego, że da się przy nim uśmiechnąć.
W Studio Opinii pojawiła się jednak osobliwa teoria epistemologiczna: prawda wypowiedziana ponuro jest bardziej prawdziwa od prawdy wypowiedzianej śmiesznie.
Gdy napiszę, że związek przyczynowy nie został należycie wykazany, jestem publicystą odpowiedzialnym. Gdy napiszę, że autor przebył drogę od wskaźnika Hirscha do federalizacji Polski intelektualnym teleportem, staję się zagrożeniem dla debaty. Treść zarzutu może być ta sama, ale w drugim przypadku wydarzyła się rzecz straszna: czytelnik mógł się roześmiać.
A śmiech jest niebezpieczny. Człowiek roześmiany gorzej przyjmuje hierarchię.
Trudniej mu wmówić, że argument staje się poważniejszy dlatego, iż wypowiada go profesor, doktor habilitowany, dinozaur portalu albo uczestnik z szesnastoletnim stażem.
Profesor Konsztowicz napisał dziewiętnastominutowy esej obejmujący ordynację wyborczą, federalizację, naukę, edukację, administrację, innowacyjność, Magdalenkę, centralizm, gospodarkę opartą na wiedzy, STEM i kilka pomniejszych problemów cywilizacji, a w bibliografii obficie odwołał się do swoich wcześniejszych publikacji. To oczywiście wolno robić. Wolno rozwijać własną koncepcję przez piętnaście lat, cytować ją, rozszerzać i uważać, że właśnie ona prowadzi do naprawy Rzeczypospolitej. Mnie natomiast powinno być wolno zauważyć, że jeśli autor pyta świat o rozwiązanie problemu, a większość drogowskazów prowadzi do jego wcześniejszych prac, to trasa została zaplanowana z pewnym wyprzedzeniem.
Nie jest to atak na profesora Konsztowicza. To jest atak na samouszczelniający się sposób argumentowania.
Problem w tym, że w naszym małym salonie krytyka sposobu argumentowania zostaje natychmiast przeniesiona na poziom moralny. Nie dyskutuje się już, czy ironia trafia w słaby punkt rozumowania, tylko czy ironista ma właściwą postawę, intencję, temperament i stosunek do rozmówcy. W ten sposób człowiek zaczyna felieton od JOW, a kończy jako podejrzany o wadliwą osobowość.
Pan Sławek sam napisał, że mój komentarz przede wszystkim informuje, iż „nie podoba mi się autor”, oraz przypisał mu funkcję ustawiania hierarchii. Skąd zna moje uczucia do profesora Konsztowicza, pozostaje tajemnicą dostępną zapewne wyłącznie bardziej zaawansowanym metodom nauk społecznych. Ja mam z tym trudność, bo zwykle nie wiem nawet, czy rano podoba mi się własna twarz przed kawą, a tu ktoś już precyzyjnie ustalił mój stosunek emocjonalny do człowieka, którego tekst czytam.
I właśnie to jest najzabawniejsze. Ludzie nawołujący do walki z ad personam z ogromną łatwością przechodzą od tego, co napisałem, do tego, dlaczego to napisałem, jaką mam potrzebę, jaką pozycję chcę sobie zbudować i jaką rolę społeczną pełni mój dowcip.
Następnie bardzo poważnie protestują przeciwko personalizacji sporu.
Pan Sławek pod najnowszym apelem napisał właśnie, że spór może być ostry, ale nie może być personalny, oraz że chciałby wrócić do rozmów o tekstach, faktach i poglądach, a nie o domniemanych intencjach autorów. Trudno się z tym nie zgodzić. Chciałbym nawet pójść dalej i zaproponować eksperyment: zacznijmy tę zasadę stosować również wobec mnie.
Byłoby rewolucyjnie.
Można napisać, że moje rozumowanie jest błędne. Można wykazać, że nie rozumiem federalizmu, ekonomii, Kościoła, Matczaka, zdrowia, kryptowalut ani mechaniki kwantowej. Można mi pokazać liczby, badania i źródła. Można nawet napisać, że dowcip jest kiepski, puenta przewidywalna, a metafora pachnie piwnicą po wuju.
Ale kiedy zamiast tego powstaje literatura o moim „tonie”, „sposobie obecności”, „funkcji społecznej”, „schematach deprecjonujących” i o tym, czy powinienem się samoograniczyć, zaczynam podejrzewać, że przedmiotem analizy przestał być tekst, a zaczął być Bielejewski jako zjawisko atmosferyczne.
Jeszcze trochę, a Instytut Meteorologii zacznie wydawać ostrzeżenia: „Na północy kraju zachmurzenie umiarkowane, na południu burze, w Studio Opinii lokalnie Bielejewski, możliwe porywy ironii do dziewięciu stopni w skali Urbana”.
Szczególny urok ma również wątek sztucznej inteligencji. Kiedy korzystam z AI, staje się to przedmiotem rozważań o autentyczności autora, masowej produkcji treści i nierówności w dyskusji. Tymczasem Pan Sławek uruchomił własny cykl podpisany wspólnie z Perplexity AI, objaśniający czytelnikom, jak używać generatywnej sztucznej inteligencji. I bardzo dobrze. Naprawdę. Postęp technologiczny nie powinien nikogo przerażać.
Bawi mnie tylko, że AI przypomina w tej dyskusji alkohol w domu bardzo zasadniczej rodziny: u sąsiada jest nałogiem, u nas degustacją.
Jeżeli Bielejewski używa narzędzia, należy zbadać, czy nie produkuje za dużo. Jeżeli Sławek używa tego samego narzędzia, powstaje działalność edukacyjna.
Nawet sztuczna inteligencja nauczyła się już w Polsce różnicy między naszym a cudzym.
Nie wiem też, dlaczego na portalu publicystycznym ironia miałaby być traktowana jak nielegalna broń. Felieton bez złośliwości jest przecież gatunkiem podobnym do szabli bez ostrza. Można ją pięknie powiesić nad kominkiem, nikomu nie zrobi krzywdy i nawet dzieci mogą się nią bawić, tylko trudno później twierdzić, że nadal służy do cięcia.
Urban był czasem potwornie niesprawiedliwy, Kisiel potrafił być złośliwy do bólu, Pilch nie pytał bohaterów swoich obserwacji o zgodę na metaforę. Można ich lubić albo nie, ale żaden z nich nie uważał, że obowiązkiem felietonisty jest dostarczenie przeciwnikowi komfortowych warunków do zachowania dobrego samopoczucia.
Satyra ma właśnie sprawdzać, czy argument przeżyje śmiech. Jeżeli nie przeżywa, być może problemem nie jest śmiech.
Najbardziej zastanawia mnie natomiast fenomen małych środowisk opiniotwórczych, w których po latach wytwarza się swoista etykieta salonowa. Wszyscy się znają, wiedzą, kto jest profesorem, kto dinozaurem, kto znał założyciela, kto pisał jeszcze na starym serwerze i kto ma prawo mówić trochę głośniej, ponieważ jego kapcie stoją w przedpokoju od 2009 roku.
Nie trzeba nawet tworzyć formalnego koła wzajemnej adoracji. Wystarczy, że ludzie długo siedzą w tym samym pokoju. Po pewnym czasie zaczynają uważać rozmieszczenie foteli za część porządku naturalnego.
Nowy człowiek może oczywiście wejść, ale dobrze, żeby nie przesuwał stolika. Może mówić, byle nie za często. Może krytykować, byle nie za ostro. Może żartować, byle nikt ważny nie poczuł, że żart jest o nim.
Może polemizować z profesorem, ale powinien najpierw wyrazić uznanie dla dorobku, następnie uklęknąć intelektualnie na jedno kolano, a dopiero potem delikatnie zauważyć, że być może na stronie 17 występuje drobna nieścisłość.
Najlepiej zakończyć słowami o wielkim szacunku. Wtedy spór jest dojrzały. Jeżeli natomiast ktoś napisze, że cesarz nie tylko jest nagi, ale jeszcze ma skarpetki do sandałów, pojawia się kryzys kultury debaty.
I dlatego cała ta awantura bawi mnie coraz bardziej.
Nie dlatego, że wszyscy moi krytycy piszą bzdury. Nie piszą. Pan Sławek potrafi sformułować argument, profesor Konsztowicz ma prawo bronić swojej wizji państwa, Zbigniew Szczypiński ma pełne prawo uważać, że mój sposób pisania szkodzi portalowi, Sonia może marzyć o dniu, w którym zniknę z komentarzy, a każdy czytelnik może uznać moje felietony za grafomanię wspomaganą elektrycznie.
To wszystko jest częścią normalnej debaty.
Komizm zaczyna się wtedy, kiedy własną niechęć do określonego stylu podnosi się do rangi zasady etycznej. Nie lubię ironii, więc ironia degraduje debatę. Nie lubię częstych komentarzy, więc częste komentarze tworzą nierówność strukturalną. Nie lubię złośliwości, więc złośliwość zastępuje argument. Nie lubię, gdy ktoś wyśmiewa tekst profesora, więc wyśmiewanie tekstu profesora jest „satyrą unieważniającą”. A kiedy ktoś wyśmiewa moje kryteria oceny, najwyraźniej właśnie potwierdził diagnozę.
To system doskonały. Nie można z nim przegrać.
Trochę przypomina dawną psychiatrię polityczną: jeżeli pacjent twierdzi, że jest zdrowy, świadczy to tylko o braku krytycyzmu wobec własnej choroby.
Największym nieszczęściem tej małej wojny jest więc nie to, że ktoś mnie nie lubi. Byłbym głęboko zaniepokojony, gdyby po tylu felietonach nikt nie miał mnie dosyć. Felietonista, którego wszyscy lubią, powinien sprawdzić, czy przypadkiem nie zaczął pisać instrukcji obsługi czajnika.
Nieszczęściem jest coś innego: coraz częściej spór o argument zastępuje recenzowanie prawa przeciwnika do jego tonu.
A ja tego prawa nie zamierzam oddawać. Jeżeli ktoś napisze rzecz mądrą, powiem, że jest mądra. Jeżeli napisze rzecz niemądrą, powiem, że jest niemądra. Jeżeli przy okazji da się z niej zrobić dobry dowcip, sytuacja staje się wręcz idealna. Nie mam zamiaru zmieniać felietonu w protokół posiedzenia komisji rewizyjnej tylko dlatego, że paru panów poczuło dyskomfort na widok metafory.
Studio nazywa się przecież „Studio Opinii”, a nie „Towarzystwo Wzajemnego Potwierdzania Słuszności”.
Choć przyznam, że ostatnio różnica chwilami wymaga szkła powiększającego.
A wszystkim, którzy proponują, żeby mnie nie czytać i nie komentować, mogę tylko przyklasnąć. To znakomity pomysł. Internet od początku posiada funkcję niezwykle nowoczesną, darmową i niewymagającą zmiany regulaminu. Nazywa się nie klikać.
Natomiast tworzenie kolejnych artykułów o tym, dlaczego nie należy komentować Bielejewskiego, jest metodą trochę mniej skuteczną.
Ale za to znacznie zabawniejszą. I za nią, całkiem szczerze, jestem Państwu wdzięczny.

Dodaj komentarz