




Po prawie dwóch latach rządów, Donald Tusk nie ogłasza narodowego odrodzenia, nie wiesza sobie orderów, nie rozdaje kwiatów ani nie wygłasza kazania na górze. Robi coś bardziej niewdzięcznego, ale w tym momencie koniecznego: patrzy na swój rząd jak chirurg na pooperacyjnego pacjenta. Zadaje sobie pytanie: co jeszcze trzyma go przy życiu, a co już trzeba odciąć.
Bo przecież rząd, po dwóch latach, jest jak związek po pierwszej sprzeczce: trochę zawiedziony, trochę zawstydzony, bardzo potrzebujący terapii. I choć Tusk nie otwiera kliniki małżeńskiej, to wyraźnie pokazuje: koalicja nie musi być wieczna, ale ma sens, jeśli się nie rozpadnie przy pierwszej różnicy zdań.
Wybrano drogę realizmu. I dobrze.
Ustawa o wspólnym pożyciu — zawarta pomiędzy ludową tradycją a lewicowym postępem — nie zadowoli aktywistów LGBT, nie wzruszy Watykanu, nie zostanie przyjęta owacją na stojąco w Brukseli, ale jest pierwszym poważnym krokiem od czasów, kiedy temat związków był traktowany jak polityczny trąd. PSL przełknęło tę żabę. Lewica udaje, że to był ich plan od początku. Platforma udaje, że jest zadowolona. A wyborcy — zaskakująco — w większości są za. Bo to, co rozsądne, w Polsce zaczęło być modne.
Koalicja wreszcie przestaje wyglądać jak zbieranina rodzin na weselu, które nie mogą się zgodzić, kto siedzi przy stole prezydialnym. A to nowość. Szczególnie po przegranej Trzaskowskiego, która była jak zimny prysznic po zbyt długiej kampanijnej imprezie. Teraz nikt nie obiecuje już 100 konkretów w 100 dni, bo wiadomo, że niektóre konkrety rozpuszczają się w realiach szybciej niż cukier w herbacie.
Tym bardziej, że nad wszystkim unosi się cień Nawrockiego — cień długi, cienki, nieco karbowany, z widoczną aureolą patriotycznej waty. Człowiek, który chce porównywać wolontariusza kombatanta do partnera życiowego, z każdym dniem staje się bardziej groteskowy. Nawrocki — przybrany ojciec moralności narodowej, pogromca tęczy i trybun relacji czysto koleżeńskich — swoją prezydenturą może jeszcze nie zatopił ustaw, ale skutecznie zamula ich sens. Jeśli konserwatyzm byłby zapachem, Nawrocki byłby jego koncentratem.
To, co miało być kontrolą konstytucyjnej jakości, staje się teraz konserwatywnym notariuszem oporu. A przecież nie po to zmienialiśmy władzę, by wciąż pytać „czy Pan Prezydent łaskawie pozwoli?”. Trzeba to sobie powiedzieć wprost: Nawrocki nie jest tylko strażnikiem żyrandola. On stał się jego elektrykiem, wyłączającym światło za każdym razem, gdy debata staje się za jasna.
W tym kontekście — tym bardziej — trzeba dostrzec, że Tusk i jego środowisko szykują się do zmiany formuły. Nie tylko retorycznej. Platforma Obywatelska ma połączyć się z Inicjatywą Polską i Nowoczesną. To nie tylko zabieg kosmetyczny, to symboliczna próba zbudowania politycznego wehikułu, który nie będzie już wielką szafą z szufladkami i frakcjami, ale jedną, dużą strukturą z czytelną ofertą. Koniec z mikropartijkami, których logo zna tylko 2,3 proc. wyborców. Zaczyna się walka o zaufanie. Nie o branding.
A reszta opozycji? Lewica skubie się sama ze sobą, udając, że to część wewnętrznej demokracji. Polska 2050 wraca do korzeni, czyli do sondażowego planktonu. PSL próbuje być nowoczesną partią wiejską — trochę jak hipster w gumiakach. I choć chłopi głosują, jak głosowali, to Kosiniak-Kamysz ryzykuje, przechodząc na stronę progresu. Czyżby widział, że na tradycyjnej wsi coraz częściej stoi stacja ładowania Tesli?
I w tym samym czasie — gdzieś za polityczną granicą rozsądku — Kaczyński ogłasza wielki kongres PiS. Będą referaty, książeczki, dykcje profesorskie i może nawet power pointy. A potem, jak zawsze, wróci do Bąkiewicza, biało-czerwonych kos i pomysłów na budowę państwa ze styropianu i resentymentu. W PiS kongres to teatr: kulisy pełne frustracji, scena pełna frazesów. Ale prezes lubi mieć program. Choćby po to, by na koniec dnia i tak robić wszystko odwrotnie. Kongres będzie jak jasełka dla dorosłych: wszyscy znają role, nikt nie wierzy w treść.
A co z Konfederacją? Mentzen udaje, że nic się nie dzieje, Bosak udaje, że coś planuje, a Robert Bąkiewicz – niczego nie udaje. On po prostu jest. Jak dym wędzarniany: trudno go się pozbyć, wnika wszędzie i zostawia po sobie zapach pleśniowego heroizmu. PiS go teraz klepie po plecach, bo liczy, że radykalna frakcja pomoże rozbić Konfederację jak porcelanę z PRL-u. Prezes Kaczyński znów szyje nowy garnitur narodowego zjednoczenia z materiałów łatwopalnych.
PUENTA: Nie jesteśmy już w polityce marzeń. Jesteśmy w polityce instrukcji montażu: jak z kawałków rozsypanego państwa złożyć coś, co da się uruchomić bez iskier, zwarcia i krzyku. Tusk nie obiecuje już gwiazdki z nieba. Dziś obiecuje, że niebo nie spadnie nam na głowę. I to, jak na czasy Nawrockiego z napalmem, jest całkiem uczciwa oferta. Szczególnie, że po drugiej stronie mamy orkiestrę z Nowogrodzkiej, która ćwiczy Marsz Pogrzebowy — nie wiadomo jeszcze czy demokracji, czy samego prezesa.

Dodaj komentarz