
W poniedziałek pisałem z niejakim wzruszeniem, że koszyk spożywczy wreszcie schudł, masło przestało zachowywać się jak dobro luksusowe, jabłko znowu było owocem, a nie instrumentem finansowym, i że być może nadszedł ten niezwykły moment, kiedy człowiek po wyjściu z supermarketu nie musi sprawdzać, czy przypadkiem nie zostawił przy kasie aktu własności mieszkania.
Był poniedziałek. Dzisiaj jest środa. Proszę się rozejść, promocja dobiegła końca.
„Rzeczpospolita” informuje o czwartej rano, bo najwyraźniej uznała, że Polak nie powinien zbyt długo spać spokojnie, iż koniec taniej żywności jest coraz bliżej. Dzisiaj ceny jedzenia są średnio o 0,8 procent niższe niż przed rokiem, masło potaniało prawie o jedną czwartą, jabłka o około 25 procent, cukier o jedną piątą, mleko o 6 procent, ale ekonomiści przewidują, że w drugiej połowie przyszłego roku wzrost cen żywności może zbliżyć się do 7 procent.
Czyli wszystko wróciło do normy.
Polak bowiem może otrzymać dobrą wiadomość ekonomiczną, ale pod warunkiem, że na dole drobnym drukiem dopisze mu się, iż jest ważna do wyczerpania zapasów.
Ledwie zaczęliśmy zaprzyjaźniać się z kostką masła za rozsądną cenę, ekonomiści już stoją w drzwiach i tłumaczą, żebyśmy się emocjonalnie nie angażowali, ponieważ ten związek nie ma przyszłości.
Tegoroczna taniość jest zresztą czymś w rodzaju gospodarczego cudu sezonowego. Wieprzowina tanieje, bo w Europie jest jej dużo. Mleka również jest dużo. Owoce, mimo przymrozków i suszy, potaniały między innymi dzięki importowi z południa Europy. Innymi słowy, w polskim sklepie zapanował chwilowo taki niezwykły układ planet, w którym świnia, krowa, jabłko i Hiszpan postanowili wspólnie pomóc konsumentowi.
Niestety ekonomiści twierdzą, że planety zaraz się rozejdą.
Najpierw odbiją ceny mleka, potem wieprzowiny, do tego dochodzą drogie nawozy, pogoda, wojna, transport i tradycyjna światowa skłonność do psucia Polakowi śniadania. Nawozy fosforowe kosztują już około 736 euro za tonę, czyli wróciły w okolice poziomów znanych z energetycznego kryzysu początku 2023 roku.
I tutaj, ku mojej szczególnej radości, wraca Donald Trump.
Człowiek dopiero co zaznaczał na mapie cieśninę Ormuz jako przyszłą amerykańską nieruchomość, a teraz okazuje się, że zamieszanie w Zatoce Perskiej może nam za jakiś czas podrożyć ziemniaki.
To jest dopiero globalizacja.
Prezydent Stanów Zjednoczonych przesuwa sobie flotę na mapie Bliskiego Wschodu, Iran odpowiada, drożeją nawozy, polski rolnik płaci więcej, a pół roku później pani Krystyna w Radomiu bierze do ręki kalafior i mówi: „Oszaleli”.
Nie, pani Krystyno. To geopolityka.
Kiedyś wojna była daleko, jeżeli nie było jej słychać za oknem. Dzisiaj wojna jest daleko, dopóki człowiek nie spojrzy na paragon.
Najbardziej podoba mi się jednak język ekonomistów. Dowiadujemy się, że obecnie jesteśmy w „dołku cyklu świńskiego” i „dołku cenowym mleka”. Brzmi to tak, jakby polska gospodarka przechodziła trudniejszy okres psychiczny, a świnia potrzebowała urlopu i rozmowy z terapeutą.
Dołek świński ma jednak tę szczególną właściwość, że konsument się z niego cieszy, rolnik martwi, a ekonomista ostrzega, że prędzej czy później wszyscy z niego wyjdziemy.
Zwłaszcza cenowo.
W lipcu inflacja wyniosła 3 procent, a taniejąca żywność pomagała ją trzymać w ryzach, mimo że drożały między innymi paliwa, energia i koszty związane z mieszkaniem. Człowiek mógł więc mieć droższy prąd, wodę, benzynę i wakacje, ale przynajmniej masło patrzyło na niego życzliwie.
To jest polska wersja dobrobytu.
Dom drożeje, samochód drożeje, życie drożeje, ale kapusta tanieje, więc proszę nie siać defetyzmu.
Najlepsze jest to, że jeszcze chwilę temu eksperci ostrzegali przed drożyzną owoców, ponieważ były przymrozki, susze i straty. Potem owoce niespodziewanie potaniały. Teraz ci sami ekonomiści całkiem rozsądnie tłumaczą, dlaczego potaniały, po czym równie rozsądnie wyjaśniają, dlaczego za rok podrożeją.
Nie mam do nich pretensji.
Ekonomia jest nauką szczególnie użyteczną, ponieważ pozwala bardzo precyzyjnie wyjaśnić w środę, dlaczego to, czego nie przewidzieliśmy w poniedziałek, było właściwie nieuniknione.
Najważniejsze jednak, że mamy jeszcze trochę czasu.
Sierpień ma być nadal łaskawy dla portfela, później ceny zaczną się stopniowo odbijać, a 7-procentowa żywnościowa inflacja jest prognozą dotyczącą dopiero drugiej połowy 2027 roku, a nie jutrzejszej wizyty w Biedronce.
Nie należy więc wpadać w panikę. Nie trzeba kupować sześćdziesięciu kostek masła. Nie trzeba zakopywać cukru w ogródku. Nie trzeba brać kredytu hipotecznego na schabowego. Można natomiast korzystać z chwili. Kupować jabłka. Smarować grubo. Patrzeć na kapustę z uczuciem. Bo w Polsce dobra wiadomość ekonomiczna przypomina lato nad Bałtykiem: człowiek wie, że potrwa krótko, ale i tak rozkłada ręcznik.
W poniedziałek koszyk taniał. W środę dowiadujemy się, że za rok będzie drożał. Do piątku zapewne pojawi się ekspert, który wyjaśni, że jedno i drugie jest znakomitą wiadomością.
Jest dopiero ósma rano. Proponuję więc spokojnie zrobić kanapkę z masłem. Póki jeszcze nie wymaga aktu notarialnego.

Dodaj komentarz