
Jest coś głęboko niepokojącego w dniach, które zaczynają się od polityki, a kończą historią.
Środa miała być przecież zwyczajnym dniem sejmowej młócki. Kolejnym odcinkiem serialu pod tytułem „kto kogo bardziej nie lubi”, emitowanego nieprzerwanie od trzydziestu kilku lat, z krótkimi przerwami na święta państwowe i mecze reprezentacji. Miało być głosowanie nad wotum nieufności wobec ministra Marcina Kierwińskiego. Miały być standardowe przemówienia. Kilka przewidywalnych oburzeń. Kilka równie przewidywalnych ripost.
Wszystko zaczęło się zresztą całkiem rutynowo. Prawo i Sprawiedliwość postanowiło odwołać ministra spraw wewnętrznych Marcina Kierwińskiego, zarzucając mu niewydolność państwa, chaos w służbach oraz brak skutecznej kontroli nad bezpieczeństwem wewnętrznym. Sejm wysłuchał argumentów, wysłuchał kontrargumentów, po czym większość parlamentarna obroniła ministra dokładnie tak, jak wszyscy przewidywali jeszcze przed rozpoczęciem debaty. Politycznie było to wydarzenie równie zaskakujące jak informacja, że zimą bywa zimno, a latem zdarza się upał.
W normalnym kraju właśnie na tym zakończyłaby się historia dnia. Opozycja zgłosiłaby wniosek, większość by go odrzuciła, dziennikarze odnotowaliby wynik, a politycy rozeszliby się do swoich gabinetów, by przygotowywać kolejne awantury. Problem polega na tym, że współczesna polska polityka coraz bardziej przypomina teatr, w którym oficjalny scenariusz służy wyłącznie za dekorację.
Wotum nieufności wobec Kierwińskiego okazało się więc tylko kurtyną. Prawdziwe przedstawienie rozegrało się za nią.
Tymczasem nagle okazało się, że nie rozmawiamy już o ministrze. Nie rozmawiamy nawet o rządzie. Nie rozmawiamy o policji, granicach ani bezpieczeństwie. Rozmawiamy o nazwiskach, a kiedy polityka zaczyna zajmować się nazwiskami, człowiek odruchowo zagląda do kalendarza, żeby upewnić się, że nadal jest rok 2026.
Donald Tusk mówił w Sejmie o fali. O fali niebezpiecznych emocji. O nacjonalizmie. O ksenofobii. O marszu w stronę brunatnego krajobrazu politycznego. W pewnym momencie nawet sam wyglądał jak człowiek, który zastanawia się, czy wypada powiedzieć głośno to, co wszyscy już widzą.
Są takie słowa, które politycy wypowiadają niechętnie. Nie dlatego, że nie są prawdziwe. Dlatego, że są zbyt prawdziwe, a prawda ma tę paskudną cechę, że często psuje kampanie wyborcze.
Kilka godzin wcześniej Przemysław Czarnek postanowił bowiem zaatakować wiceministra nauki Andrzeja Szeptyckiego, pytając z sejmowej mównicy, dlaczego w polskim rządzie są ludzie o ukraińskich korzeniach. Niemal równolegle Janusz Kowalski rozpoczął własną krucjatę przeciwko rzekomej „ukrainizacji administracji”, zapowiadając kontrole w ministerstwach i analizując nazwiska urzędników. Wtedy historia, która zwykle siedzi cicho w bibliotecznych magazynach, wstała z krzesła i zaczęła się śmiać.
Rodzina Szeptyckich jest dokładnym przeciwieństwem prostych odpowiedzi. Jeden przodek był polskim generałem. Drugi ukraińskim duchownym. Jedni walczyli o Polskę. Inni budowali ukraińską tożsamość narodową. Losy tej rodziny przypominają raczej wielką powieść Europy Środkowej niż internetowy mem.
Ale właśnie dlatego nie nadają się do politycznych okrzyków. Polityka kocha prostotę. Historia nienawidzi prostoty.
Historia jest jak stary kredens pełen szuflad. Otwierasz jedną, a wysypuje się pięć kolejnych. W każdej leżą inne dokumenty, inne fotografie i inni przodkowie. A polityk chciałby wszystko zamknąć w jednym zdaniu. Najlepiej wykrzyczanym.
Patrzyłem na tę środową awanturę i przypominała mi się stara europejska choroba. Choroba, która zawsze zaczyna się niewinnie. Najpierw ktoś pyta o pochodzenie. Potem ktoś pyta o nazwisko. Później ktoś sprawdza dziadków. Następnie bada się poglądy. Na końcu bada się już tylko lojalność, a gdy społeczeństwo przyzwyczai się do tego rodzaju pytań, zaczynają się prawdziwe kłopoty.
Dzieje się to wszystko w chwili, gdy Polska przeżywa jeden z najlepszych okresów bezpieczeństwa w swojej współczesnej historii. Jeszcze kilka dni temu czytaliśmy raport Global Peace Index, według którego Polska zanotowała największy awans na świecie i znalazła się w czołówce najbezpieczniejszych państw globu.
To zabawne. Kraj, który właśnie awansował do światowej ekstraklasy stabilności, postanowił natychmiast przypomnieć sobie wszystkie swoje stare lęki. Trochę tak, jakby człowiek wygrał maraton, po czym zatrzymał się na mecie i zaczął sprawdzać, czy przypadkiem nie umiera.
Tymczasem świat wokół nie zamierzał czekać na nasze narodowe obsesje.
Donald Trump znów groził Iranowi, przypominając człowieka, który uważa dyplomację za rodzaj teleturnieju, w którym zwycięża ten, kto głośniej krzyczy.
Pod Moskwą eksplodował samochód rosyjskiego pułkownika. W Rosji od dawna wojna przypomina już mroczny serial sensacyjny, w którym kolejne odcinki zaczynają się od wybuchu, a kończą pogrzebem.
W Belfaście płonęły barykady po ataku nożownika z Sudanu. Tam również wystarczyła iskra, aby stare lęki zaczęły wychodzić z piwnic.
A dziś od godziny dziesiątej rano trwa przesłuchanie Jarosława Kaczyńskiego w prokuraturze. Człowiek, który przez dwie dekady rozstawiał polityków niczym figury na szachownicy, sam odpowiada na pytania śledczych. Historia ma wyjątkowo przewrotne poczucie humoru. Jeszcze niedawno to inni składali zeznania w sprawach interesujących prezesa. Dziś prezes składa zeznania w sprawach interesujących prokuraturę.
Sam obraz jest niemal literacki. Za drzwiami gabinetów śledczych siedzi człowiek, który przez lata budował narrację o Polsce zagrożonej przez wszystkich i wszystko, podczas gdy jego polityczni współpracownicy tropią ukraińskie korzenie, analizują nazwiska urzędników i próbują wzniecić kolejną odsłonę narodowej gorączki. Trudno nie dostrzec w tym pewnej symboliki. Jedna epoka powoli dojeżdża do stacji końcowej, podczas gdy druga usiłuje odtworzyć jej najbardziej zużyte dekoracje.
I właśnie dlatego polska środa wydaje się tak symboliczna. Wszystkie te historie opowiadają o tym samym. O strachu. O ludziach, którzy coraz częściej próbują znaleźć winnego własnego niepokoju.
Kiedyś byli to Żydzi. Potem Niemcy. Później Rosjanie. Jeszcze później uchodźcy. Dziś coraz częściej są to Ukraińcy.
Jutro będzie ktoś inny. Mechanizm pozostaje identyczny. Najłatwiej bowiem zbudować politykę nie wokół nadziei, lecz wokół podejrzenia. Nie wokół wspólnoty, lecz wokół wroga. Nie wokół przyszłości, lecz wokół urazu.
Narody karmione urazami przypominają ludzi żywiących się wyłącznie cukrem. Przez chwilę mają mnóstwo energii. Potem przychodzi osłabienie. A na końcu choroba.
Dlatego najważniejszym obrazkiem tej środy nie był dla mnie ani Donald Tusk przy sejmowej mównicy, ani Marcin Kierwiński broniący swojego stanowiska, ani Przemysław Czarnek atakujący Andrzeja Szeptyckiego, ani Janusz Kowalski urządzający przegląd nazwisk w administracji państwowej, ani nawet Jarosław Kaczyński spędzający kolejne godziny w prokuraturze.
Najważniejszy był sam fakt, że zaczęliśmy o tym rozmawiać. Bo demokracja nie umiera wtedy, gdy pojawiają się źli politycy. Źli politycy pojawiają się zawsze. Demokracja zaczyna mieć kłopoty wtedy, gdy obywatele przestają dostrzegać różnicę między patriotyzmem a podejrzliwością. Między pamięcią a obsesją. Między troską o państwo a polowaniem na nazwiska.
A środa roku 2026 była właśnie dniem, w którym ta granica stała się wyjątkowo dobrze widoczna.
I obyśmy jeszcze potrafili ją zobaczyć.

Dodaj komentarz