
Środa kończy się wiadomością pocieszającą: Rosja, zdaniem generała Romana Polki, nie ma dziś siły, żeby urządzić nam klasyczny najazd dywizjami pancernymi. Możemy więc odetchnąć, choć niezbyt głęboko, ponieważ generał zaraz dodaje, że Moskwa znacznie chętniej będzie wysadzała tory, podsyłała dywersantów, wypuszczała drony, finansowała agentów wpływu i podsycała nieufność wobec państwa oraz Ukrainy. Innymi słowy, Rosjan nie stać na okupację Polski, ale spokojnie stać ich na zatruwanie nam życia, co z punktu widzenia przeciętnego obywatela może być nawet bardziej praktyczne, bo do czołgu trzeba paliwa i części zamiennych, a do polskiego Facebooka wystarczy jeden dobrze napisany post o tym, że wszystkiemu winni są Ukraińcy.
Właśnie dlatego tajemnicza wizyta szefa CIA Johna Ratcliffe’a w Moskwie budzi mniej ciekawości niż nerwowości. Przyleciał wojskowym C-17, posiedział około czterech godzin, Rosjanie początkowo udawali, że właściwie nic się nie dzieje, a eksperci zaczęli przypominać, że podobną misję Amerykanie odbywali przed pełnoskalową inwazją na Ukrainę. To trochę jak zauważyć straż pożarną dyskretnie wchodzącą nocą do sąsiada i pocieszać się, że przecież jeszcze nie widać płomieni. Generał Polko sugeruje, że ważny mógł być również Iran i przedwyborcze interesy Trumpa, co brzmi wiarygodnie, bo polityka Donalda Trumpa ma tę niezwykłą właściwość, że nawet kiedy dotyczy bezpieczeństwa Europy, po kilku minutach okazuje się dotyczyć przede wszystkim Donalda Trumpa.
Na naszym własnym podwórku afera Zondacrypto nadal rośnie z szybkością kursu kryptowaluty tuż przed katastrofą. Rano mieliśmy Monako, Republikę, Ibizę, reklamy i niedoszłą sprzedaż części telewizji, więc nie będę drugi raz smażył tej samej kiełbasy. Wieczorem doszedł jednak wątek znacznie ciekawszy: prokuratura weryfikuje informacje dotyczące finansowania przez Zondacrypto działań osób pomagających Marcinowi Romanowskiemu w ukrywaniu się przed wymiarem sprawiedliwości. Na razie nie wiadomo, o kogo konkretnie chodzi, a mecenas Bartosz Lewandowski stanowczo zaprzecza, by jego pomoc prawna dla Romanowskiego była finansowana przez Krala lub giełdę. Warto więc zachować precyzję, choć sama historia zaczyna przypominać fundusz inwestycyjny o niezwykle szerokim portfelu: trochę mediów, trochę polityki, trochę zegarków, trochę Monako, a teraz jeszcze potencjalnie segment usług ukrywania byłych wiceministrów.
Tymczasem program SAFE, który zdołał już w polskiej polityce zostać przedstawiony jako instrument finansowego ratunku dla armii, europejski kaganiec, zamach na suwerenność i okazja do wielkich zakupów, zupełnie nieświadomy tych sporów działa dalej. Hiszpania zgodziła się na wspólny z Polską zakup co najmniej siedmiu Airbusów A330 MRTT, z których cztery mają trafić do Polski do 2030 roku i tankować między innymi nasze F-35 w powietrzu. Całość ma kosztować 5,4 miliarda euro. Szczególnie ujmujące jest to, że pieniądze z programu, który politycznie tak bardzo nam zagraża, mają kupić samoloty zwiększające nasze bezpieczeństwo. Suwerenność, jak widać, jest trochę mniej obrażona, kiedy ma zasięg międzykontynentalny i cztery silniki.
Z gospodarki nadeszła wiadomość jeszcze bardziej fundamentalna, bo dotycząca instytucji bliższej Polakowi niż Sejm, Senat i niejedna parafia. Kanadyjski właściciel Circle K chce przejąć sto procent Żabki, oferując po 32 złote za akcję i docelowo wycofać spółkę z giełdy. Kluczowi akcjonariusze posiadający ponad 57 procent głosów już zobowiązali się sprzedać swoje udziały. Jeśli transakcja dojdzie do skutku, Żabka pozostanie Żabką, tylko kanadyjską, co dowodzi, że globalizacja osiągnęła stadium ostateczne: Polak nadal będzie mógł kupić hot doga o 23.47, lecz zyski z tego aktu narodowej konieczności pojadą nieco dalej na zachód.
Można się oczywiście śmiać, ale Żabka jest dziś chyba jednym z najbardziej namacalnych dowodów polskiej transformacji. Dawniej symbolem kapitalizmu był Pewex, później supermarket, następnie galeria handlowa, a dziś pełną dojrzałość osiągnęliśmy wtedy, gdy zagraniczny koncern chce zapłacić ogromne pieniądze za możliwość sprzedawania Polakom kawy, kabanosa, przesyłki kurierskiej i tabletki przeciwbólowej w lokalu wielkości większej łazienki. Cywilizacja naprawdę poszła naprzód.
W Estonii natomiast postanowiono uprościć demokrację do stopnia, o którym polscy politycy mogą jedynie marzyć. We wrześniowych wyborach prezydenckich w parlamencie wystartuje jedna zarejestrowana kandydatka, Ülle Madise, pod której kandydaturą podpisało się 75 ze 101 deputowanych. Estończycy, znani z cyfryzacji państwa, najwyraźniej zdigitalizowali również kampanię wyborczą i usunęli niepotrzebny etap pod tytułem „kontrkandydat”. U nas taka innowacja nie miałaby żadnych szans, ponieważ polska polityka bez przeciwnika przypomina wesele bez alkoholu: technicznie możliwe, ale wszyscy pytają, po co przyszli.
Na szczęście „Rzeczpospolita” informuje również o pladze „superklonów” luksusowych zegarków, których podróbki bywają podobno tak dobre, że potrafią nabrać nawet sprzedawców markowych butików. To piękna metafora kończącego się dnia. Cała polityka coraz bardziej przypomina rynek takich zegarków: wszystko wygląda kosztownie, nazwisko właściwe, logo błyszczy, wskazówki chodzą, konferencja prasowa odbyła się punktualnie, a dopiero po zdjęciu tylnej pokrywy człowiek odkrywa, że mechanizm był robiony zupełnie gdzie indziej i przez kogoś innego.
A gdyby od tej całej wielkiej polityki człowiekowi zrobiło się smutno, Hiszpanie podsunęli terapię. W Buñol dwadzieścia dwa tysiące ludzi obrzuciło się dziś stu pięćdziesięcioma tonami przejrzałych pomidorów. Nikt nie udawał debaty, nikt nie mówił o wartościach, nikt nie powoływał się na Konstytucję, interes narodowy ani wolę zwykłego obywatela. Ludzie przyszli, żeby rzucać w siebie pomidorami, po czym rzeczywiście rzucali w siebie pomidorami.
Patrzę na to z zazdrością. Wreszcie system polityczny, w którym obietnice wyborcze są realizowane w stu procentach.

Dodaj komentarz