
Środa znów dowiodła, że rzeczywistość jest najbardziej bezczelnym satyrykiem: nie przyjmuje uwag redakcyjnych i stale przekracza dopuszczalny poziom groteski.
Upłynęła pod znakiem migracji. Jedni migrowali przez granice, inni między partiami, dokumenty między urzędami, a odpowiedzialność — jak zwykle — w nieznanym kierunku, bez paszportu i możliwości deportacji.
Najtragiczniejszy był kryzys w Ceucie, gdzie przedostało się około 72 tysięcy ludzi, a co najmniej 141 zginęło, głównie tonąc. Dramat tych ludzi nie jest materiałem do żartu. Materiałem do żartu, choć ponurego, jest reakcja Europy. Wszystko wskazuje na operację nacisku ze strony Maroka, lecz Hiszpania i Unia nabrały wody w usta. Zapewne tej samej, w której tonęli migranci.
Król Mohammed VI rozegrał Europę jak doświadczony właściciel parkingu przy lotnisku. Najpierw uniósł szlaban, potem patrzył, co się stanie, a gdy sąsiad został zadeptany, zaoferował współpracę przy porządkowaniu ruchu.
Europa nie może przecież obrazić Maroka. Potrzebuje go do zatrzymywania migracji, walki z terroryzmem, handlu, stabilizacji Afryki Północnej oraz udawania, że ma jakąkolwiek politykę wobec południowego sąsiedztwa.
Rabat może więc zastosować migracyjną broń, a następnie dostać pieniądze na ochronę przed migracyjną bronią. Jest to model biznesowy doskonalszy niż sprzedaż gaśnic po dyskretnym podpaleniu magazynu.
Unia zapewne odpowie stanowczo. Wyrazi głębokie zaniepokojenie, zwoła posiedzenie, podkreśli potrzebę dialogu i przeleje środki. Europejska dyplomacja przypomina terapeutę napadniętego w ciemnej ulicy, który oddaje portfel i proponuje sprawcy wspólne przepracowanie agresji.
W Polsce także zajmowano się migracją, choć bardziej statystyczną. Od stycznia do czerwca zarzuty karne usłyszało 239 obywateli Kolumbii, dwa razy więcej niż rok wcześniej. Problem jest realny i wymaga reakcji służb, ale już widać, jak internetowi przedsiębiorcy od strachu rozpakowują sombrera, choć Kolumbia leży kilka tysięcy kilometrów od Meksyku.
Polski dyskurs migracyjny działa bowiem jak kiepska krajalnica. Nie rozróżnia kraju, skali, przyczyny ani człowieka. Jest cudzoziemiec, jest nagłówek, można ciąć.
Ukraińców jest w Polsce najwięcej, a liczba podejrzanych z tej grupy spada. To jednak wiadomość mało przydatna politycznie. Trudno na niej zbudować filmik z płonącą granicą i napisem sugerującym ostatnie siedem minut istnienia narodu.
Statystyka nie chce współpracować z propagandą. Propaganda radzi więc sobie bez statystyki.
Największa migracja krajowa odbywała się jednak między Pałacem Prezydenckim, Trybunałem Konstytucyjnym, Krajową Radą Sądownictwa i biurkiem Donalda Tuska. Chodziło o nominacje asesorów, które Karol Nawrocki wręczył bez kontrasygnaty premiera. Tusk musiał podpisać około dwustu dokumentów, aby asesorzy mogli legalnie orzekać i nie produkowali wyroków o trwałości paragonu zostawionego na deszczu.
Nawrocki najwyraźniej uznał, że skoro chce nowej Konstytucji, może już teraz korzystać z jej wersji demonstracyjnej.
Pałac stosuje system prezydencki metodą gospodarczą. Nie zmienia ustroju, tylko przesuwa meble, zamyka drzwi premierowi i oznajmia, że zawsze tak stały.
Trybunał Bogdana Święczkowskiego pomógł, orzekając, że kontrasygnata nie jest potrzebna. KRS uznała coś przeciwnego. W efekcie obywatel może być pewien, że jego sprawę rozpatrzy legalnie powołany asesor, chyba że nielegalnie, zależnie od tego, który organ akurat ma dyżur.
Polski wymiar sprawiedliwości coraz bardziej przypomina restaurację, w której kucharz twierdzi, że kelner nie istnieje, kelner neguje kucharza, właściciel siedzi na zapleczu, a klient po czterech latach dostaje rachunek za potrawę, której nie zamawiał.
Nowy sędzia Trybunału Sławomir Patyra wyznał rozczarowanie zarówno Święczkowskim i prezydentem, jak i obecną koalicją. Nie chce orzekać, ponieważ część legalnie wybranych sędziów nie jest dopuszczana do pracy, nie otrzymuje wynagrodzeń, a niektórzy siedzą na korytarzu lub nie są wpuszczani do budynku.
Trybunał Konstytucyjny osiągnął więc poziom polskiej przychodni specjalistycznej. Pacjenci są zapisani, lekarze zatrudnieni, pokoje zamknięte, a termin funkcjonowania instytucji poznamy później.
Donald Tusk oznajmił natomiast, że Roman Giertych nie jest świętą krową i jeśli nielegalnie wyniósł materiały ze śledztwa dotyczącego dwóch wież, będzie „out”. To ważna wiadomość. Premier wprowadził do prawa karnego procedurę znaną z programu rozrywkowego: podejrzany wychodzi ze studia, muzyka narasta, a widzowie głosują telefonicznie.
Giertych nie jest świętą krową. Jest raczej bardzo dużym bykiem trzymanym przez koalicję w składzie porcelany. Przydaje się do rozbijania gablot PiS, ale od czasu do czasu obraca się zbyt gwałtownie i wtedy Tusk musi zapewniać, że rachunek zapłaci właściciel zwierzęcia.
Środowe śledztwo w sprawie zdrady dyplomatycznej po katastrofie smoleńskiej zakończyło się umorzeniem. Po dziesięciu latach prokuratura ustaliła, że polskie władze nie dopuściły się zdrady i nie działały na szkodę państwa.
Dziesięć lat to w Polsce właściwy czas na stwierdzenie, że przestępstwa nie było. Jeszcze kilka lat i być może dowiemy się, czy śledztwo było potrzebne.
Sprawa smoleńska stała się przemysłem ciężkim polskiej polityki. Zużyła tony papieru, setki konferencji, ogromne pieniądze i resztki społecznego rozsądku. Produktem końcowym jest nic, ale za to bardzo szczegółowo udokumentowane.
Na prawicy nadal trwała migracja Morawieckiego z PiS do Morawieckiego. Kiedy Kaczyński i były premier walczą, prawda rzeczywiście wychodzi na jaw — zwykle w złym stanie, bez kurtki i z informacją, że przez ostatnie osiem lat była przetrzymywana na zapleczu.
Obaj zaczynają przypominać rozwodzących się wspólników restauracji, z których każdy zapewnia, że to ten drugi wymyślił menu, zatrudnił kucharzy i zatruł gości. Morawiecki okazuje się człowiekiem, który przez sześć lat nie wiedział, czyim jest premierem. Kaczyński natomiast odkrywa, że powierzył rząd państwa osobie znajdującej się obecnie, według jego własnej diagnozy, w „dziwnym stanie”.
Nie wiadomo, która wersja jest dla prezesa korzystniejsza.
Na świecie również panował postęp. Władimir Putin powołał osobny rodzaj wojsk dronowych i mianował ich dowódcą generała Denisa Liamina. Rosja po trzech latach masowego używania dronów odkryła, że warto utworzyć dla nich strukturę organizacyjną. To szybkość typowa dla imperium. Najpierw wysyła się milion urządzeń na front, potem po kilku latach powołuje departament, który ustali, kto miał je liczyć.
Putin modernizuje armię konsekwentnie. Najpierw odkrył, że czołg można stracić. Potem, że okręt może zatonąć. Teraz dowiedział się, że dron zasługuje na generała. Przy tym tempie około 2032 roku Kreml powoła wojska odpowiedzialne za naprawę rafinerii, które dziś płoną.
Amerykanie tymczasem przygotowują nową strategię nuklearną na możliwość jednoczesnego konfliktu z Rosją i Chinami, z większym naciskiem na taktyczną broń jądrową.
Ludzkość dokonała zatem kolejnego wielkiego kroku. Broń atomowa ma być bardziej praktyczna, elastyczna i dostosowana do konfliktów regionalnych. Jeszcze chwila, a bomby jądrowe będą sprzedawane w wersji miejskiej, rodzinnej i kompaktowej, ze składanymi lusterkami oraz niską emisją w cyklu mieszanym.
Na szczęście w środę pojawił się trzeci sezon „1670”. Serial kpi z polskiego sarmatyzmu, ksenofobii, szowinizmu, obsesji wielkości i ludzi przekonanych, że ich wieś stanowi centrum świata.
Premiera odbyła się w trudnym momencie, ponieważ serial musi dziś konkurować z wiadomościami.
Twórcy pokazują szlachcica pełnego pychy, ignorancji i przekonania o własnej historycznej misji. Widz patrzy, śmieje się, po czym włącza serwis informacyjny i odkrywa, że kostiumy są wprawdzie inne, ale sezon trwa nadal.
Jedynym bohaterem środy, który naprawdę odpowiedział za swoje czyny, był zdziczały kot „Nine Lives” z Nowej Zelandii. Przez trzy lata polował na rzadkie ptaki i zabił około jednego procenta populacji chronionej cyraneczki. Został schwytany i zastrzelony.
Kot nie powołał komisji. Nie zakwestionował właściwości sądu. Nie założył stowarzyszenia Rozwój Kot Plus. Nie wystąpił w Kanale Zero z pytaniem o ułaskawienie. Nie miał rzecznika, który krzyknąłby „wara od dziewięciu żyć”. Z punktu widzenia polskiej polityki wykazał więc zdumiewający brak instynktu samozachowawczego.
Tak minęła środa. Maroko otworzyło granicę i otrzyma zapewne pomoc za jej zamykanie. Nawrocki ominął premiera, premier dopisał się do Nawrockiego, a Konstytucja zaczęła szukać okularów. Giertych może być „out”, lecz na razie pozostaje bardzo „in”. Smoleńska zdrada po dziesięciu latach wyemigrowała do archiwum. Putin dał generała dronom. Amerykanie próbują uczynić atom bardziej poręcznym. „1670” powróciło, choć właściwie nigdy nie zniknęło.
Migracja ma wiele postaci. Najbardziej konsekwentnie migruje odpowiedzialność. Zawsze w stronę, z której nie przewidziano ekstradycji.

Dodaj komentarz